Recenzja: Rapsody Eve

Data: 14 października 2019 Autor: Komentarzy:

recenzja rapsody

Rapsody

Eve

Jamla / Rock Nation

Rapsody już od paru ładnych lat konsekwentnie broni tytułu czołowej „świadomej” raperki na współczesnej scenie. Wielki talent, intrygujące teksty i wyszlifowane umiejętności są jej największymi atutami pośród wielu artystek, które często maskują braki w warsztacie barwnym wizerunkiem i skandalem. Paradoksalnie stanowią jednak pewną barierę — tym większą, im bardziej ambicjonalnie pierwsza dama ekipy Jamla podchodzi do swojej twórczości. Eve pokazuje to wyjątkowo dobitnie.

Wydane w 2017 roku Laila’s Wisdom było głośnym i przekonującym manifestem — Rapsody zaznaczyła nim swoją pozycję i udowodniła, że dzisiejszy kobiecy hip-hop nie ma żadnych powodów do kompleksów. Idealny balans między subtelnością i seksualnością a pewnością siebie i drapieżnością pomógł raperce ostatecznie wykrystalizować swój własny styl. Najnowsze Eve jest kolejnym etapem jej ewolucji. Punktem wyjścia jest tu afirmacja czarnej kobiecości i oddanie hołdu afroamerykańskim bohaterkom, co często przeradza się w pretekst do ekspresji własnych doświadczeń i refleksji. Pod względem formy i zamysłu trzeci album Rapsody prezentuje się więc imponująco.

Już otwierające płytę „Nina” na spirytualnym podkładzie z Niną Simone w roli głównej porywa słuchacza wyznaniami takimi jak Emit light, rap, or Emmett Till, I drew a line without showing my body, that’s a skill. Kolejne „Cleo” eksploruje tematykę walki o uznanie na scenie jeszcze bardziej, tym razem biorąc za jej symbol postać Queen Latify. Chociaż taka forma narracji mogłaby prowadzić do pewnych niekoniecznie ciekawych w dłuższej perspektywie schematów, Rapsody zręcznie żongluje nastrojami, przerzucając w pewnym momencie punkt ciężkości z afroamerykańskiego etosu na wyluzowane popisy umiejętności. „Whoopi” i „Oprah” przynoszą pewnego rodzaju odświeżenie, łatwo jednak odnieść wrażenie, że nie jest to stylistyka, w której artystka czuje się najlepiej. Poza tym na płycie znalazło się kilka bardziej melodyjnych i zmysłowych kompozycji, w tym „Michelle”, które przywodzi na myśl najlepsze fragmenty Laila’s Wisdom — mimo to, to wciąż odrobinę za mało, aby płytę można uznać za różnorodną.

Podobne problemy dotykają produkcji. Mimo że na papierze Eve oferuje cały wachlarz sampli i producentów, wśród których prym wiedzie niezawodny 9th Wonder, brzmienie płyty jest zaskakująco jednowymiarowe. Momentami tekstury są płytkie, a podkłady monotonne, lecz Rapsody i towarzyszący jej goście potrafią to zrekompensować z nawiązką. Na pochwałę zasługują tu szczególnie J. Cole i J.I.D., którzy bez problemu dorównują poziomowi Rapsody i doskonale uzupełniają jej styl męskim punktem widzenia. Perełką jest także udział D’Angelo i GZA w singlowym „Ibithaj”, które stanowi swobodną interpretację „Liquid Swords”. Niestety, podobnie jak w wielu innych utworach, brakuje tu porządnego refrenu, co nazbyt często kontrastuje z wysoką jakością zwrotek.

Konkluzją ponad godzinnego seansu jest utwór „Afeni”, który zamykając album, otwiera jednocześnie pełną szacunku i empatii dyskusję na temat roli kobiet we współczesnym świecie. Jego adresatami są zarówno mężczyźni, jak i kobiety, ponieważ tylko wzajemne zrozumienie może przynieść efekt w postaci lepszego jutra dla wszystkich. Eve jest więc śmiałą próbą oddania kobiecej perspektywy i dokonania realnej zmiany. Zbyt często jednak sięga po mitologizację jako narzędzie wyrazu, odrzucając dosłowność i uniwersalność. To fascynująca deklaracja wartości, która ze względu na swoją złożoność i intymny charakter ma szansę przekonać wyłącznie nielicznych. Nie oznacza to jednak, że nie warto dać jej szansy — wręcz przeciwnie; ci, którzy mają wystarczająco dużo determinacji i ciekawości, odnajdą w najnowszym projekcie Rapsody długie godziny wspaniałych muzycznych doznań.

Komentarze

komentarzy