album
Sofa na hardkorze

Już jutro premiera trzeciej płyty zespołu Sofa. Pierwszy singiel ‚Hardkor i Disko’ pokazał, że brzmienia z dwóch pierwszych albumów tam (prawie) nie znajdziemy. Mogłoby się wydawać, że to tylko taka zagrwka aka promocyjna zmyłka. Zespół zamieścił jednak na swoim majspejsowym profilu 5 kawałków z nowego wydawnictwa. I przekaz jest jasny – poszli miliard kroków w przód. Miska głosi hasło ‚Kto stoi w miejscu, ten się cofa’ więc ma skromna osoba w pełni propsuje sofowe posunięcie. Bo najważniejsze jest to, żeby się dźwiękami bawić i je czuć, a to nawet widać. Sprawdzajcie zatem pozostałe kawałki z krążka i idźcie do sklepu (podobno w niektórych już jest).
Nowy utwór: Santigold ‚Disparate Youth’

Czekamy na rewolucję vol.2 Santigold. Nadchodzący krążek ‚Master of My Make-Believe’ zbliża się wielkimi krokami. Przyzwyczajeni do charakterystycznych rytmów artyski otrzymujemy numer ‚Disparate Youth’. Przepełniona PRAWIE wszystkimi gatunkami piosenka potwierdza tezę, że ‚Santigold dobrym muzykiem jest’. Jej żonglerka dźwiękami jest niesamowita. Sprawdzajcie, warto.
Nowy utwór: Natalia Lubrano ‚Mój Osobisty Anioł’

Natalia Lubrano, o której wspominałam już tutaj podaje na srebrnej tacy swój pierwszy singiel. Piosenka zatytułowana jest ‚Mój Osobisty Anioł’ i zapowiada wydawnictwo ‚R.E.S.P.E.C.T.’, które swoją premierę będzie miało 20 marca, nie jak wcześniej zapowiadaliśmy – 8. Na dobre dźwięki, warto jednak czekać. Jedną z zalet artystki jest przede wszystkim bardzo ‚czarny’ głos. Wiecie o co chodzi. Brawa za odwagę i wybór reprezentacyjnego kawałka w języku ojczystym. Sprawdzajcie. Polskich, TAKICH artystów trzeba promować i polecać dalej.
Robert Glasper i jego ‚Black Radio’ do odsłuchu!

Nie ma chyba na sali osoby, która nie czekałaby na ten album i jeszcze przed przesłuchaniem wsadzała go do pudełka z podpisem ‚najlepsze z 2012’. Producent, pianista jazzowy Robert Glasper na jednym krążku zebrał śmietankę nie tylko soulowych gwiazd. Erykah, Ledisi, Lalah Hathaway, Lupe Fiasco, Bilal to nie wszyscy. Jestem przy 3 numerze – ‚Cherish The Day’ Sade w wykonaniu Lalah Hathaway oraz w nowej aranżacji miażdży. Sprawdzajcie szybko całość pod TYM linkiem.
THEEsatisfaction rozdają swój nowy singiel
Soulowi podopieczni Shabazz Palaces już 9 kwietnia wydadzą swój oficjalny debiut, zatytułowany awE naturalE nakładem Subpop. Z tej okazji postanowili (już jakiś czas temu zresztą) udostępnić singiel „QueenS” do darmowego ściągnięcia w zamian za podanie adresu email. Kawałek to mieszanka energetycznego neo-soulu z funkowym vibe’m. Oby cały album był tak udany jak singiel! Tak czy inaczej, na pewno Wam o tym doniesiemy.
Marvin Sapp wraca z nowym singlem i płytą
Marvin Sapp to obecnie chyba najpopularniejszy piosenkarz gospel w USA, zaraz po Kirku Franklinu (którego pozycja pozostaje niezachwiana od ponad dekady). Nowy singiel Sappa „My Testimony” zadebiutował w zeszłym tygodniu na bardzo wysokim #23. miejscu listy R&B magazynu Billboard. Piosenka opowiada o emocjach jakie targały piosenkarzem po śmierci żony blisko rok temu. Jest to jednocześnie jego pierwsze nagranie od tego czasu. Utwór zwiastuje dziewiąty już album Sappa – I Win, którego premierę zaplanowano na 3 kwietnia. Na krążku znajdzie się ponadto jeszcze 10 innych utworów. „My Testimony” do odsłuchu poniżej.
R. Kelly zapowiada nowy album
Write Me Back jeszcze w tym roku. Krążek promuje już pierwszy singiel „Share My Love”. Wszystko wskazuje na to, że na szczęście Kelly po lekko anachronicznym Love Letter porzucił ostatecznie pomysł wydania klubowego krążka. I nawet mimo, że „Share My Love” jest numerem ściśle tanecznym, nie jest to produkcja spod znaku Davida Guetty, ale rzecz mocno inspirowana disco lat 70-tych. Powstał nawet bardzo niskobudżetowy teledysk (przynajmniej na potrzeby oficjalnego kanału VEVO piosenkarza) złożony z przewijającego się tekstu utworu na mieniącym się tysiącem barw dyskotekowym tle (do obejrzenia poniżej). Sam Kelly przyznał w którymś z wywiadów, że nadchodzący krążek będzie mieszanką jego wcześniejszych krążków Love Letter, Happy People i TP-2.Com. Zapowiada się nie najgorzej. Może bez fajerwerków, ale czy naprawdę potrzebujemy ich w przypadku tak doświadczonych wykonawców, którzy przecież niczego już nie muszą nam udowadniać?
Ailo w akcji

‚Mimika’ Ailo to jeden z albumów najbardziej wyczekiwanych przez miskę w 2012 roku. Po rewelacyjnym kawałku ‚Serce’ czekamy na więcej. Pierwsze video z serii ‚making of’ pojawiło się właśnie w sieci. Z rewelacyjnym podkładem! Sama nie wiem, czy to jeden z płytowych utworów, ale jeśli tak to apetyt jest coraz większy.
Ailo / making of Mimika from dragonsss on Vimeo.
Recenzja: JMSN †Priscilla†

JMSN
†Priscilla† (2012)
JMSN /White Room Records / Variable Entertainment

Wyobraź sobie rzeczywistość, w której słuchacze są pozbawieni niesłusznej tendencji do pochopnego oceniania muzyki, z którą mają do czynienia. Pomyśl, że z ogromnym zainteresowaniem sięgają po †Priscillę†, nie skreślając z góry artysty-oszołoma próbującego szokować zabawą żywymi ośmiornicami w teledysku (do utworu „Something”).
Wyobraź sobie świat, w którym ludzie nie doczepiają etykiet do płyt i wykonawców. Nie określają JMSN’a białym The Weeknd czy amerykańskim Jamiem Woonem, ale traktują go jako samodzielnego artystę, który potrafił wyciągnąć wnioski z brzmienia płyt wymienionych panów, stawiając kolejny mały krok w rozwoju współczesnego r&b. W takim świecie ludzie nie słuchają wyłącznie oprawy muzycznej i barwy głosu wokalisty, ale przykładają nie mniejszą uwagę do warstwy lirycznej. Doceniają zawarte tutaj kompletne studium bólu, przytłaczające opisy odpływania w depresję i nałogi po ciężkim rozstaniu z tytułową Priscillą.
Wyobraź sobie, że ludzie nie trudnią się wyciąganiem brudu z cudzej przeszłości – nie zwracają uwagi na to, że Jameson jeszcze rok temu pod innym pseudonimem obracał się w zupełnie odmiennej stylistyce, a jedynie widzą przez ten pryzmat ogromny progres jaki uczynił w bogatych aranżacjach łączących zimną syntetykę z żywymi instrumentami. Bez trudu doceniają to, że muzyk bardzo zręcznie przemyca w nowych utworach elementy muzyki trance, odważnie obracając swoją (wstydliwą) przeszłość w atrybut.
Wyobraź sobie świat, w którym słuchacze doceniają muzykę w stopniu, w jakim na to zasługuje. Skoro więc nawet JMSN, w epilogu pełnej żalu i rozpaczy płyty, dziękuje Priscilli za inspirację do tworzenia, to i my powinniśmy być wdzięczni jemu za ten absolutnie niepowtarzalny przekaz muzyczno-emocjonalny.
Recenzja: J. Cole Cole World: The Sideline Story

J. Cole
Cole World: The Sideline Story (2010)
Roc Nation / Columbia / Sony Music

Beanie Sigel, Freeway, Memphis Bleek, Kanye West… każdy bardziej ogarnięty słuchacz rapu jednym tchem wymieni listę raperów, którym Jay-Z otworzył furtkę do kariery. Jego Roc-A-Fella Records jeszcze dziesięć lat temu było najbardziej imponującym rapowym imperium na rynku. Dzisiaj logo ROC jest już jedynie nic nie znaczącym nadrukiem na kolejnych solowych albumach Kanyego – jedynego z wymienionych, który w pełni wykorzystał swoją szansę.
Właśnie dzięki temu w zeszłym roku razem z Jay’em wydał album „Watch the Throne”, którego to tytuł zresztą nikogo nie dziwi. Być może jednak za jakiś czas Hova będzie musiał dzielić tron z kimś jeszcze. Jednym z potencjalnych kandydatów jest młody zdolny J. Cole, który to nakładem Roc Nation (czytaj: Roc-A-Fella 2.0) wydał niedawno swój debiut Cole World: The Sideline Story.
Tytułowa historia nie jest szczególnie wyjątkowa. Powiela raczej rapowe schematy od opowieści o tym, jakie to szczęście, że Jay podpisał mu kontrakt, przez przechwałki o tym, jak dopiął swego i znalazł się na szczycie, po główny motyw płyty, jakim są kobiety. Ale tym, co wypada na krążku najlepiej są momenty, kiedy pomiędzy typowymi przechwałkami samca alfa (a jest ich tutaj trochę) Cole pokazuje odważniejsze, znacznie bardziej wymowne w kwestiach damsko-męskich, oblicze.
W „Lost Ones”, storytellingu o niechcianej ciąży (opowiedzianym z perspektywy chłopaka i dziewczyny), J. Cole przyjmuje bardzo przekonującą rolę błądzącego, skorego do łez, niepewnego siebie, podejmującego decyzje pod wpływem emocji, cholernie ludzkiego gościa. Ale to nie wszystko – Cole jest perfekcyjny technicznie i może poza momentami, kiedy manierą wokalną niebezpiecznie zbliża się do Kanyego Westa, nie mam mu niczego do zarzucenia. Tak jak West na początku kariery był świetnym świetnym producentem z zadatkami na przyzwoitego rapera, tak tutaj jest zupełnie odwrotnie.
Porównanie nie przysparza większych problemów, bowiem Jermaine prawie cały materiał wyprodukował samodzielnie. I chociaż jakość bitów pozostawia trochę do życzenia: czasem perkusja zdaje się trochę nie kleić z resztą podkładu, innym razem włos jeży naśladownictwo timbalandowych syntetyków. Można jednak zauważyć w jakich klimatach raper czuje sie najlepiej, a są to skromne klawiszowo-perkusyjne klasyki.
Fakty są takie, że nie ma obecnie wielu tak zdolnych raperów, którzy byliby przy okazji aż tak wszechstronnym producentami. I nawet jeśli Cole World: The Sideline Story stanowi układankę elementów, które już kiedyś gdzieś słyszeliśmy, to paradoksalnie podwyższa to wartość tego materiału. W zalewie niezliczonych debiutantów prześcigających się w tym, który będzie miał więcej „swagu”, śpiewanych numerów, nowoczesnych bitów, Jermaine sprowadza nas na ziemię i zaprasza do doskonale znanego rapowego świata klasycznych rymów i bitów pełnych młodzieńczej iskry, a nie trueschoolowych żalów o tym, ze cztery elementy hip hopu straciły dziś na znaczeniu.

