
Willis Earl Beal
Nobody Knows (2013)
XL Recordings

Czasami zdarza się, że biografia zdecydowanie wyprzedza dyskografię artysty, znacząco wpływając na odbiór jego kolejnych wydawnictw. W tym przypadku należałoby napisać, że jest to historia człowieka do granic upartego, któremu udało się wykreować wizerunek muzycznego wyrzutka, walczącego o zbawienie duszy każdego ze swoich słuchaczy, zaplątanych w sieci mediów i zaślepionych kapitalistyczną wizją wolności. Najlepszym tego dowodem jest Nobody Knows — płyta tak różna od niemal do bólu surowego debiutu Acousmatic Sorcery, że aż myląca, zwłaszcza gdy spotkanie z nią rozpoczyna się od nagrania „Coming Through”. Ta bardzo przebiegła, wręcz popowa piosenka z łatwością przedostała się do licznych stacji radiowych, utrwalając w świadomości odbiorców „Willis–Earl–Beal” wyśpiewane przez Cat Power. Singiel zwrócił uwagę na krążek, a tu wystarczy tylko raz włączyć play, by bezpowrotnie zostać wciągniętym w dźwiękowo-poetycką rzeczywistość Beala. Ten świat nie jest ładny, czysty, poukładany, ani aseksualny, jednak nie sposób z niego wyjść, dopóki nie zakończy się ostatni utwór — ciekawość jest silniejsza i może pokonać każde zawstydzenie, oburzenie czy strach. Willis iście teatralnie tworzy swoją muzyczną przestrzeń, operując głosem na modłę bluesowych krzykaczy i ulicznych kaznodziejów w „Ain’t Got No Love”, by potem znowu zabrzmieć zupełnie łagodnie i niegroźnie w „Blue Esacape”.
Nobody Knows to emocjonalna przejażdżka kolejką górską, sunącą momentami w przerażająco zwolnionym tempie przez straszny dom z dziurawym dachem. W kolejnych pokojach cienie snują inną opowieść, wyciągając z podświadomości głęboko ukryte wspomnienia i sny. Jednak wszystko kończy się dobrze, Beal już z całkowitym spokojem żegna swoich gości, dodając „Just go with the flow”. Tej płyty nie słucha się dla przyjemności, tylko dla doświadczenia, pozostając z tą jedną, ostatnią myślą rzuconą na samo zamknięcie „I am nothing. Nothing is everything”.


Komentarze