Recenzja: Open Mike Eagle Anime, Trauma and Divorce

Data: 11 listopada 2020 Autor: Komentarzy:

Open Mike Eagle

Anime, Trauma and Divorce

Auto Reverse

Wyobraźcie sobie sytuację, w której ostatni miesiąc, dzięki dobrotliwości Netflixowego karmiciela, spędziliście na binge-watchingu Jojo’s Bizzare Adventure oraz ponownym składaniu wszystkich zawiłości franczyzy Neon Genesis Evangelion. Przesyceni tym klimatem, wyposażeni w garść światłych, nerdcore’owych punchline’ów, siadacie do napisania albumu, aby jednocześnie dowiedzieć się, że… rozwodzicie się ze swoją wieloletnią partnerką/partnerem. Z jednej strony czeka was podburzenie całego dotychczasowego porządku życia i kryzys tożsamości, z drugiej — z braku innego języka ekspresji, musicie spróbować przepisać to na język anime. Jeżeli brzmi to jak okrutny absurd i kuksaniec od losu, któż inny mógłby sobie z tym poradzić lepiej niż naczelny kontemplator słodko-gorzkiego absurdyzmu codzienności — Open Mike Eagle.

Choć „poradzić sobie” to w tym wypadku nieco niefortunne określenie. Anime, Trauma and Divorce to bowiem płyta brzmiąca chwilami bardziej jak wgląd w sam środek kryzysu tożsamościowego niż zdystansowany, przefiltrowany perspektywą czasu dziennik z zasklepionych przez terapię ran. Mike dalej próbuje bowiem nakręcić tą samą czarną, odklejoną komedię, którą uskutecznia regularnie od dekady, jednak w miarę przybywania płyt w dyskografii, coraz mniej w tym ducha egzystencjalnego pythonizmu, a coraz więcej dojrzałego cynizmu wobec codzienności. Anime, Trauma and Divorce brzmi jak pusty wzrok Billa Murray’a spuentowany jego melancholijnym, zmęczonym uśmiechem. W trackliście obok siebie pojawiają się utwory niemal konfesyjnie intymne (filigranowe „Everything Ends Last Year” to niespodziewanie świadomy i pozbawiony filtra wzrusz) i nieporadne żarty niskich lotów, które trudno interpretować w danym nam kontekście inaczej niż jako coping mechanism w postaci nerwowych, tatusiowych dowcipasów. I, jasne, niekiedy udaje się przekuć to w błyskotliwą, grającą na szoku słuchacza koncepcje — OME, nawet w egzystencjalnym przestoju, pozostaje świetnym, nietuzinkowym tekściarzem. Konceptualnie najlepiej wypada w tej materii przesadnie zgryźliwa poza tetryka, którą przyjmuje na przywodzącym na myśl wczesną twórczość Billy’ego Woodsa kawałku „The Black Mirror Episode”, w refrenie którego próbuje obarczyć odcinek rzeczonego serialu winą za zrujnowanie jego małżeństwa z Tiffany. Przesadnie agresywny, niemal roszczeniowy ton budzi tyleż dyskomfortu, co szczerego rozbawienia przekraczaniem granic emocjonalnego decorum. Duża część żartów nie ląduje jednak z równie mocnym impetem, zaś apogeum tej czerstwej żeżuchy usianej gęsto po wersach następuje w „Headass (Idiot Shinji)”, które przekracza na refrenie ilość powiązań „głowy” i „dupy” dopuszczalną nawet w standardach polskiego stand-upu, a co dopiero na tak refleksyjnym krążku. Momenty te rażą uszy głównie dlatego, że wydają się zupełnie pozbawione samoświadomości i nieporadne w sposób budzący raczej politowanie niż sympatię, trudno też usprawiedliwić je konwencją albumu. Kryzys wieku średniego u Eagle’a przemawia nawiązaniami do japońskich animacji, które chwilami wydają się dla rapera przestrzenią wręcz eskapistyczną od przytłaczającej rzeczywistości. To uczucie jest o tyle ambiwalentne, że ten sztuczny, nieco pozowany dystans wobec jednych aspektów zestawiony jest z bardzo samoświadomymi momentami autorefleksji względem innych strategii przepracowywania traumy. Gdy Mike bowiem mówi o samym sobie, zdaje się punktować swoje behawioralne zmiany z dozą autoironii, ale niepozbawionej zdrowej empatii i zrozumienia wobec trudnego okresu w życiu. Problemy w wyrażaniu emocji zdają się pojawiać przede wszystkim we fragmentach, kiedy wspomina swój świeżo zakończony związek.

Mimo tego jednak, że ze strony lirycznej bywa wyboiście, w warstwie instrumentalnej Eagle nadal pozostaje tuzem rapowego jesieniarstwa. Sięga po ciepłe plamy syntetycznej melancholii, zupełnie jakby sam sobie próbował wynagrodzić momenty emocjonalnego rozedrgania za pomocą wytworzenia przestrzeni komfortu i bezpieczeństwa. Słychać zatem sprawdzone, ale nie zużyte powtarzalnością patenty- chwilami operujące gdzieś na styku najntisowej alternatywy i współczesnego abstract rapu, innym razem zbliżające się do minimalistycznego indie soulu, który w połączeniu z ogołoconą z rapowych ozdobników melorecytacją działa jak muzyczne ASMR dla duszy. Takich „wholesome” momentów w aranżacyjnej tkance w ogóle jest wiele, by wymienić chociaż gościnne występy niejakiego Little A$e’a, za którym to pseudonimem kryje się syn Mike’a i pojawia się, by nawinąć chwytliwą, refrenową miniaturę. Przyjemnie zaskakuje także lekko kwasowy, psychodeliczny wkręt na „The Edge of the New Clothes”, który przywodzi na myśl czasy radosnego ekscentryzowania w ramach abstractrapowej formuły, zaś „Sweatpants Spiderman” (uzbrojone w bodaj najbardziej przebojowy refren na całym krążku) śmiało kombinuje z teksturą dźwięku i miarowo rozwija melancholijne pasaże dźwięku w bardziej skoncentrowane, treściwe struktury na motorycznym, syntezatorowym basie. Instrumentalnie zawodzi chyba jedynie „Airplane Boneyard”, które nieco mierzi swoją nijakością i wtórnością formuły, przez co rozwadnia zakończenie krążka. Szkoda też, że nie znalazło się miejsce na fantastyczne, singlowe „Neighbourhood Protection Spell (Lana Del Biden Nem)”, ale być może, poza uczuciem ojcowskiej empatii, za bardzo odbiegało od głównego punktu zogniskowania treści albumu.  Największym zarzutem wobec tej muzycznej konwencji pozostaje jednak brak estetycznej konsekwencji i spójności w wytwarzaniu autorskiego języka wypowiedzi. Kolejnym beatom brakuje swoistości, przez co brzmienie albumu jest pozbawione wyraźnej tożsamości i nabiera nieco kompilacyjnego charakteru, ale trudno nie dostrzec tu jednak analogii do chaosu i dekompozycji dotychczasowego pulsu codzienności rapera.

Anime, Trauma and Divorce budzi zatem ostatecznie ambiwalentne uczucia. Nie jest to dzieło tylko opowiadające o traumie, ale bezpośrednio obarczone traumą, wytwarzane nie wobec niej, ale symultanicznie dziejące się wraz z nią. Z jednej strony ewokuje nieprzyjemną konfuzje, nie umie się dookreślić i jasno skonceptualizować, a w perspektywie poprzedniej, fantastycznie spójnej, duchologicznej płyty <em>Brick Body Kids Still Daydream jawi się jako wyraźny spadek formy. Jednak, z drugiej strony, czy właśnie nie na tym polega kryzys, który Open Mike Eagle stawia w tematycznym centrum refleksji? Być może mottem płyty wcale nie są wszechobecne okołoanimcowe nawiązania, ale rozpoczynające „I’m a Joestar (Black Power Fantasy)” wersy:

A’ight, so this is– this is my–
This is what I need to do
I know I need to do something to feel better
This is it, so
Stop asking me all these questions
D– Stop trying to take this away from me

Po kilku przesłuchaniach w pamięci zapadł mi przede wszystkim fantastyczny aranż „Sweatpants Spiderman” i shock value „The Black Mirror Episode”, nie mam jednak chęci powracać do całości. Mam za to ogromną ochotę przytulić Mike’a i zabrać na eskapistyczne oglądanie End of Evangelion. To bardziej test empatii i zrozumienia dla słuchacza niż wyraźny manifest ze strony artysty, ale czy o to powinno chodzić?

Komentarze

komentarzy