lianne la havas

Recenzja: Lianne La Havas Lianne La Havas

Lianne La Havas

Lianne La Havas

Lianne La Havas

Warner

Pięć lat trzeba było czekać na trzeci krążek Lianne La Havas, która w tym czasie przeżywała swoje życie i goiła rany. Po rozstaniu pozbierała to, co zostało, i zamieniła w wyjątkowy koncept album, który nie tylko zachwyca doborem melodii i gatunkową otwartością, ale przede wszystkim tekstami — esencją tego wydawnictwa składającą się na ważną, uniwersalną lekcję. Nie dziwi więc, że tytuł płyty to po prostu Lianne La Havas.

Nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek inny utwór, niż „Bittersweet” mógł otwierać ten krążek. To wręcz wymarzona kombinacja słodkich dźwięków, emocjonalnego refrenu i goryczy stanu rozsypki podszytego lekką irytacją, bo w tym początku coś się kończy, coś gaśnie, ale nie oznacza to też czegoś złego — artystka udowadnia, że z tych wszystkich połamanych elementów można poskładać się na nowo i to o wiele lepiej, o czym doskonale świadczy dalsza część płyty, a w każdym kolejnym nagraniu można się doszukać odniesienia do tego punktu wyjścia.

Jak to wszystko się zaczęło? Tak jak zazwyczaj — niepohamowaną fascynacją, zbiegiem szczęśliwych okoliczności i kuszącym basem. Dodając do tego wpadające w ucho chórki, otrzymujemy lekko roztańczone „Read My Mind”, czyli potrzebę bliskości tak wielką, że w mgnieniu oka porzuca się swoją dotychczasową ścieżkę. Czy słusznie? Tak by wynikało z nadziei na zbudowanie czegoś solidnego, czegoś na zawsze płynącej z szukającego spokoju, niemal niewinnego „Green Papaya”. Jednak po chwilowym zakotwiczeniu, jakiś wewnętrzny głos zaczyna wspominać o możliwości ucieczki w „Can’t Fight”. Następujące po tym „Paper Thin” jest najwyraźniejszym muzycznym nawiązaniem do „Bittersweet”. To w tym nagraniu okazuje się, że klucz do czyjegoś serca wcale nie jest tak łatwo dostępny i z pojawiającego się bolesnego zwątpienia wyłania się sugestia, że może lepiej byłoby poszukać miłości własnej, bo bez tego nie będzie można pokochać kogoś innego. Skoro coś boli tak bardzo, dlaczego nie dać sobie czasu na poprawę? Na odreagowanie dostajemy poprzedzony przerywnikiem „Out Of Your Mind” cover „Weird Fishes” Radiohead, który w tym miejscu płyty wpasowuje się tak dobrze, jak jeden z poszukiwanych na dnie pudełka puzzli — perkusyjne intro zapowiada niemal rockowy rozpęd już w gotowości do ucieczki. Dokąd? Do pozbawionego sił odsłonięcia swoich najczulszych punktów i cichej prośby „Plese Don’t Make Me Cry”. Niestety niespełnione obietnice czy niezapłacone rachunki i tak wyciskają łzy w tekście organicznego „Seven Times”. Kolejny ważny, ale jeszcze odrobinę niepewny krok to „Courage” i właśnie zdobycie się na odwagę, by przyznać, że to może nie ten czas, nie to miejsce, nie ten ktoś. W końcu przychodzi czas na powrót do domu w „Sour Flower” i najważniejsze wyznanie ze wszystkich — jakkolwiek nie byłoby to trudne, wszystko, co jest potrzebne do szczęścia można odnaleźć w sobie. Skąd ponowne narodziny? Z miłości dawanej w pierwszej kolejności sobie, dla siebie, przez siebie. To takie proste.

Jakie jest moje wyznanie? Zaczynając ten tekst nawet nie miałam zamiaru wymieniać wszystkich kawałków, ale album brzmi najlepiej jako całość i wyrywanie z niego poszczególnych części byłoby jak pomijanie fragmentów ważnej, bardzo osobistej historii artystki, co wcale nie oznacza, że osobno te kawałki się nie obronią. To też nie pierwszy raz, kiedy Lianne zagłębia się w uczuciowe zawiłości relacji międzyludzkich, ale tym razem w jej głosie poza delikatnością i wrażliwością, do której już nas zdążyła przyzwyczaić, słuchać coś jeszcze — pewność, że tym razem bardzo dobrze wie, jak to może zaboleć i jak powinno wyglądać odzyskiwanie siebie.

Lianne La Havas stworzyła wielowarstwowy, piękny i mądry album, dopracowany do nieprzytłaczającej perfekcji. Muzyczne zakamarki pełne poruszających detali, jak chociażby niedośpiewany, wręcz poddany wers w „Bittersweet”, nadają wydawnictwu szczególnego charakteru. Nie ma tu tak przebojowego potencjału jak na wcześniejszym Blood, ale też nie jest to potrzebne. Za to w porównaniu z debiutanckim Is Your Love Big Enough wyróżnia się tu o wiele większa dojrzałość i muzyczna precyzja. Dla mnie Lianne La Havas to bardzo mocna kandydatka do czołówki zestawienia najlepszych płyt tego roku. Dla was muzyczna lektura obowiązkowa.

#FridayRoundup: Lianne La Havas, Blu & Exile, Oddisee i inni

#FridayRoundup

Jak co tydzień w cyklu #FridayRoundup dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Jesteśmy co prawda w samym środku sezonu ogórkowego, ale jak zwykle mamy dla was całkiem zgrabną selekcję płytowych nowości. Wśród nich długo wyczekiwany krążek Lianne La Havas, a także nowe propozycje Blu & Exile, Oddisee’ego, Zary McFarlane, Tei Shi, Bladee’ego, a na deser uduchowiona epka Joeya Bada$$a.


#FridayRoundup

Lianne La Havas

Lianne La Havas

Warner

Po pięciu latach wydawniczego milczenia Lianne La Havas stawia na siebie. Oznacza to prawdopodobnie wszystko to, czego mogliśmy się spodziewać po singlach zwiastujących trzeci album songwriterki. Lianne La Havas brzmi jak kolejny koncert z rozpiski kwarantannowych wydarzeń: w kameralnym otoczeniu gitary i perkusji (plus drobne ozdobniki) wokalistka snuje swoje impresje o relacji z góry skazanej na porażkę, balansując na styku neo-soulowej sumblimacji, bezpretensjonalności pop soulu i skromności folku. Wszystko to zamknięte w harmonijną całość. Może niezupełnie zrozumiałym z punktu widzenia słuchacza jest umiejscowienie w kulminacyjnym punkcie płyty coveru, ale to działanie ma swoje uzasadnienie w całościowej narracji albumu, więc nie czepiamy się dłużej. Nie od dziś wiadomo, że największa moc tkwi w opowieściach; rozsiądźcie się zatem i czujcie jak u siebie w domu. — Maja


#FridayRoundup

Miles

Blu & Exile

Dirty Science

Mimo długiej przerwy od czasu wydania ostatniego wspólnego longplaya, Blu i Exile dawali znać, że coś się święci – zwłaszcza wypuszczając epkę True & Livin’ w ubiegłym roku. W piątek fani duetu otrzymali podwójny prezent w postaci podwójnego albumu – Miles: From An Intertlude Called Life. Na krążku znalazło się 20 numerów nawiązujących stylistycznie do klasycznych, boom-bapowych i jazzowych brzmień. Gości także sporo, nie tylko z rapowego podwórka. Wśród nich znaleźli się m.in. Fashawn, Miguel, Aloe Blacc, Iman Omari i wielu innych. Niewątpliwie kolejna mocna tegoroczna premiera, z którą warto się zapoznać. — Mateusz


#FridayRoundup

Odd Cure

Oddisee

Outer Note

Na kilka chwil przed wybuchem światowej pandemii, raper oraz producent Oddisee koncertował w Tajlandii. Po powrocie do Stanów zmuszony był odbyć dwutygodniową kwarantannę w swoim domu, ale żeby ten czas nie był stracony, postanowił on nagrać nowy materiał, czego efektem jest Epka Odd Cure. W ten sposób stworzył swoistą ścieżkę dźwiękową do tych trudnych czasów oraz ludzkich myśli, zmartwień, nadziei i marzeń z tym związanych. Muzycznie osadzone jest to w klimatach, do których artysta zdążył nas już przyzwyczaić. A jazzowe i soulowe sample podkręca wiele instrumentów dogranych zdalnie przez członków koncertowego zespołu głównego bohatera, jak również kilku świetnych wokalistów. — efdote


#FridayRoundup

Songs of an Unknown Tongue

Zara McFarlane

Brownswood

Zara McFarlane oczarowała nas w redakcji swoim połączeniem wokalnego jazzu, tradycyjnego soulu i szeroko pojętej muzyki etnicznej w 2014 roku na swoim drugim krążku If You Knew Her. Lata mijają, a pochodząca z Londynu piosenkarka robi swoje. Po dobrze przyjętym Arise z 2017 roku, wraca z kolekcją dziesięciu nowych numerów bardziej niż dotychczas podszytych afrobeatem Songs From an Unknown Tongue. Jeśli marzy wam się spokojny odpoczynek na tropikalnej wyspie, ale koronawirus pokrzyżował wam plany, z tym krążkiem, będziecie o krok bliżej rychłego spełnienia tego, co trzeba było odłożyć na później. — Kurtek


#FridayRoundup

Die 4 Ur Love

Tei Shi

Diktator

Nowa EP Tei Shi, choć na okładce kusi retrofuturystyczną wyobraźnią spod znaku rodzeństwa Jackson i ich „Scream”, w rzeczywistości uderza zdecydowanie mocniej w tony sympatycznej synthpopowej potańcówki. Określenie „sympatyczna” jest przy tym tutaj wyjątkowo trafne, bo jednocześnie afirmuje niewątpliwy urok tych kilku, nieco nieśmiałych, piosenek, z drugiej jednak słusznie sytuuje to bedroomowe neo-disco w obszarze zachowawczej letniości, poza którą Die 4 Ur Love raczej nie wykracza. Mimo to, gdy wjeżdża ta zaskakująco latynizująca gitara na „Johnny” czy rozczulający introwertyzm „Disappear” można w tym, jeżeli nawet nie utonąć, to przyjemnie podryfować. — Wojtek


#FridayRoundup

333

Bladee

Year0001

Mimo tego że osobiście bardzo afirmuję porażkową kategorię estetyczną przypału, której Bladee niewątpliwie jest elementem, poziom wejścia w Drain Gangową, autotunową socjetę zdecydowanie mnie przerasta. Czym innym jest bowiem radosna ignorancja wobec brzmieniowej normatywności na rzecz przyjemnego chaosu muzyki wernakularnej, a czym innym po prostu boleśnie nieumiejętne i powtarzalne mamrotanie na rozwodnionej muzycznej materii, jak to ma miejsce na „333”. Szkoda, bo tegoroczne euforyczne, dream-transowe „Girls just wanna have fun” z Ecco2k zwiastowało intrygujący twist w twórczości rapera. Tu jednak trudno nie odnieść wrażenia, że wyszystko to już słyszeliśmy, Bladee dalej brzmi jak sfrustrowany nastolatek nagrywający na mikrofonie ze Skype’a kawałki o tym że dostał kosza (za co zapewne zjednał sobie tak wielu fanów), produkcje, choć nadal chwilami przyjemnie przestrzenne, jakkolwiek futurystyczne byłyby może z 10 lat temu, a całościowo trudno się oprzeć wrażeniu że to trochę zachowawczy autopilot napędzany narkotykowymi blackoutami i regularnym wypłukiwaniem serotoniny przez MDMA. Szkoda że uczucie zwały pada na słuchaczy — Wojtek


#FridayRoundup

The Light Pack

Joey Bada$$

Pro Era / Columbia

Przed wydaniem pełnoprawnego albumu, Joey Bada$$ zdecydował się zaserwować małą przystawkę. The Light Pack, jak zaznaczył, nie jest jednak epką. Konceptualnie każdy z trzech utworów reprezentuje odpowiednio duszę, umysł i ciało, a do singlowego „The Light” zrealizowany został teledysk, który dokumentuje udział rapera w tradycyjnej ceremonii haitańskiego Voodoo w Brooklynie. Joey Bada$$ jest obecnie chyba w najlepszej formie do tej pory. Jeśli więc lubicie klasyczny, świadomy hip-hop, koniecznie na niego uważajcie! — Klementyna


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Lianne La Havas w portrecie zwielokrotnionym

Lianne La Havas - Can't Fight

Lianne La Havas - Can't Fight

Lianne La Havas prezentuje klip do „Can’t Fight”

Mamy to! Czy raczej ma Lianne La Havas, która postanowiła podzielić się z nami kolejnym (po tym do „Paper Thin”) teledyskiem nakręconym w skromnych, kwarantannowych warunkach. W wideo do „Can’t Fight” wokalistka zaprasza nas do swojej rzeczywistości, i na bezpieczny, wirtualny spacer po ulicach południowego Londynu. Śmieszkowy „portret zwielokrotniony” Lianne to doskonała przeciwwaga dla niedawno wydanego sad soulowego coveru „Weird Fishes” Radiohead (z cyklu: covery, które są okej, ale nie wiemy, czy ich potrzebujemy). Przy takim rozłożeniu sił nie zostaje nam już nic innego jak oczekiwać na 17 lipca i premierę albumu Lianne La Havas!

Lianne La Havas z kolejną zapowiedzią nowego albumu

lianne la havas - can't fight

lianne la havas - can't fight

Udomowione R&B w wydaniu Lianne La Havas

Podobnie jak przed pięcioma laty, wakacje będziemy tego roku spędzać w towarzystwie Lianne La Havas. Wokalistka podzieliła się dotąd z nami dwoma zwiastunami swojego trzeciego albumu. Do subtelnej ballady „Bittersweet” dołączyło równie subtelne i nostalgiczne „Paper Thin”, brzmiące jak B-Side „Tokyo”, opatrzone niedawno lofajowym teledyskiem, nakręconym w domowych warunkach. „Can’t Fight” to propozycja bardziej dynamiczna; niezupełnie optymistyczna w treści, ale za to optymistyczna w formie. Lianne La Havas chciała w niej nawiązać do rytmicznego dialogu tekstu i muzyki, który odkrywała jako nastolatka, słuchając „ton R&B”. W pisaniu utworu wziął udział Mura Masa, który wyprodukował „Can’t Fight”. Lianne La Havas poddaje się okolicznościom, a my poddajemy się lekkości i bezpretensjonalności jej nowego singla. Sprawdźcie poniżej, razem z tracklistą albumu. Premiera Lianne La Havas już 17 lipca.



Tracklista:

1. Bittersweet
2. Read My Mind
3. Green Papaya
4. Can’t Fight
5. Paper Thin
6. Weird Fishes
7. Please Don’t Make Me Cry
8. Seven Times
9. Courage
10. Sour Flower

Lianne La Havas zapowiada nowy album

Lianne La Havas - Bittersweet

Lianne La Havas - Bittersweet

Lianne La Havas w wydaniu słodko-gorzkim

Jeżeli przypadkiem należycie do tych, którzy nadal (choćby i w skrytości) oczekiwali nowego wydawnictwa od Lianne La Havas, to spieszymy donieść, że wasze nadzieje nie okazały się płonne. Pop soulowa songwriterka powraca z nowym singlem „Bittersweet”, zapowiadającym pierwsze wydawnictwo od czasu Blood z 2015 roku. Najnowszy utwór wokalistki to wprawdzie krok subtelny i zachowawczy, ale cieszy mimo wszystko, niczym znak życia od dawno niewidzianej znajomej. Przy okazji premiery „Bittersweet” Lianne odwiedziła berlińskie studio Colors, rozświetlając jego przestrzeń emocjonalnym, słodko-gorzkim występem. Album LLH3 ma się ukazać jeszcze w tym roku. Czekamy niecierpliwie!

Nowy teledysk: Lianne La Havas „Tokyo”

Pamiętacie jeszcze Lianne La Havas? Po wydaniu rewelacyjnego „Blood” w 2015 roku rozpłynęła się w powietrzu; pojawiała się jedynie czasem jako gość u innego wykonawcy. Teraz powraca z kolejnym singlowym teledyskiem do nostalgicznego „Tokyo”. Intymny obraz przedstawia Lianne jako jeden z wielu ludzkich punkcików na mapie miasta, które pewnie jeszcze długo będzie utożsamiane z samotnością. Czy Lianne mogłaby zagrać w remake’u do „Między słowami”, gdyby taki powstał? Możecie sprawdzić poniżej.

Charles Bradley, BJ the Chicago Kid, De La Soul i inni na debiutanckim albumie Mr Jukesa

Pamiętacie indie rockowy zespół Bombay Bicycle Club? W 2016 roku chłopaki zawiesili działalność, a jeden z nich — Jack Steadman postanowił wydać solowy album. Wybrał pseudonim Mr Jukes i szykuje krążek zatytułowany God First. Zapytacie, co zapowiedź płyty gościa z indie rockowej grupy robi na Soulbowlu? Okazuje się, że na swoim debiucie Steadman postanowił pójść w stronę soulu i hip-hopu. Jedno spojrzenie na tracklistę i już wiadomo, że może być gorąco. Gościnne udziały BJ the Chicago Kida, Charlesa Bradleya, De La Soul, a do tego między innymi Lalah Hathaway i Lianne La Havas! Wyszły już trzy zapowiadające projekt single i naprawdę nie pozwalają się oderwać od głośnika. „Angels/Your Love” jest utrzymane w boom bapowej konwencji, a BJ the Chicago Kid idealnie pasuje do takich nieco mocniejszych klimatów. „Tears” to świetny eksperymentalny soul, a „Grant Green” z gościnnym udziałem Charlesa Bradleya przenosi nas do funkowych lat 70-tych. Cudownie się tego wszystkiego słucha. Premiera płyty spodziewana jest na 14 lipca.

1. „Typhoon”
2. „Angels/Your Love” (feat. BJ the Chicago Kid)
3. „Ruby”
4. „Somebody New” (feat. Elli Ingram)
5. „Grant Green” (feat. Charles Bradley)
6. „Leap of Faith” (feat. De La Soul & Horace Andy)
7. „From Golden Stars Comes Silver Dew” (feat. Lalah Hathaway)
8. „Magic”
9. „Tears” (feat. Alexandria)
10. „When Your Light Goes Out” (feat. Lianne La Havas)



Nowy utwór: Robert Glasper feat. Lianne La Havas & Common „The Cross”

Common i Robert Glasper pracowali ostatnio przy Black America Again, ale na tym ich współpraca się nie zakończyła. Niedawno pianista, wspólnie z raperem z Chicago i z pomocą Lianne La Havas, wypuścili rewelacyjny numer „The Cross”. Kawałek został napisany właśnie przez Glaspera, Commona i Karriema Rigginsa, a znajduje się na ścieżce dźwiękowej do Burning Sands, filmu nakręconego dla Netflixa, który traktuje o wystawieniu na próbę przyjaźni i braterstwa w czarnej społeczności, ale nie tylko tam. Nie obyło się bez kontrowersji, ponieważ pewne organizacje skupiające Afroamerykanów greckiego pochodzenia wystosowały list w związku z tym, co film pokazuje. Dlatego ten numer wydaje się idealnie zmniejszać napięcie w całej sprawie. Piękne pianino Glaspera, grająca w tle trąbka robią swoje, a wokal Lianne i rap Commona pokazują, że przyjaźń i miłość są najważniejsze, zresztą słowa „I’ll go through the fire for you” wyraźnie to podkreślają.

Kendrick Lamar liderem nominacji do nagród Grammy!

kdotgrammy

Z roku na rok nominacje do Nagród Grammy dają nam coraz więcej powodów do narzekań, zaskoczeń i pytań „dlaczego?”. Potem bywa jeszcze gorzej, gdy dochodzi do ogłoszenia właściwych zwycięzców, ale nie o tym. Dzisiaj poznaliśmy listę artystów, albumów i piosenek, które w przyszłym roku będą miały szansę na zdobycie tej wciaż podobno prestiżowej statuetki. Co ciekawe, patrząc ogólnie to nie jest tak źle. Dziwić może obecny na liście rapowych występów roku freestyle Drake’a, a poważnie zdenerwować nieobecność Kamasiego Washingtona wśród walczących o instrumentalny jazzowy album roku. Skupmy się na pozytywach. Po pierwsze Kendrick Lamar, który zdominował listy liczbą jedenastu (!) nominacji. Jest to imponujący wynik, gdyż jedynym artystą w historii, który otrzymał ich więcej na potrzeby jednej gali, był Michael Jackson (dwanaście). Drugie miejsce — ex aequo z Taylor Swift — zajmuje The Weeknd ze swoją szczęśliwą siódemką. Zarówno K-Dot jak i Abel walczyć będą nie tylko w swoich gatunkowych kategoriach, ale także w tych najważniejszych ogólno-muzycznych. Nieźle wyglądają kategorie związane z klasycznym i nowoczesnym r&b. The Internet, Lianne La Havas, Miguel, Hiatus Kaiyote, Jazmine Sullivan, Leon Bridges, Kehlani (!) i oczywiście wielka niespodzianka końcówki 2014, czyli D’Angelo — zdecydowana większość z nich faktycznie reprezentuje współczesny obraz czarnej muzyki. Podobnie sprawa wygląda z hip hopem — nie jest idealnie, ale widać jakąś tam próbę wyważenia zestawu pod kątem sukcesów komercyjnych, jak i artystycznych (J Cole, Drake, Kendrick. Dr. Dre). Niezbadane są jednak wyroki Akademii w sprawie ogłaszania ostatecznych zwycięzców, więc staram się nie zakładać, że moi faworyci wygrają wszędzie tam, gdzie bym chciał (Czarny Mesjasz ze złotym gramofonem za Record Of the Year — to by było zbyt piękne). Pełną listę nominowanych znajdziecie na przykład tutaj.

Relacja: Lianne La Havas nie do zatrzymania

Bez nazwy-2

foto: P. Tarasewicz / cgm.pl

Jeśli życie nie polega na piciu drinków w promocyjnej cenie i chodzeniu na koncerty Lianne La Havas, to nie mamy o nim zielonego (i złotego) pojęcia. (więcej…)