Odsłuch: Schafter Futura

Data: 1 grudnia 2020 Autor: Komentarzy:

Schafter powraca z drugim longplay’em

W tym tygodniu dosyć skromnie z premierami, więc brak i #FRU, ale jest jeden krążek, którego nie mogliśmy pominąć. Schafter to gość, który zjednał sobie soulbowlową sympatię fantastyczną EPką hors d’oeuvre, na której zaimponował nam swoją lekkością w żonglowaniu tropami zawieszonymi gdzieś między najntisowym R’n’B, smooth soulem i jazz rapowymi konotacjami. Nasze serca trochę połamały się, gdy okazało się, że Audiotele, długogrający debiut młodego Wojtka wydany pod szyldem Asfalt Records, okazał się w ostatecznym rozrachunku klejoną na szybko popisówą napiętnowaną chaotycznym niedookreśleniem. Na lepsze jutro nadzieje dawała jednak, nomen omen, Futura.

Drugi album młodego rapera przede wszystkim dużo wyraźniej określa swoje cele. Nie spogląda ku soundcloudowym czasom, znacznie śmielej  sięga po trapowe instrumentale, makaronizmów jakby mniej, za to autotune chwilami rozsmarowany jest tak gęsto, że znacznie przekracza zdroworozsądkowe ilości. Chwilami to połączenie daje nadspodziewany świeży efekt, jak choćby w zawieszonym między postcartierowskim futuryzmem a vaporwave’ową nostalgią „3.5 karrata”, czy we wszystkich wycieczkach w nokturnalne, neogotyckie R’n’B (vide: „eskeemos” czy „www”). Trudno jednak nie odnieść chwilami wrażenia, że ten eklektyzm formy zastąpić ma nam wyraźną treść. Najntisowy renesans klisz i tematów, który stwarzał wcześniej u Schaftera jego własny mikrokosmos odwołań tutaj znika gdzieś między przeciętnymi wersami o ćpaniu, piciu i podrywaniu lasek, które i tak często rozpadają się pod presją mumblorapowej konwencji. Coraz mniej czuć w tym duchologicznego ducha (hehe) i, jasne, nie należy żyć wyłącznie przeszłością, a rozwój w wypadku artystów, szczególnie tak młodych, jest więcej niż wskazany, ale bez wszystkich „łer”, rhodesowych loopów i przydymionych werbli Wojtek okazuje się mieć przerażająco mało charakteru, nawet jeżeli obsypuje tym co ma naprawdę wysmakowane instrumentale. Całość to ostatecznie, mimo wszystko, krok naprzód i to w kierunku, który na hermetycznej polskiej scenie dalej jest gestem wymagającym odwagi. Dzieją się tu chwilami fantastyczne rzeczy, tylko tego charakteru jakby jednak trochę zabrakło.

Komentarze

komentarzy