Recenzja: Denzel Curry Zuu

Data: 1 lipca 2019 Autor: Komentarzy:

Denzel Curry

Zuu

PH

Zuu nie miało łatwo. Poprzedni album Denzela, wielowątkowe, ambitne Ta13oo to krążek, który w końcu zdarł z Denzela łatkę agresywnego, podziemnego antybohatera i wypchnął go w kierunku rapowego mainstreamu z należnym mu od dawna tytułem mistrza akrobatycznego flow. Balansująca na granicy agresywnego nihilizmu wobec otoczenia i nieco paranoicznej introwersji przepełnionej traumą płyta zawiesiła swojemu następcy poprzeczkę bardzo wysoko. Zeltron tymczasem  zaskoczył wszystkich, bo Zuu sprawnie wywija się oczekiwaniom muzycznego światka i bezpardonowo uderza srogimi bangerami.

Miejsce surowej dekonstrukcji świata wewnętrznego i zewnętrznego bohatera zastępuje przewózkowe, nostalgiczne braggadocio, ambitny koncept ustępuje piosenkowym formułom, a chłodne, trapowe produkcje i neo-soul, choć dalej wybrzmiewające w echach intrumentali, wyparte zostały przez brzmienie brudnego południa. Zuu to hołd dla czasów wczesnego trapu, muzyki hyphy czy nawet złotej ery crunku. W duchu nagrywek Three 6 Mafii i wczesnego T.I. próbuje przywołać do życia okres sprzedawania nielegalnych mixtape’ów na chodnikach Florydy, nie porzucając jednak przy tym współczesnej klarowności brzmienia. I tak możemy odhaczyć najbardziej esencjonalne elementy tamtej epoki. Brudny, agresywny featuring od lokalnego underdoga? Mamy urokliwie kanciasty przelot PlaiThatBoiZay na „P.A.T.”. Dziki, hedonistyczny, zamaszysty twerk anthem? „Shake 88” już w tytule sugeruje istotę swojego istnienia. Rozmyta pościelówa R&B tęskniąca za czasami Bone Thugs-n-Harmony? Posłuchajcie tylko tych smukłych klawiszy w „Wish”! Jest nawet miejsce dla Ricka Rossa (a z tym bywa różnie), który oferuje tu porcję swojego charakterystycznego, prostackiego flow w swoim nieco przesadzonym gangsterskim etosie.

Smaczków jest jednak znacznie więcej, a najwyraźniej przejawiają się one w przywróconych do życia hiphopowych relikach, jakimi są skity. I o ile szczerą i nieukrywaną niechęcią pałam do znacznej większości narracyjnych przerywników, tutaj dodają one wyrazu całej koncepcji albumu i dobudowują kolejny filar do oparcia na nim ton nostalgii. Pojawia się klasyczny zabieg z rozmową telefoniczną i krótki hołd dla SpaceGhostPurrpa w postaci „Blackland 66.6”. Tym, co za to psuje nieco retrofilską atmosferę są kawałki skłaniające się ku nieco bardziej współczesnym brzmieniom. „Automatic” to przyjemny, choć nieco nijaki w kontekście reszty numer osadzony na dosyć typowym instrumentalu, za który odpowiedzialny jest jeden z naczelnych trapowych hitmakerów — Tay Keith. Już w momencie singlowej premiery moje wątpliwości budziło także „Speedboat” mocno czerpiące z kolorystyki dźwiękowej „Clout Cobain”, ale, choć pozostaje jednym ze słabszych momentów na albumie, gospelowe zacięcie z modlitewnymi zaśpiewami Denzela po kilku przesłuchaniach zaczyna wciągać słuchacza w swój klimat.

ZUU to zatem płyta, która na pierwszy rzut oka może wydawać się skokiem w komercję, porzuceniem podziemnych ideałów i ambitnych konceptów na rzecz prostolinijnej piosenkowości i hedonistycznego ducha. Przy bliższym przesłuchaniu okazuje się jednak, że to nie tylko rozważny krok ze strony Denzela w kierunku jego rapowych korzeni z oddaniem im należytego szacunku, ale także pierwsza od dawna próba tchnięcia świeżego powietrza z zastałą formułę trapowego hitu. We gon shake that ass for You, Mr Curry!

Komentarze

komentarzy