Recenzja: Mahalia Love and Compromise

Data: 21 października 2019 Autor: Komentarzy:

Mahalia

Love and Compromise

Asylum / Atlantic

Mahalię miałam okazję podziwiać w ubiegłym roku na świetnym koncercie w amsterdamskim klubie Paradiso, kiedy udało się wyprzedać bilety. Promowała wówczas epkę Seasons, była jeszcze u progu większej kariery, ale na scenie sprawiała wrażenie doświadczonej, dojrzałej artystki. Od tego czasu wiele się zmieniło — towarzyszyła Elli Mai w amerykańskiej trasie, zdobyła nagrodę YouTube’s One to Watch i była nominowana do Brit Awards. W tym roku Mahalia znowu koncertuje, odwiedzi również Polskę, ale tej jesieni będzie grała materiał z jej debiutanckiego albumu, długogrającego Love and Compromise, który ukazał się na początku września.

„Thirteen with the big dream and / Daddy said I could be anything”, śpiewała w „Proud of Me”. Jeszcze niedawno była skromną dziewczyną z gitarą, teraz wyrasta na nową brytyjską gwiazdę R&B. Debiut studyjny w wieku dwudziestu jeden lat w przypadku Mahalii nie jest zaskoczeniem — wokalistka pisze piosenki od ósmego roku życia, a kontrakt z Atlantic Records podpisała w wieku trzynastu lat. Prawdziwym przełomem w jej karierze był jednak utwór „Sober”, który zaprezentowała w Colors Show. Dwa lata później wróciła tam z numerem z nowej płyty — „Hide Out”.

Album nieprzypadkowo rozpoczyna się od fragmentu słynnego wywiadu z Earthą Kitt, który był inspiracją nie tylko dla tytułu wydawnictwa, ale i całej tematyki krążka. Mahalia w swoich piosenkach porusza kwestie związane z samoakceptacją i miłością do swojego ciała. Z jej tekstów jawi się obraz pewnej siebie 21-latki, która podobnie jak Eartha sprzeciwia się kompromisom w miłości. Dawniej przepraszała („Sober”), teraz sama wyłącza telefon i prosi, aby jej nie przeszkadzać („Do Not Disturb”). Nieraz nawoływanie o self-love jest dosłowne i nieco naiwne — „Put your hands up if you love your body”, ale cieszy, że Mahalia, obok słodkich love songów, otwarcie apeluje o miłość własną. Jej pewność siebie przywodzi na myśl Lizzo. Love and Compromise wpisuje się tym samym w tegoroczny trend zapoczątkowany przez Cuz I Love You pełne hymnów o sile szeroko rozumianej kobiecości.

Niewinna przestała być również oprawa muzyczna. Diary of Me opierało się w większości na kompozycjach gitarowych Mahalii — gitara przez kolejne lata była nie tylko nieodłącznym elementem jej koncertów, ale i podkładów muzycznych. Od czasów „Sober” coraz częściej porzucała swój instrument na rzecz bitów R&B. Na epce Seasons znajdziemy zarówno utwory oparte całkowicie na rozbudowanych aranżacjach, jak i świetne, kameralne w brzmieniu „That’s OK”, które przywodzi na myśl „Silly Girl” z czasów pierwszych wydawnictw. Tej równowagi nie ma na Love and Compromise. Debiut Mahalii to idealnie dopracowany krążek z rasowym R&B. Tym razem produkcją muzyki zajęli się specjaliści z najwyższej półki m.in.: DJ Dahi (znany ze współpracy z Drakiem), Sounwave (producent takich hitów jak „Bitch Don’t Kill My Vibe” Kendricka Lamara) czy tworzący dla Ariany Grande Pop Wansel. Producenckie kolaboracje pozwoliły Mahalii otworzyć się na nowe brzmienia — singlowe „Simmer” to reggaeton w najlepszym wydaniu, a utwory takie jak „He’s Mine” czy „Do Not Disturb” niebezpiecznie dryfują w stronę popu. Jazzujący wokal Mahalii sprawdza się jednak najlepiej w klasycznych brzmieniach R&B, które usłyszeć możemy w „What You Did” czy „Karma”. Z drugiej strony można postawić pytanie, czy oddanie brzmienia w ręce twórców przebojów nie odebrało muzyce Mahalii autentyczności i młodzieńczego pierwiastka, tak istotnego na poprzednich wydawnictwach. Owy pierwiastek jest jeszcze obecny w nieco starszym singlu, który ostatecznie znalazł się na płycie — „I Wish I Missed My Ex”, gdzie wyraźnie słychać, jak wokalistka bawi się muzyką. Po przesłuchaniu Love and Compromise odnosi się jednak wrażenie, że to album dla wszystkich, co niekoniecznie należy uznać za komplement.

Mahalia ma aspiracje do bycia gwiazdą. Nie brakuje jej również potencjału, zarówno wizerunkowego, jak i wokalnego. Na płycie zgromadziła nie tylko świetnych producentów, ale i wokalistów (między innymi Hamzę czy Lucky’ego Daye’a, którzy urozmaicają numer „Regular People”). Mimo to, wydaje się, że artystka wciąż nie może znaleźć własnej ścieżki kariery. Przed Brytyjką nie lada wyzwanie, a konkurencja naprawdę duża. Jeśli chce podążyć śladami Jorji Smith i zyskać uznanie również wśród publiki za oceanem, nie wystarczy robić poprawnego i idealnie dopracowanego R&B. Przede wszystkim trzeba znaleźć sposób na odnalezienie się w gąszczu młodych okołosoulowych wokalistek, co na razie zdecydowanie sprawia jej problem.

Komentarze

komentarzy