interscope

Recenzja: Ari Lennox Shea Butter Baby

Ari Lennox - Shea Butter Baby

Ari Lennox

Shea Butter Baby

Dreamville / Interscope

Podczas gdy Jorja Smith mierzyła się z próbą umieszczenia soulowego i popkulturowego dziedzictwa we współczesnym, naznaczonym własnym charakterem kontekście, w blokach stajni Dreamville rozgrzewała się już Ari Lennox, gotowa na pójście w ślady koleżanki. Z dwoma dotychczasowymi, zupełnie (i raczej słusznie) przeoczonymi, epkami na koncie mogła pchnąć Shea Butter Baby w jakimkolwiek nowym kierunku. Kierunku sprzyjającym być może głównie jej samej. Gdyby jednak zaplecze Dreamville pozwoliło poszerzyć wciąż pojemne ramy kobiecego neo-soulu w obecnym kształcie, byłoby prawdopodobnie całkiem miło.

Oczywiście nie sposób zastosować w przypadku obu przywołanych wokalistek przełożenia 1:1, korzystają bowiem z odrębnych środków wyrazu. Jorja Smith, w koncepcie opartym na R&B z domieszką neo-soulu niewątpliwie czerpała z liryzmu Lauryn Hill. Ari Lennox chciałaby raczej pretendować do przekucia późniejszego dorobku Eryki Badu w zgrabną, przebojową esencję. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że zarówno Lost & Found, jak i Shea Butter Baby przyświecają emocjonalne czy warsztatowe wartości, które skutkują niby współczesnymi, ale w gruncie rzeczy nostalgicznymi produkcjami, z dosztukowaną do nich wrażliwością młodszych wykonawczyń.

Co na Shea Butter Baby uderza od pierwszych taktów, to koktajlowe aranżacje z aspiracjami, angażujące do pracy rozmaite elementy orkiestry — album otwiera „Chicago Boy” z rozmarzoną trąbką Theo Crockera, na „Broke” melorecytacji przechodzącej w emocjonalny refren towarzyszy synkopowana altówka. W „Up Late” pojawia się nie kto inny, jak współczesny książę wieczorowego (i chyba już zbyt wyeksploatowanego) saksofonu, Masego. Całej tkance albumu, niby to neo-soulowej, zdecydowanie bliżej do radiowego adult contemporary dla szerokiej publiczności. Zróżnicowana kolorystyka, podkreślona wieczorowym, gładkim zabarwieniem, może być jednak co najmniej przyjemnym urozmaiceniem. Albo raczej może nim być, jeżeli nie skupimy się zbytnio na samej treści Shea Butter Baby.

Z treścią bowiem wiąże się główny problem płyty. Debiut Ari Lennox cechuje duża zachowawczość, nie zostawiająca żadnej przestrzeni na wirtuozerię. Przy tej mnogości wici trochę chciałoby się dotrzeć do ściany naznaczonej choćby odrobiną niesubordynacji. Zróżnicowana paleta kolorystyczna sama się prosi, by te ładne, wygładzone piosenki (z tytułowym utworem na czele) podreptały nieco bardziej zwichrowanymi ścieżkami dźwięków. Ale może wcale nie było to celem wokalistki? Ari Lennox, zgodnie z linią programową krążka, mimo oczywistego wokalnego pokrewieństwa z rodziną Badoula Oblongata, nie otrzymała zbyt wiele miejsca na głosowe wolty. A do wolt warunki ewidentnie posiada. W tym wypadku outra panoszące się na płycie jawią się jako nieznośne i niepotrzebne postscriptum, nachalnie przekazujące wszystko to, co zostało między wierszami. Wokalistka zostawiła nam jedynie tyci promień słońca. „BMO” rzutem na taśmę, na zaraźliwym najntisowym R&B, przenosi ducha „Lady Marmalade” do schyłku kolejnego dziesięciolecia (po wersji jaśnie panującego kwartetu: Aguilera, Mýa, Pink, Lil’ Kim). Utwór ilustruje produkcyjną konsekwencję, której na płycie poniekąd brakuje; linia fabularna albumu miota się między zblendowanym soulem a czymś bardziej hip.

Shea Butter Baby zostało w różnych miejscach Internetu określone, mniej lub bardziej dosłownie, krążkiem casualowym. Trzeba przyznać, że trudno o lepsze i bardziej sugestywne podsumowanie dla tej płyty. Osadzonej w klasycznym kontekście z rodowodem, a jednak tylko sympatycznej. Na okoliczność albumu-moodsettera nie musi to być znów tak wielką stratą. W szerszej perspektywie niesie ze sobą lekkie zabarwienie marnowanym potencjałem.

Recenzja: Dreamville Revenge of the Dreamers III

Dreamville - Revenge of the Dreamers III

Dreamville

Revenge of the Dreamers III

Dreamville / Interscope

Zebrać w jednym miejscu i czasie około stu artystów — raperów, piosenkarek i producentów? Zamknąć ich razem w studiu na 10-dniową sesję nagraniową? Nakręcić materiał filmowy z tego zdarzenia i na koniec skompletować album? Choć to wszystko wydaje się niemożliwe, zostało już osiągnięte. Revenge of the Dreamers III to krążek, na którym udało się połączyć ze sobą różne artystyczne wizje. Trudno jednak stwierdzić, czy to bardziej zasługa chemii pomiędzy muzykami, czy może zgrabnej selekcji wszystkich ich występów.

Po kilku latach rekrutowania młodych talentów, J.Cole chyba w końcu skompletował swój Dreamville’owy zespół marzeń. Od czasu premiery DiCaprio 2 J.I.D wystrzelił, całkiem niedawno pojawiły się też legalne debiuty EarthGang i Ari Lennox. Do tego dochodzą jeszcze inne filary w postaci m.in. dobrze znanych Basa i Cozza. Label rozwija się prężnie, a Revenge of the Dreamers III ma stanowić w tym wypadku pokaz sił. Na sesjach nagraniowych pojawiła się też masa gości. Zaproszenia trafiły praktycznie do wszystkich: od mało znanych debiutantów, przez młode gwiazdy, aż po weteranów. Jak wynika z zakulisowych relacji, artyści chodzili od studia do studia, dogrywając się, gdzie tylko się da. W efekcie dostaliśmy album wypełniony po brzegi posse cutami różnej maści — od trapowych bangerów, przez lekkie numery w stylistyce R&B, po klasyczne hiphopowe brzmienie.

Revenge of the Dreamers III to prawdziwy muzyczny rollercoaster. Nastrój zmienia się tu często, a w każdym kolejnym tracku uczestnicy chcą pokazać się z jak najlepszej strony. Najkorzystniej w kontekście całej płyty wypada chyba wspomniany J.I.D. Reprezentant Atlanty pojawia się tu zdecydowanie najczęściej, za każdym razem potwierdzając swoją doskonałą formę. Jednym z przykładów może być jeden z pierwszych numerów na krążku — „Down Bad”. Świetnie poradzili sobie także chłopaki z EarthGang, a ich „Swivel” ostatecznie znalazło się także na debiutanckim Mirrorland. W międzyczasie Ari Lennox złagodziła trochę klimat udanymi duetami z Ty Dolla $ignem oraz Baby Rose. No i wreszcie sam J.Cole, który jakby młodnieje przy debiutantach. Na swoich ostatnich albumach zdawał się skupiać o wiele bardziej na treści, przez co jednak cierpiała forma. Tu ewidentnie dał się ponieść twórczej rywalizacji, co po prostu słychać w jego flow, wcześniej dosyć monotonnym.

Ciekawych występów jest tu tyle, że nie sposób wymienić wszystkich. Guapdad 4000 podrzuca chwytliwy refren w „Costa Rica”. Smino ze swoją śpiewaną i luźną nawijką świetnie pasuje do przejaranego „1993” oraz „Sacrifices”. Cozz i Reason knują przeciwko swoim szefom w „Lamborghini Truck”. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim kręci się jeszcze Buddy, który w towarzystwie Dreamville czuje się jak wśród swoich. Oczywiście, chemia chemią, ale trzeba przyznać, że gdyby nie selekcja gościnek, prawdopodobnie mielibyśmy do czynienia z totalnym chaosem. Ten trud warto docenić, tym bardziej że ostatecznie na krążku wielu oczekiwanych gości zabrakło. Jak pasowaliby tu m.in. Westside Gunn, Rick Ross czy nawet DJ Khaled? I choć nie mam wątpliwości, że zaserwowaliby nam występy najwyższej jakości, zwyczajnie nie pasowaliby do charakteru grupy.

Do Revenge of the Dreamers III trudno się przyczepić. Na wszystkie zarzuty dotyczące braku stylistycznej spójności czy natłoku gości można odpowiedzieć krótko — to album kompilacyjny. Przygotowany dość szybko, pełen młodzieńczej werwy, dość przewidywalny, ale pozostawiający pozytywne wrażenie. J. Cole zebrał utalentowaną ekipę i pozwolił im robić swoje. To więc krążek zrobiony bez większego zamysłu czy głównego motywu, który jednak daje dużo satysfakcji z odsłuchu.