Recenzja: Nas King’s Disease

Data: 6 października 2020 Autor: Komentarzy:

nas king's disease recenzja

Nas

King’s Disease

Mass Appeal

Po ponad 25 latach kariery i kilkunastu wydanych albumach trudno spodziewać się nowego klasyka. Zwłaszcza w przypadku Nasa, który już jako 20-latek stał się więźniem debiutanckiego Illmatica, a którego dyskografia jest bardzo nierówna. Wyprodukowany dwa lata temu na kolanie przez Kanyego Westa w ramach GOOD Fridays Nasir nie satysfakcjonował. Tym bardziej zaskoczył więc wydany w połowie sierpnia, tak ważny w świetle tegorocznych wydarzeń, promujący King’s Disease singiel „Ultra Black”, który hołduje czarnej kulturze. „We goin’ ultra black / Watchin’ the global change, hop in the coldest Range / Hit-Boy on the beat, this shit ‚posed to slap”.

Album, tak jak kawałek, okazał się bardzo elegancki i dumny, co niewątpliwie jest zasługą Hit-Boya, jedynego producenta wykonawczego King’s Disease. Przypomniał on, że bity, w które Nas wpasowuje się najlepiej, to te klawiszowe, a przy tym udowodnił, że rap desygnowanego w latach 90. króla Nowego Jorku podać można dziś bardzo nowocześnie. Nawet jeśli na feacie pojawia się… po raz pierwszy od 1997 roku legendarny skład The Firm. Nas na trapowych podkładach brzmi równie dostojnie, zresztą jednym z moich ulubionych momentów na albumie jest właśnie „Til the War Is Won”. W jego tle słyszymy cicho przesterowany wokal Lil Durka, który następnie wysuwa się na pierwszy plan. Sporo znajduje się tu także soulowych wycieczek, takich jak ta z Charlie’m Wilsonem, Donem Toliverem czy Andersonem .Paakiem, przez które King’s Disease jako całość brzmi bardziej miękko. 

Choć Nasir zna swoją wartość, jest pokorny. Podkreśla, że król nie jest jeden — „Remember crowns, remember, kings / They want your reign to cease (King) / You a king, you will be next to me, doing your own king shit, most definitely”. A tytułowa choroba to nic innego, jak przypadłość, która rzeczywiście dotykała władców z powodu obżarstwa i nadużywania alkoholu, ale jak tłumaczy w „The Definition”, a następnie rozwija w „The Cure” raper, on leczy to gówno swoją sztuką; skupia się na rzeczach ważnych. Czasem poddaje się wspomnieniom („Car #85”, „27 Summers”), parę razy w dojrzały sposób mówi o zakończonej miłości („Repalce Me”, „All Bad”), ale przede wszystkim podejmuje kwestie społeczne, w których sporo uwagi poświęca kobietom. Oprócz „Til the War Is Won” dedykowanego matkom, warto przyjrzeć się choćby linijkom w „The Cure”: „What these kings have in common? They had women who solid / Malcolm needed Betty”. To wszystko sprawia więc, że King’s Disease jest albumem dobrym. Ale tylko dobrym.

Komentarze

komentarzy