Recenzja: Blu & Exile Miles

Data: 3 listopada 2020 Autor: Komentarzy:

Blu & Exile

Miles (2020)

Dirty Science Records

Chemii, jaką czuć we współpracy Blu i Exile’a pozazdrościć może niejeden duet producencko-raperski obracający się w niszach współczesnego oldschoolu czy bardzo klasycznego, smukłego jazz rapu. Przesycona lekkością poetyckiej przekminy nawijka Blu od lat idealnie koresponduje z beatmakerstwem Exile’a, który, mimo korzeni osadzonych głęboko w klasycznej szkole ciętego jazzu, zawsze starał się do owych zastanych formuł podjeść nietuzinkowo, a przynajmniej autorsko. Nie powinno zatem dziwić, że z tak potężnym kapitałem kulturowym i pulsującym pod każdym werblem potencjałem, duet zdecydował się dać finalnie upust kreatywnym ambicjom, których ostatecznym produktem jest trwające 95 minut monumentalne Miles.

Taka ilość materiału wiąże się, przynajmniej dopóki nie podejmuje się za przykładem Drake’a prób rozpisania matematycznego algorytmu promocyjnego, z koniecznością uspójnienia i konceptualizacji wypuszczanego materiału, aby finalnie nie trafić w punkt symptomatycznego wypuszczania wolnych, klejonych na autopilocie strzałów. Tutaj fundament pod rapowe historiopisarstwo ustalony zostaje przy pomocy pojedynczych motywów lub słów kluczy, które już same w sobie obrazują liryczną kreatywność Blu. Sam tytuł otwiera nam dwie ścieżki — z jednej strony odwołuje nas bezpośrednio do duchowego patrona całego przedsięwzięcia — Milesa Davisa, którego jazzową hagiografię w różnych opcjach raper kilkukrotnie uprawia w ramach setek wersów przewijających się przez płytowy monument. Z kontekstu trębacza zaczerpnięty zostaje także „niebieski” motyw, nawiązujący do bodaj największego płytowego przeboju jazzmana, czyli Kind of Blue, który tutaj przejawia się zarówno w imponującej dociekliwości Exile’a w wyszukiwaniu sampli wokalnych, w których pojawiałoby się słowo „blue”, jak i w biografizmie podmiotu rapującego, który tytularnie z tą barwą został spojony na resztę twórczości. W opozycji do „blue notes” w jazzie pojawiają się jednak przecież też „root notes”, które tutaj stanowią kolejną płaszczyznę refleksji. Dziedzictwo kultury afrykańskiej, genealogia rodowa czy wytworzenie się całej współczesnej myśli czarnej (w tym kontekście bardzo konkretnie: afroamerykańskiej) filozofii są jednymi z wielu wątków, na bazie których narrację buduje Blu. Szczególnie imponujące spotkanie się tych dwóch znaczeniowych dychotomii pojawia się w centralnej części albumu, w przekraczającym 9 minut, rytualnym, plemiennym i niemal mantrycznym „Roots of Blue”, w ramach którego stworzony zostaje poczet postaci uosabiających emblematyczne dla płyty „black power”. Refleksją i puentą, która ostatecznie nam towarzyszy w trakcie odsłuchu kawałka wydaje się wniosek, że czarna kultura od korzeni do współczesności przebyła, nomen omen, wiele mil, co sygnalizuje nam drugą ścieżkę rozumienia tytułu.

Po tej kolistej hermeneutyce wypada jednak spytać jak ten, fantastyczny literacko kawałek poezji, spisuje się w formule rapowej płyty, którą przecież Miles dalej pozostaje. Z tej strony jednak ogromny szacunek należy się Exile’owi, który jakimś cudem omija pokusy uderzenia w tony boombapowego recyklingu. Formuła typu sampel z jazzowego pianina i przykurzone, winylowe bębny istnieje od prawie pół wieku w świadomości muzycznej słuchaczy (co zresztą pojawia się nawet tematycznie w kawałku „To the Fall, But Not Forgotten”), a jednak lekkość i finezja kolejnych instrumentali niesie materię muzyczną krążka. Oparty na przedziwnym, girlgroupowym zaśpiewie „When the Gods Meet”, bezpretensjonalnie stylowe, brzmiące jak nocne podróże samochodem po ośce „Miles Away” czy w końcu nadpobudliwie pocięte loopy na pianinie w „Spread Sunshine” — listę doskonałych podkładów można by mnożyć. Pojawiają się co prawda momenty, kiedy te beaty, nadal świetne, przybierają trochę formę hip-hopowego „stylu zerowego” i w gatunkowym tradycjonalizmie boją się, bądź nie chcą wykraczać poza wydeptane przez największych ścieżki. Trudno jednak mówić tu o takiej mocnej gatunkowej konserwie. Bardziej jest to stylowa staroświeckość lub, w najgorszym wypadku, naprawdę wysokiej klasy beatowe rzemieślnictwo. Momenty takich bezpiecznych zagrań nie są wcale rażące i w wymiarze całości to raczej detaliczne rysy. Znacznie większy problem leży w warstwie narracyjnej płyty.

Aby nawiązać analogię do innej tegorocznej płyty, oscylującej w bardzo podobnej tematyce, również opartej o dynamikę „jeden producent i jeden raper” i również przekraczającej granicę godzinnego runtime’u — Innocent Country 2 Quelle Chrisa i Chrisa Keysa zrealizowało doskonale to, czego na Miles brakuje mi najbardziej — cierpliwą narrację. Przy takiej ilości materiału potrzebny jest słuchaczowi oddech, chwila na rozpłynięcie się w audiosferze płyty i pospacerowanie myślami po instrumentalnych pasażach. Porównanie to może być trochę na wyrost, ale jednak oscylujące gdzieś z tyłu głowy wspomnienie o fantastycznej elegancji i cierpliwości projektu dwóch Chrisów sprawiało że mimowolnie dostrzegałem tę różnicę, tym bardziej kiedy dawało się we znaki chwilowe przebodźcowanie ilością przyswajanego materiału.

Miles to jednak nadal bardzo przyzwoita płyta, a fanom takiej urban literackości ów natłok wersów może nawet imponować. Nie można odmówić duetowi odwagi, kreatywności i szczerego umiłowania do hiphopowego medium i dziedzictwa czarnej kultury. Jest to kawał przyzwoitej, gatunkowej muzyki i chodnikowej poezji, imponujący rozmachem, nawet jeżeli w owym rozbuchaniu nieco zbyt gęsty.

Komentarze

komentarzy