Recenzja: PJ Morton Paul

Data: 11 października 2019 Autor: Komentarzy:

PJ Morton

Paul

Morton Records

Coś tu się zmieniło. Chyba nas trochę kokietował PJ Morton, śpiewając że drażnią go próby zmiany jego wizji, sugerowane przez „życzliwych”. Nieco wbrew tej deklaracji, Paul przynosi drobne odświeżenie dotychczasowej formy zamkniętej w bezpretensjonalnym, słonecznym soulu i pochodnych. Paul Morton Jr. tak jakby idzie z duchem czasu — tak jakby, bo jego kręgosłup muzyczny nie odbiega diametralnie od kształtu przyjętego na Gumbo.

PJ Morton nadal figuruje na najnowszym albumie jako kontynuator dorobku tuzów soulu, wynosząc wzorce od Wondera, Hathawaya i D’Angelo. Ponownie też cytuje klasykę bezpośrednio, tym razem w coverze „Yearning for Your Love” The Gap Band, z którego nie ujął koktajlowego i funkowego sznytu, za to lekko go ożywił, nie zapominając o wonderowskich harmoniach. Realizacje zapożyczeń są znów na tyle wyszlifowane i kreatywnie ujęte, że nie sposób słuchać ich bez przyjemności. Trudno byłoby zresztą oczekiwać przewrotnego następstwa po Gumbo. Paul, podobnie jak poprzednik, to tylko i aż zbiór melodyjnych i bezpretensjonalnych utworów. Gładko niosą one płytę do końca, czyniąc kolejne 30 minut z życia PJ Mortona szczerymi, naturalnymi i, co najważniejsze, przyjemnymi dla słuchacza.

Mimo lekkiego przesunięcia tematycznego w poważniejsze obszary, jak w d’angelowskim „Buy Back the Block”, upamiętniającym Nipseya Hussle’a, czy w finałowym „Maga” w duchu Black Lives Matter, krążek tkwi w bezpretensjonalnej i słonecznej pozie. Wokalista wpuścił tym razem do swojej zaciemnionej klitki znacznie więcej słońca; nie na tyle jednak, byśmy zostali niekomfortowo oślepieni. Objawia się ono w postaci gości, a co za tym idzie, przebojowości (co czasem jest owych gości zasługą, ale niekoniecznie w każdym przypadku), a także w przewadze upbeatowych aranżacji. Nową, odświeżoną jakością są też introdukcje o nowoszkolnym zabarwieniu, czyli „Ready” i „Practicing”. Morton nie zapomina jednak o swoim rdzeniu. Najlepszym materiałem dowodowym, a zarazem najbardziej błyskotliwym momentem płyty, jest „Don’t Break My Heart” z (grzecznościowym i niezupełnie kluczowym) udziałem Rapsody. To wonderowski łamacz serc z największym potencjałem repetycji, zdobytym dzięki charyzmatycznej, transparentnej wrażliwości i progresji. Dlaczego nie singiel? Czyżby uznano, że jest zbyt retro? Całe szczęście, że Morton nie postanowił jednak wyjść od jego pierwotnej, post-modernistycznej formy (brr). Równie urokliwe jest (vocoderowe?) a capella w odcieniach gospel w „Don’t Let Go”. Chciałoby się przekornie poprosić o jeszcze więcej konsekwencji w staromodności, ale chyba nie jest to koniecznie przy tym albumie.

Z odrobinę bardziej zróżnicowaną produkcją i obsadą (zgodnie z okładką), Paul osadza słuchacza w oswojonym już krajobrazie, z kilkoma dodatkowymi ozdobnikami dla zróżnicowania kolorytu i przestrzeni. Jedynie chwilami wydaje się, że PJ Morton poszedł na niewielki kompromis między znanymi rozwiązaniami a współczesnymi środkami. Wciąż jednak najbardziej błyszczy, kiedy udaje mu się interpretować klasyczne soulowe podejście. W ostateczności Paul to przyzwoity materiał. Bez rewolucyjnych aspiracji, ale niewątpliwie satysfakcjonujący i pewnie osadzony w konwencji.

Komentarze

komentarzy