Recenzja: Lianne La Havas Lianne La Havas

Data: 19 października 2020 Autor: Komentarzy:

Lianne La Havas

Lianne La Havas

Lianne La Havas

Warner

Pięć lat trzeba było czekać na trzeci krążek Lianne La Havas, która w tym czasie przeżywała swoje życie i goiła rany. Po rozstaniu pozbierała to, co zostało, i zamieniła w wyjątkowy koncept album, który nie tylko zachwyca doborem melodii i gatunkową otwartością, ale przede wszystkim tekstami — esencją tego wydawnictwa składającą się na ważną, uniwersalną lekcję. Nie dziwi więc, że tytuł płyty to po prostu Lianne La Havas.

Nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek inny utwór, niż „Bittersweet” mógł otwierać ten krążek. To wręcz wymarzona kombinacja słodkich dźwięków, emocjonalnego refrenu i goryczy stanu rozsypki podszytego lekką irytacją, bo w tym początku coś się kończy, coś gaśnie, ale nie oznacza to też czegoś złego — artystka udowadnia, że z tych wszystkich połamanych elementów można poskładać się na nowo i to o wiele lepiej, o czym doskonale świadczy dalsza część płyty, a w każdym kolejnym nagraniu można się doszukać odniesienia do tego punktu wyjścia.

Jak to wszystko się zaczęło? Tak jak zazwyczaj — niepohamowaną fascynacją, zbiegiem szczęśliwych okoliczności i kuszącym basem. Dodając do tego wpadające w ucho chórki, otrzymujemy lekko roztańczone „Read My Mind”, czyli potrzebę bliskości tak wielką, że w mgnieniu oka porzuca się swoją dotychczasową ścieżkę. Czy słusznie? Tak by wynikało z nadziei na zbudowanie czegoś solidnego, czegoś na zawsze płynącej z szukającego spokoju, niemal niewinnego „Green Papaya”. Jednak po chwilowym zakotwiczeniu, jakiś wewnętrzny głos zaczyna wspominać o możliwości ucieczki w „Can’t Fight”. Następujące po tym „Paper Thin” jest najwyraźniejszym muzycznym nawiązaniem do „Bittersweet”. To w tym nagraniu okazuje się, że klucz do czyjegoś serca wcale nie jest tak łatwo dostępny i z pojawiającego się bolesnego zwątpienia wyłania się sugestia, że może lepiej byłoby poszukać miłości własnej, bo bez tego nie będzie można pokochać kogoś innego. Skoro coś boli tak bardzo, dlaczego nie dać sobie czasu na poprawę? Na odreagowanie dostajemy poprzedzony przerywnikiem „Out Of Your Mind” cover „Weird Fishes” Radiohead, który w tym miejscu płyty wpasowuje się tak dobrze, jak jeden z poszukiwanych na dnie pudełka puzzli — perkusyjne intro zapowiada niemal rockowy rozpęd już w gotowości do ucieczki. Dokąd? Do pozbawionego sił odsłonięcia swoich najczulszych punktów i cichej prośby „Plese Don’t Make Me Cry”. Niestety niespełnione obietnice czy niezapłacone rachunki i tak wyciskają łzy w tekście organicznego „Seven Times”. Kolejny ważny, ale jeszcze odrobinę niepewny krok to „Courage” i właśnie zdobycie się na odwagę, by przyznać, że to może nie ten czas, nie to miejsce, nie ten ktoś. W końcu przychodzi czas na powrót do domu w „Sour Flower” i najważniejsze wyznanie ze wszystkich — jakkolwiek nie byłoby to trudne, wszystko, co jest potrzebne do szczęścia można odnaleźć w sobie. Skąd ponowne narodziny? Z miłości dawanej w pierwszej kolejności sobie, dla siebie, przez siebie. To takie proste.

Jakie jest moje wyznanie? Zaczynając ten tekst nawet nie miałam zamiaru wymieniać wszystkich kawałków, ale album brzmi najlepiej jako całość i wyrywanie z niego poszczególnych części byłoby jak pomijanie fragmentów ważnej, bardzo osobistej historii artystki, co wcale nie oznacza, że osobno te kawałki się nie obronią. To też nie pierwszy raz, kiedy Lianne zagłębia się w uczuciowe zawiłości relacji międzyludzkich, ale tym razem w jej głosie poza delikatnością i wrażliwością, do której już nas zdążyła przyzwyczaić, słuchać coś jeszcze — pewność, że tym razem bardzo dobrze wie, jak to może zaboleć i jak powinno wyglądać odzyskiwanie siebie.

Lianne La Havas stworzyła wielowarstwowy, piękny i mądry album, dopracowany do nieprzytłaczającej perfekcji. Muzyczne zakamarki pełne poruszających detali, jak chociażby niedośpiewany, wręcz poddany wers w „Bittersweet”, nadają wydawnictwu szczególnego charakteru. Nie ma tu tak przebojowego potencjału jak na wcześniejszym Blood, ale też nie jest to potrzebne. Za to w porównaniu z debiutanckim Is Your Love Big Enough wyróżnia się tu o wiele większa dojrzałość i muzyczna precyzja. Dla mnie Lianne La Havas to bardzo mocna kandydatka do czołówki zestawienia najlepszych płyt tego roku. Dla was muzyczna lektura obowiązkowa.

Komentarze

komentarzy