Wydarzenia

album

Recenzja: THEESatisfaction awE naturalE

THEESatisfaction

awE naturalE (2012)

Sub Pop

THEESatisfaction wiedzą gdzie zacząć i kiedy skończyć. Ich pierwszy oficjalny album-manifest awE naturalE to zaledwie półgodzinny, ale starannie dopracowany zamknięty obieg myśli, rytmów i pomysłów. Duet z Seattle z wrodzoną naturalnością przeplata futurystyczny afro soul z hip hopową awangardą, pożyczając inspiracje od najlepszych ludzi w branży.

Ale nawet pomimo tego, że poszczególne elementy tej niezwykłej kompilacji brzmią znajomo, THEESatisafction wydają się być alternatywą nawet dla siebie samych. Chociaż na krążku sprawiają wrażenie pewnych i świadomych, przez cały czas zachowują bezpieczny dystans kreując atmosferę obcości. Osiągają to poprzez harmonijne, ale atonalnie powykrzywiane wokalizy na styl free jazzowego warsztatu Georgii Anne Muldrow, czy zapętlone, spiralnie powykręcane rytmiczne pułapki podkreślone przez kosmicznie funkujący vibe, które przeważają na awE naturalE.

Kolejne utwory spaja, przede wszystkim, wspólny dla całości zamysł aranżacyjny. Ale nawet pomimo niego, podczas krótkiej chwili nieuwagi słuchacza, piosenki zdają się grozić mu, nie na żarty, mimowolnym rychłym rozpadem całej rzeczywistości awE naturalE. To oczywiście tylko mrzonka (niepodobna bowiem dopuszczać możliwość faktycznego rozpadu płyty na dźwięki czy słowa na oczach słuchacza), ale na tyle wyrazista by wskazać na słabość debiutanckiego dzieła duetu – melodie. Na tle mniej lub bardziej bezkształtnej całości bezwzględnie wyróżniają się trzy zapamiętywalne fragmenty – singlowy „QueenS”, funkowy hymn na miarę XXI wieku; podszyty ciepłem fragmentów orkiestrowej samby „Sweat” oraz psychodeliczny, serialistycznie uporządkowany „Enchantruss”.

awE naturalE to bezwarunkowo przyjemne doznanie, ale za zręczną koncepcją i starannym warsztatem, czuje się niepokojącą obcość i umyślnie wymierzony dystans. To nie płyta zrobiona po to by coś dać słuchaczom, ale raczej by coś im pokazać, zademonstrować, może nawet udowodnić.

Recenzja: B.o.B Strange Clouds

B.o.B

Strange Clouds (2012)

Atlantic / Grand Hustle

Brytyjczycy mówią, że „każda chmura ma srebrne podszycie”, my mówimy, że „z małej chmury duży deszcz”. Gdybym miał te powiedzenia przełożyć na odczucia po odsłuchu nowego krążka od B.o.B, to wyszłoby „dziwnym chmurom brakuje podbicia” i „z dziwnej chmury umiarkowane opady”.

Sam początek jest znakomity. Wzbogacone o monolog Morgana Freemana „Bombs Away” to linijki rzucane z pasją Ludacrisa i Eminema razem wziętych, dodatkowo połączone ze świetnym refrenem i drapieżnym, ale przebojowym bitem. Strzał w dziesiątkę. Niestety później jest wyłącznie gorzej.

Z utworu na utwór materiał zdaje się zlewać w coraz mniej pasjonującą bezkształtną masę. Nijakie podkłady i ckliwe popowe refreny nie zachęcają do poważnego potraktowania tekstowej strony Dziwnych Chmur. Swoją drogą ona sama też specjalnie zachwycająca nie jest – Bobby obraca się wśród przerobionych w hip hopie setki razy bezpiecznych tematów. Jedną z nielicznych namiastek oryginalności jest opowiedziane z perspektywy przyjaciela i fana „Where Are You”. Ale co z tego, skoro to kolejna rapowa rozprawka o wadach i zaletach stawania się sławnym?

Dla miłośników debiutu bolesnym ciosem może być wybór współpracowników i gości – zamiast Lupe Fiasco i Janelle Monae dostajemy na przykład Nicki Minaj i Taylor Swift. O ile ta pierwsza pokazała przynajmniej wciąż tlący się w niej rapowy ogień, to wkład piosenkarki country sprawia wrażenie wymuszonego i pachnie zimną kalkulacją na posiedzeniu szefostwa Atlantic Records.

Strange Clouds nie jest złym albumem, B.o.B nie jest złym raperem. Ma duży wkład w upopowienie hip hopu przy pomocy zaskakującego The Adventures of Bobby Ray sprzed dwóch lat. Problem w tym, że zamiast wykorzystać wypracowaną pozycję do rozwinięcia skrzydeł, podążył grzecznie samodzielnie wydeptaną, nigdzie nie prowadzącą już ścieżką. Klątwa drugiego albmu, znalazła tutaj potwierdzenie. Tym razem Bobby Ray nie podołał wyzwaniu, ale potencjał, który ma, chyba nigdy w nim nie ginie.

Andromeda Mega Express Orchestra po raz drugi

Andromeda Mega Express Orchestra – third streamowe cacko w postaci osiemnastoosobowej niemieckiej orkiestry wraca z drugą płytą. Jeśli przegapiliście (a najpewniej przegapiliście) ich spektakularny debiut Take Off! z 2009 roku, to szczerze radzę się zainteresować. Przynajmniej jeśli lubicie szaleńcze międzygalaktyczne podróże z bardzo orkiestrowym, z natury niemal lounge’owym jazzem, w swojej instrumentacji tak bogatym, że gdzieś w pół drogi spotykającym się w radosnym tańcu z muzyką klasyczną. Teraz jest na to o tyle dobry moment, że właśnie nadciąga jego przygotowywany od dwóch lat następca – Bum Bum. Według oficjalnej strony premiera (przynajmniej w Niemczech) odbyła się 11 maja, ale jak do tej pory śladów płyty próżno szukać czy to w internetowych sklepach czy w internecie w ogóle. Na albumie znalazło się siedem kompozycji, o inspirujących tytułach, które możecie obejrzeć sobie poniżej. Do tego jeden z nich „Saturn Hoola Hoop” w wersji żywej, można od jakiegoś czasu znaleźć na YouTube (i to również poniżej).

Tracklista:
1. „Saturn Hoola Hoop”
2. „Sotho Hotho Ro”
3. „Le Prêtre Viré”
4. „Hektra Mumma Gulla”
5. „Rainbow Warrior”
6. „anebulamanifesto”
7. „Space Purolator”

Ashanti jednak później

Braveheart Ashanti, jak pewnie niektórzy już zauważyli wcale nie ukazał się 24 kwietnia, jak początkowo zapowiadano. Premierę płyty obecnie zapowiada się na 19 czerwca, ale zastrzeżeniem, że może ona ulec kolejnym zmianom. Do podjęcia takiej decyzji skłonił wydawcę z pewnością nikły sukces (czy wręcz jego brak) pierwszego singla promującego album „The Woman You Love” – utworu dość konwencjonalnego, ale przyzwoitego, który zatrzymał się na 59. miejscu listy R&B. Jakie może być lekarstwo na flop jednego singla? Wypuszczenie drugiego. Jeszcze przed premierą albumu, poznamy tytułowy numer „Braveheart”, który piosenkarka opisała jako nowoczesny i z pewnością najbardziej klubową rzecz jaką kiedykolwiek nagrała. Mamy się bać? Dodatkowo prezentowana już wcześniej tracklista albumu może ulec dalszym zmianom. Listę gości ma uświetnić Lil Wayne, którego obecność w ostatnich latach jest wykorzystywana przez zaprzyjaźnionych pieśniarzy, do zapewniania wyższych lokat ich singlom na listach przebojów. Cóż, to może być jedna z tych płyt, która zapowiadana od długiego czasu ukaże się ostatecznie zupełnie przetransformowana dopiero rok później. A wydawałoby się, że moda na pushbacki już się skończyła.

O nadchodzącym krążku Killer Mike’a R.A.P. Music

Już tylko miesiąc (i jeden dzień) dzieli nas od premiery najnowszego studyjnego krążka Killer Mike’a, stałego kolaboranta OutKast. Jego już szósty(!) solowy album będzie nosił tytuł R.A.P. Music (akronim od Rebellious African People Music) i ukaże się 15 maja. Te informacje można znaleźć w sieci już od jakiegoś czasu, ale muszę przyznać, że trochę zapomniałem o tym raperze z Atlanty, i to nawet pomimo tego, że jego poprzedni album PL3DGE miał swoją premierę dokładnie rok przed tym (17 maja 2011 roku). A jest czego słuchać – przynajmniej single zapowiadające R.A.P. Music dają nadzieję na kolejny dobry projekt spod ręki tego utalentowanego rapera. Album jak dotąd promują „Big Beast” (z gościnnym udziałem Bun B, T.I. i Trouble), „Untitled” (w refrenie Scar) oraz „Don’t Die”. W sumie na krążku znajdzie się 12 utworów, wyprodukowanych przez legendę niezależnego hip hopu, El-P. W ramach zajawki poniżej do odsłuchu „Untitled” oraz tracklista płyty.

Tracklista:
1. „Big Beast” (feat. Bun B, T.I., & Trouble)
2. „Untitled” (feat. Scar)
3. „Go!”
4. „Southern Fried”
5. „Jo Jo’s Chillin”
6. „Reagan”
7. „Don’t Die”
8. „Ghetto Gospel”
9. „Butane (Champion’s Anthem)” (feat. El-P)
10. „Anywhere But Here” (feat. Emily Panic)
11. „Willie Burke Sherwood”
12. „R.A.P. Music”

Nowy album: Personal Space: Electronic Soul 1974-1984


Coś dla miłośników starej, dobrej, czarnej muzyki z hipsterskimi zapędami. Chocolate Industries planuje wydać 24 kwietnia składankę zatytułowaną Personal Space: Electronic Soul 1974-1984. Głównym celem przyświecającym temu wydawnictwu było przedstawienie słuchaczom możliwie jak najlepszych utworów (soul, funk, r&b, lo-fi, elektronika) nagranych przez możliwie jak najmniej znanych wykonawców. Szlachetna idea, do tego jeśli całość dorówna wypuszczonemu jako singiel „A Man” (odsłuch poniżej), to możemy mieć do czynienia z jedną z najciekawszych tego typu kompilacji w 2012. Wpisane na listę oczekiwanych premier za rekomendacją zaprzyjaźnionego serwisu offbeat.pl.

Recenzja: BJ the Chicago Kid Pineapple Now-Laters

BJ the Chicago Kid

Pineapple Now-Laters (2012)

M.A.F.E MUSIC

Kilkuletni Bryan Sledge, trzymający na zdjęciu mamę za rękę, z pewnością nie zdawał sobie sprawy, że kilkanaście lat później będzie współpracował z Mary J. Blige, Anthony Hamiltonem, Toni Braxton, Snoop Doggiem czy Jamie Foxx’em, a ulubione cukierki, którymi zajadał się z kuzynem w dzieciństwie, dadzą tytuł jego płycie. Talent i potencjał dzieciaka z Chicago docenili już także m.in. Cunninlynguits, Kendrick Lamar, U-N-I, Dom Kennedy, TIRon & Ayomari oraz Schoolboy Q, ale dopiero debiutanckie Pineapple Now-Laters rzuciło na niego blask, który dostrzegła sama Jill Scott. Mocny początek nowego faworyta współczesnego soulu i r&b.

Nie sztuką jest nagranie płyty o miłości. Takie cuda otrzymujemy kilka razy w miesiącu. Sekret polega na utrzymaniu erotycznego napięcia podczas każdej minuty trwania albumu. BJ The Chicago Kid to czarodziej, który wyczarował taką atmosferę, po której przez długie godziny nie chce zapalać się światła. Pineapple Now-Laters jest dla kobiet, z myślą o kobietach, hołduje kobietom. Chociaż na płycie znajdziemy również wydźwięki polityczne, to cały czas miłość jest punktem zwrotnym albumu.

Głos BJ’a gra tu pierwsze skrzypce. To taka wypadkowa D’Angelo, Bilala oraz Anthony Hamiltona. Ten chłopak leje miód na nasze uszy, jednocześnie mydląc oczy i odwracając uwagę od niebotycznej ilości wykorzystanych sampli i piosenek innych kolegów po fachu.

Już samo „Sex X Money X Sneakers” podkreśla inspirację The Jackson 5 i nie trudno wyczuć wpływy młodego Michaela i jego braci. „Good Luv’n” to z kolei ukłon w stronę Marvina Gaye’a i Blackstreet. „Let’s Get In On” oraz „Good Lovin” po tylu latach wciąż mogą onieśmielać grzeczne dziewczynki, a tym niegrzecznym nie trzeba mówić co z tym zrobić, podobnie zresztą jak „Aiight”, brzmiące niczym The Isley Brothers w czasach największej świetności. Wśród tych ikon nie mogło zabraknąć Curtisa Mayfielda, którego ducha tak mocno czuć w „Other Side”. „I Want You Back/ Lady Lady” to majstersztyk bazujący na utworze Mannie Fresha „Lady Lady”, a do „The World Is A Ghetto” oraz „His Pain II” z Kendrickiem Lamarem już ciężko znaleźć epitety. Oba utwory odbiegają od klimatu miłości, podejmują tematy polityczne, światopoglądowe, ale wyśpiewane w taki sposób, że nie tylko Lamar ma ściśnięte gardło.

BJ The Chicago Kid nagrał płytę przepełnioną emocjami, ogromnym ładunkiem autentyczności i szczerości, sensualności i pożądania. Mimo, że przez wielu stawiany w jednym rzędzie z The Weeknd czy Frank’em Oceanem, zachowuje swój własny, nieporównywalny styl. Chłopiec z Chicago, bardziej niż enigmatyczny Kanadyjczyk czy reprezentant Odd Future, kultywuje i podtrzymuje brzmienie prawdziwego soulu i r&b. Nawet pomimo tego, że woli być kojarzony ze światem hip hopu, krążkiem Pineapple Now-Laters udowodnił jak wiele jeszcze można zrobić dla muzyki z duszą!

Nowy album: Badbadnotgood BBNG2


W całym tym przedświątecznym zamieszaniu jakoś tak wyszło, że nie zauważyliśmy pewnej bardzo interesującej premiery. Badbadnotgood, czyli jazz band znany z nagrywania odważnych coverów i ze współpracy z ekipą Odd Future, wydał ostatnio swój drugi album. BBNG2 można za darmo ściągnąć z oficjalnej strony zespołu, a biorąc pod uwagę poziom materiału – trzeba wręcz. Żliżliniedobrzy zinterpretowali (mocno wykazując się przy tym własną inwencją) utwory między innymi Tylera The Creatora, Jamesa Blake’a i Kanye Westa, ale nie zabrakło też kilku w pełni autorskich kompozycji.

ściągnij BBNG2

Eric Benét zaskakuje


Po dziwnym newsie o Lauryn, pora na zaskakujące decyzje wyjadacza r&b. Eric Benét wypuszcza 5 czerwca swój kolejny album, który będzie zatytułowany The One . Pierwszym singlem jest piosenka ‚Real Love’, jak na twórcę przystało – ckliwa, romantyczna ballada. Powstał też do niej teledysk, który na jutjubowym kanale, jest dla naszego, biednego kraju niedostępny, dlatego nie jest dane mi go podlinkować. Jednak nie w tym rzecz. W eterze pojawiła się dzisiaj oficjalna tracklista, która pokazuje dwie zaskakujące kolaboracje. Po 1 – Lil Wayne (?!), po 2 – Shaggy (?!). To smutne, że niegdyś czołowi przedstawiciele gatunku uciekają się do tak marnych posunięć. Poza wyżej wymienionymi panami, na ficzuringu zagości jeszcze starsza córka wokalisty – India Benét. Po skoku cały spis utworów.
(więcej…)

Lauryn i nowy album?


1 kwietnia aka Dzień Oszukańca już minął, wtedy byście pewnie nie uwierzyli – ja też. Obecnie nadal nie dowierzam, ALE! Lauryn Hill robi pierwsze ( a może już setne) kroki swojego powrotu. Artystka zapowiedziała tytuł swojego drugiego albumu. Oto i on ‚The Return’ (pomysłowy prawda?). Krążek ma wyjść podobno pod koniec roku. Co więcej! 14 kwietnia w londyńskiej O2 Arenie odbędzie się koncert, na którym wokalistka zaprezentuje nowe utwory. Odnośnie tej wiadomości przyjmuje postawę niewiernego Tomasza. Zalecam Wam to samo.