Recenzja: Ari Lennox Shea Butter Baby

Data: 5 listopada 2019 Autor: Komentarzy:

Ari Lennox - Shea Butter Baby

Ari Lennox

Shea Butter Baby

Dreamville / Interscope

Podczas gdy Jorja Smith mierzyła się z próbą umieszczenia soulowego i popkulturowego dziedzictwa we współczesnym, naznaczonym własnym charakterem kontekście, w blokach stajni Dreamville rozgrzewała się już Ari Lennox, gotowa na pójście w ślady koleżanki. Z dwoma dotychczasowymi, zupełnie (i raczej słusznie) przeoczonymi, epkami na koncie mogła pchnąć Shea Butter Baby w jakimkolwiek nowym kierunku. Kierunku sprzyjającym być może głównie jej samej. Gdyby jednak zaplecze Dreamville pozwoliło poszerzyć wciąż pojemne ramy kobiecego neo-soulu w obecnym kształcie, byłoby prawdopodobnie całkiem miło.

Oczywiście nie sposób zastosować w przypadku obu przywołanych wokalistek przełożenia 1:1, korzystają bowiem z odrębnych środków wyrazu. Jorja Smith, w koncepcie opartym na R&B z domieszką neo-soulu niewątpliwie czerpała z liryzmu Lauryn Hill. Ari Lennox chciałaby raczej pretendować do przekucia późniejszego dorobku Eryki Badu w zgrabną, przebojową esencję. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że zarówno Lost & Found, jak i Shea Butter Baby przyświecają emocjonalne czy warsztatowe wartości, które skutkują niby współczesnymi, ale w gruncie rzeczy nostalgicznymi produkcjami, z dosztukowaną do nich wrażliwością młodszych wykonawczyń.

Co na Shea Butter Baby uderza od pierwszych taktów, to koktajlowe aranżacje z aspiracjami, angażujące do pracy rozmaite elementy orkiestry — album otwiera „Chicago Boy” z rozmarzoną trąbką Theo Crockera, na „Broke” melorecytacji przechodzącej w emocjonalny refren towarzyszy synkopowana altówka. W „Up Late” pojawia się nie kto inny, jak współczesny książę wieczorowego (i chyba już zbyt wyeksploatowanego) saksofonu, Masego. Całej tkance albumu, niby to neo-soulowej, zdecydowanie bliżej do radiowego adult contemporary dla szerokiej publiczności. Zróżnicowana kolorystyka, podkreślona wieczorowym, gładkim zabarwieniem, może być jednak co najmniej przyjemnym urozmaiceniem. Albo raczej może nim być, jeżeli nie skupimy się zbytnio na samej treści Shea Butter Baby.

Z treścią bowiem wiąże się główny problem płyty. Debiut Ari Lennox cechuje duża zachowawczość, nie zostawiająca żadnej przestrzeni na wirtuozerię. Przy tej mnogości wici trochę chciałoby się dotrzeć do ściany naznaczonej choćby odrobiną niesubordynacji. Zróżnicowana paleta kolorystyczna sama się prosi, by te ładne, wygładzone piosenki (z tytułowym utworem na czele) podreptały nieco bardziej zwichrowanymi ścieżkami dźwięków. Ale może wcale nie było to celem wokalistki? Ari Lennox, zgodnie z linią programową krążka, mimo oczywistego wokalnego pokrewieństwa z rodziną Badoula Oblongata, nie otrzymała zbyt wiele miejsca na głosowe wolty. A do wolt warunki ewidentnie posiada. W tym wypadku outra panoszące się na płycie jawią się jako nieznośne i niepotrzebne postscriptum, nachalnie przekazujące wszystko to, co zostało między wierszami. Wokalistka zostawiła nam jedynie tyci promień słońca. „BMO” rzutem na taśmę, na zaraźliwym najntisowym R&B, przenosi ducha „Lady Marmalade” do schyłku kolejnego dziesięciolecia (po wersji jaśnie panującego kwartetu: Aguilera, Mýa, Pink, Lil’ Kim). Utwór ilustruje produkcyjną konsekwencję, której na płycie poniekąd brakuje; linia fabularna albumu miota się między zblendowanym soulem a czymś bardziej hip.

Shea Butter Baby zostało w różnych miejscach Internetu określone, mniej lub bardziej dosłownie, krążkiem casualowym. Trzeba przyznać, że trudno o lepsze i bardziej sugestywne podsumowanie dla tej płyty. Osadzonej w klasycznym kontekście z rodowodem, a jednak tylko sympatycznej. Na okoliczność albumu-moodsettera nie musi to być znów tak wielką stratą. W szerszej perspektywie niesie ze sobą lekkie zabarwienie marnowanym potencjałem.

Komentarze

komentarzy