Wydarzenia

Relacja z koncertu Beyoncé w Pradze

Data: 22 czerwca 2009 Autor: Komentarzy:

01

Kiedy pod koniec ubiegłego roku ogłoszono daty oraz miasta, które Beyoncé odwiedzi podczas swojej europejskiej trasy koncertowej „I Am… Tour” i stało się jasne, że Polska została (moim zdaniem bardzo niesprawiedliwie) pominięta, uznałam, że mimo wszystko nie można przegapić takiej okazji, jaką jest zobaczenie jedynej i niepowtarzalnej Beyoncé na żywo. Zwłaszcza, że występowała tuż za naszą granicą. Zdecydowałam się na Pragę w Czechach, gdzie bilety były w najbardziej dogodnej cenie, a i samo miasto warto było zwiedzić. Nie będę opowiadać, jakim fartem udało się mnie i mojej przyjaciółce zdobyć bilety i zaplanować podróż, za to podzielę się z Wami szczegółami koncertu (tak dobrze zapamiętanymi, chociaż od wydarzenia upłynął już miesiąc).
Oto nadszedł długo wyczekiwany dzień 30 kwietnia 2009 roku…

Występ w Pradze był czwartym w Europie koncertem Beyoncé (tuż po Zagrzebiu, Wiedniu i Budapeszcie), a odbywał się w imponującym obiekcie 02 Arena. Przybył tłum ludzi, ale wpuszczanie i kontrola biletów przebiegały zadziwiająco sprawnie i szybko. Już po 5 minutach byłyśmy w środku. Przed koncertem można było odwiedzić sklepik, gdzie do kupienia było wiele gadżetów z naszą drogą Bee: plakaty, koszulki, naklejki i wiele innych (jestem dumną posiadaczką rewelacyjnego posteru Sashy Fierce). Kiedy już dostałyśmy się na salę, miłym zaskoczeniem był fakt, jak blisko sceny znajdują się nasze miejsca siedzące, potem pozostawało już tylko czekać. Kiedy sala się zapełniła, na scenę wszedł niejaki Marek Ztracený, czeski artysta popowy. Biedny Marek zdawał sobie sprawę, że niewiele osób zwraca na niego uwagę i po czterech czy pięciu piosenkach się zmył. Około godziny 21:00, witana gromkimi brawami i okrzykami, w kłębach dymu pojawiła się bohaterka wieczoru, śpiewając intro do „Deja Vu”, które błyskawicznie przeszło w jej pierwszy światowy hicior „Crazy In Love”. Wokalistce towarzyszył cały jej zespół muzyczny, składający się z samych kobiet Suga Mama, trzyosobowy chórek The Mamas i fantastyczni tancerze i tancerki. Oglądaliście koncert Beyoncé na Wembley, zarejestrowany w 2004 roku? Tam „Crazy In Love” było punktem kulminacyjnym całej imprezy, wyskakiwali tancerze, z góry leciało confetti. W Pradze wszystko wyglądało tak samo, łącznie z confetti sypiącym się na publiczność, z tym tylko, że działo się to zaledwie w pierwszych minutach koncertu! Jak widać, panna Knowles-Carter postanowiła działać w myśl zasady Alfreda Hitchcocka: zacząć od trzęsienia ziemi, a później rozkręcać akcję jeszcze bardziej! Bee miała na sobie błyszczący kostium ze specjalnymi poszerzeniami na biodrach i ramionach i gigantyczną kokardą z tyłu. Na zdjęciach tego nie widać, ale podczas występu w światłach reflektorów niesamowicie się mienił, raz na złoto, raz na srebrno. Potem dane nam było usłyszeć nieco bardziej egzotyczne niż zwykle „Naughty Girl” i moje ukochane „Freakum Dress”, gdzie na koniec wykonała z tancerkami sławną już z teledysku „przemowę”, wyglądało to rewelacyjnie, a brakowało jej tylko profesorskich okularów. Beyoncé cały czas intensywnie tańczyła skomplikowane układy choreograficzne i śpiewała, jednocześnie nawet nie dostała zadyszki. Kulminacją tej taneczno-hitowo-bidejowej części było „Get Me Bodied” w wersji extended, gdzie oczywiście odtańczyła wszystkie kroki znane z teledysku czy jej poprzedniej trasy koncertowej. Na chwilę zostawiła na scenie same tancerki, które dokończyły układ.

02

Następnie zaczęła się część bardziej refleksyjna i balladowa. Beyoncé w białym body i długim płaszczu w tym samym kolorze pojawiła się na szczycie schodów, które wraz z telebimem z tyłu przedstawiały ruchomą wodę – wyglądało to przepięknie, jak gdyby wokalistka występowała pod powierzchnią morza. W takiej dekoracji wykonała z pasją „Smash Into You”, z najnowszej płyty „I Am… Sasha Fierce”. Następnie zaśpiewała natchnione „Ave Maria”, gdzie zaprezentowała swoje rewelacyjne warunki głosowe. W połowie tancerze doczepili jej szeroką spódnicę i założyli welon, a Bee-panna młoda zaczęła śpiewać piękny utwór „Angel” Sarah McLachlan. Następnie przeszła do „Broken-Hearted Girl” i przez wielu wyczekiwanego „If I Were A Boy”. Trochę bałam się, że, kolokwialnie mówiąc, zamuli, ale ku mojemu zaskoczeniu Bee postawiła na nieco bardziej zadziorne wykonanie tego zagranego na śmierć przez stacje radiowe hiciora. Najpierw jednak na telebimach pojawiła się sekwencja video, znana z początku teledysku do „IIWAB”, jednak wydłużona. Knowles wyszła na scenę w seksownej skórzanej sukience i okularach a’la LA cop, robiła minki podczas śpiewania i poruszała ramionami niczym Michael Jackson w „Thriller”. W połowie zaczęła śpiewać bardzo energiczny hit Alanis Morissette „You Oughta Know”, który bardzo rozruszał publikę, po czym dokończyła „If I Were…”.

Tu pozwolę sobie powiedzieć słówko o czeskiej publiczności. Drętwa. Dobrze się zapowiadała jeszcze zanim cały koncert się zaczął, kiedy to cała sala robiła raz po raz meksykańską falę, ale to chyba było apogeum możliwości praskiej widowni. Beyoncé musiała po kilka razy prosić, by rzędy siedzące szanownie wstały, ale zadki wielu osób szybko opadały z powrotem na krzesła. Zdawkowo też wspomnę o incydencie z pewną matroną, która moją przyjaciółkę zaczęła szturchać, a moje ubrania polała mą własną wodą, bo stojąc, zasłaniałyśmy ponoć widok jej córkom. Powiem tylko, że nie spodziewała się mojej reakcji i bynajmniej nie zmusiła nas do siedzenia. ;] Naprawdę, zadziwiło mnie, jak można siedzieć podczas np. „Get Me Bodied”. Dlatego Beyoncé, wpadaj do Polski, zapytaj Wyclefa, Alicii Keys czy nawet Jill Scott, jak się potrafi bawić polska publiczność!

03

Wracajmy jednak do koncertu. Jak wiecie, Beyoncé to nie tylko Beyoncé, ale i Sasha Fierce. Po balladowej i łagodnej części nadeszła chwila Sashy! Na telebimach pojawiło się REWELACYJNE intro, mini-teledysk, gdzie Beyoncé ucharakteryzowana na androida w lamparcie cętki przedziera się przez Arktykę śpiewając „Sweet Dreams”. To video (a było ich w trakcie koncertu kilka) zrobiło na mnie największe wrażenie, możecie podejrzeć nagranie z chorwackiego koncertu w dobrej jakości tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=qMLWk2btCvg).
Tuż po rewelacyjnym przedstawieniu Sashy Fierce wokalistka wraz z grupą tancerzy pojawiła się na schodach i zaczęła śpiewać agresywne „Diva”, jak dla mnie jeden z highlightów tego show. Układ choreograficzny i wycięte ujęcia z teledysku w tle – miodzio! Do tego Bee miała na sobie śmieszne body zawierające elementy lamparcie (nawet mini ogonek z tyłu) i motocyklowe (świecące niczym reflektory motoru aluminiowe elementy). Potem przeszła do „Radio”, które poprzedzały fragmenty hitów Bee lecące niczym podczas wyszukiwania stacji radiowych oraz niespodzianka: video małej Knowlesówny śpiewającej jakiś utwór jako kilkuletnia dziewczynka. „Radio” było niesamowicie energiczne i rewelacyjnie zatańczone, kolejny punkt koncertu, który szalenie przypadł mi do gustu. Następnie usłyszeliśmy klasyczne już „Me, Myself & I”, „Ego” w wersji z Kanye Westem obecnym w głośnikach (na początku pojawiły się fragmenty z wtedy jeszcze nie opublikowanego teledysku) i świetnie wykonane „Hello” (nie mylić z „Halo”). Wydawało się, że to już koniec występu dzikiej Sashy i zaraz wróci do nas delikatna Bijąse, swój popis dała basistka z blond dredami i chórek pokaźnych The Mamas. Na telebimie pojawiło się kolejne video interlude z Bee rzucającą monetą, która przedstawia twarz jej i Sashy. Ku naszemu zaskoczeniu, wygrywa Sasha i w akompaniamencie afrykańskich bębnów odchodzi z triumfem, zostawiając biedną Knowles niepocieszoną.
Nagle po bokach sceny głównej pojawiły się dwie postacie kobiece w maskach i takich samych sukienkach, a kolejna na mniejszej scenie, ustawionej pośród publiczności na środku płyty hali. Wszystkie tańczą, ale która z nich to Beyoncé/Sasha? Okazuje się, że żadna, prawdziwa bohaterka wieczoru stoi w centralnym miejscu sceny w uprzęży. Po cóż jej ta uprząż?, zapytacie. Ano po to, żeby swobodnie lewitować nad tłumem. W końcu to Beyoncé, dlaczego miałaby nie latać nad głowami fanów? Było to absolutnie imponujące, a ludzie, nad którymi fruwała Bee, byli w siódmym niebie. Nie tylko dlatego, że miała na sobie krótką złotą sukienkę (ku uciesze panów), ale robiła też najróżniejsze fikołki. Zapomniałam jeszcze dodać, że w międzyczasie śpiewała „Baby Boy”.
Po dotarciu na środkową scenę wykonała razem z tłumem „Irreplaceable”, „Check On It” w wersji z bardzo fajnym tłustym bitem oraz klasyczny już medley Destiny’s Child, w którym zawarte były fragmenty „Bootylicious”, „Bug A Boo” i „Jumpin’ Jumpin’”. Potem B. przeszła do „Upgrade U” i niezwykle seksownego wykonania „Video Phone” (jej jeszcze bardziej seksowni tancerze wili się wokół niej i zgodnie z przesłaniem piosenki, nagrywali jej pląsy na swoje komórki). Na koniec tej części wokalistka postanowiła zaserwować nam „Say My Name”, podeszła z mikrofonem do pewnego kolesia pytając o jego imię, po czym zadała standardowe pytanie: „What’s my name?”, na które ten odparł z radością: „Lucas!”. Następny zaczepiony przez Bee chłopak również bez wahania nazwał Knowlesównę Lucasem :D Wierni fani zaczęli gwizdać i w końcu ktoś przypomniał Beyoncé, że nosi imię Beyoncé. Po tym drobnym przerywniku, niczym niezrażona dokończyła piosenkę, przebiegła przez tłum na główną scenę i zniknęła za kulisami. My podczas jej nieobecności mogliśmy podziwiać niesamowite tancerki tańczące do innych hitów DC.

04

Myśleliście, że to już koniec? O nie, Knowles jeszcze ma nam sporo do zaoferowania. Na telebimach pojawił się kolejny video interlude, tym razem przedstawiający Beyoncé wędrującą po ulicy z armią co najmniej przystojnych mężczyzn i głoszącej, że jest survivorem i się nie podda! Czyli wiemy już, że Sasza Sroga została zmieciona ze sceny. I rzeczywiście, na deskach pojawia się nasza diva w pięknej długiej błyszczącej sukni, by zaśpiewać cudowne „At Last”, utwór znakomitej Etty Jones, którą to Bee zagrała w filmie „Cadillac Records” (od niedawna do kupienia na DVD w Polsce). Na półprzezroczystej kurtynie wiszącej za piosenkarką cały czas wyświetlano różne wzruszające obrazy z nowej historii USA, jak wygrana prezydenta Obamy, ale też fragmenty z musicali „Dreamgirls” i wcześniej wspomnianego „Cadillac Records”. Następnie dane nam było usłyszeć „Listen”, i tu niemal padłam na kolana. Głos Beyoncé Knowles jest po prostu boski, bardzo silny, czysty i pełen emocji, chyba każdemu obecnemu łza się w oku zakręciła. Na koniec usłyszeliśmy też „Scared of Lonely”, jeden z bonusowych kawałków z „I Am… Sasha Fierce”, który jakimś cudem ominęłam na płycie i po raz pierwszy usłyszałam dopiero na koncercie, bardzo mi się spodobał. Bee znowu zniknęła i zostawiła nas z video interlude’m o wiele mówiącym tytule „YouTube” – przez kilka minut widownia podziwiała amatorskie nagrania ludzi tańczących do „Single Ladies” umieszczone na tymże portalu. Nie zabrakło również Justina Timberlake’a podczas występu dla SNL i jego sławetnego „We’re the dancers!”.

05

I po kolejnej zmianie stroju, tym razem odziana w czarno-srebrne body i z dwiema tancerkami przy boku, pojawiła się bohaterka wieczoru, by wykonać szlagier „Single Ladies (Put A Ring On It)”. Widownia oszalała, a kiedy Bee skończyła, wszyscy wołali o jeszcze. Punktem kulminacyjnym show było „Halo”, idealny kawałek zamykający koncert, w rytm którego klaskała i tupała cała sala. Po jego wspaniałym wykonaniu Beyoncé serdecznie nam podziękowała i żegnana gromkimi brawami, opuściła scenę. Kiedy zapaliły się światła, ciężko mi się było przestawić na tryb codzienny. W końcu właśnie byłam na koncercie jednej z najbardziej znanych i znakomitych wokalistek świata! Mimo tego, że od tego wydarzenia minął już miesiąc, nadal nie mogę uwierzyć w to, że tam byłam.

Dla niektórych wszechstronność Beyoncé jest jej wadą i predysponuje ją do zostania nowym elementem standardowego wyposażenia lodówki. Dla mnie ta wszechstronność jest miarą jej talentu. Podczas tej trasy Bee pokazała, że jest fenomenalną wokalistką, fantastyczną tancerką, bardzo dobrą aktorką (potrafi stworzyć prawdziwy spektakl), a do tego czarującą i niezwykle piękną kobietą. „I Am… Tour” to dopracowane w najdrobniejszym szczególe show, ciekawe, zaskakujące (no, dla tych, którzy przebrnęli przez tę relację, zaskakujące już nie jest – sorki) i porywające. Ktoś mógłby rzec, że brak tu miejsca na spontaniczność, i rzeczywiście tak jest, ale spektakl to spektakl, jest zaplanowany od początku do końca. Czy mogę mieć jakieś ale? Może jedynie takie, że zabrakło mi akustycznych utworów z nowej płyty, jak „Disappear” czy „That’s Why You’re Beautiful”, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie nadają się one zbytnio na halowe koncerty. Nie ukrywam też, że „I Am… Sasha Fierce” nie jest moją ulubioną płytą Bee, dlatego cieszę się, że zaśpiewała kilka kawałków z mojego ukochanego żywiołowego „B’Day”. Zabrakło mi niestety „Ring The Alarm”… Zdecydowanie też publiczność mogła żywiej reagować, ale ja się od niej odcinam, w końcu to czeska publiczność, a ja siebie zaliczam do polskiej, najlepszej! Mam nadzieję, że Beyoncé prędzej czy później zawita do naszego nadwiślańskiego kraju i każdy z Was będzie mógł się przekonać na żywo, co ta kobieta potrafi zrobić!

PS: Przykro mi, że tylko takie zdjęcia Wam prezentuję (notabene nie mojego autorstwa), ale o ile w necie można znaleźć fotki ze wszystkich koncertów, o tyle tych z Pragi praktycznie nie ma. Ach, i jeszcze jedno! Muszę się z Wami podzielić refleksją, że Beyoncé ma bardzo szczupłe uda na żywo, nie mogłam się napatrzeć! Wybaczcie, musiałam pofolgować swojej babskiej naturze plotkary. ;D A poniżej amatorskie 2-minutowe nagranie pięknego wykonania „Smash Into You”:

Komentarze

komentarzy