drake
Nowy teledysk: Future feat. Drake „Where Ya At”

Nowy teledysk: The Game feat. Drake „100”
The Game wraca do rodzinnego Compton. W video do „100” nie dzieje się nic szczególnego, ot lokalny bohater oprowadza międzynarodowego idola po znanych miejscówkach. Zdjęcia były kręcone już w czerwcu, jednakże premiera kawałka o byciu prawdziwym na „100” procent, nie może pojawić się w lepszym momencie niż teraz, zwłaszcza, gdy Drake wypunktował Meek Milla, w nie oszukujmy się, niespecjalnie ciekawym beefie. Teledysk promuje drugą część The Documentary, która od dłuższego czasu wisi w powietrzu.
Nowy freestyle: Drake „Back to Back”

3 nowe utwory od Drake’a


Nowy utwór: Majid Jordan feat. Drake „My Love”
Drake przejął ze swoim nowym teledyskiem internet, serca Polaków koncertem na Open’erze, a teraz także prowadzenie i światło w najnowszym singlu swoich podopiecznych, Majid Jordan. W „My Love” panowie pytają dlaczego Pani chce być ich miłością, a Drizzy podśpiewuje, że nie jest jej trofeem. Nowy utwór reprezentntów OVO Sound to rytmiczna produkcja, nad którą pracowali między innymi Nineteen85, Illangelo, Majid, a także Noah „40” Shebib, więc „trochę śmietanka”. Posłuchajcie, jak brzmi potencjalny (już teraz można przewidzieć) hit.
Nowy teledysk: Drake „Energy”
Zapraszamy do obejrzenia pierwszego (zgadza się, naprawdę pierwszego) teledysku promującego tegoroczny album Drake’a. Raper zamiast wydawać kilka przeciętnych, niskobudżetowych obrazków, zdecydował się wypuścić jeden, ale za to… dobry? Na pewno dziwaczny, ciężko mi opisać wrażenia towarzyszące patrzeniu na facjatę Drizzy’ego wmontowaną cyfrowo w postacie Justina Biebera, Miley Cyrus, czy Ophry Winfrey. Żeby było jeszcze dziwniej, klip można obejrzeć jedynie za pośrednictwem playera Apple Music, który to niechętnie współpracuje z co poniektórymi przeglądarkami. Miłego seansu?
Nowy utwór: Drake „Trophies (Brasstracks Cover)”
Choć, jak domyślam się, nazwa Brasstracks większości z Was niewiele mówi, to kryje się za nią jeden z ciekawszych duetów producenckich ostatnich miesięcy. Do tego samo stwierdzenie ‚duet producencki’, jest z pewnością lekkim niedociągnięciem, ponieważ odpowiedzialni za niego Nowojorczycy Ivan Jackson i Conor Rayne są przede wszystkim świetnymi instrumentalistami, którzy z niesamowitym wyczuciem łączą brzmienia trąbki i instrumentów perkusyjnych. Ich zmysł w tworzeniu oryginalnych fuzji jazzu i nowych beatów, pozwolił w bardzo krótkim okresie na niezwykłą artystyczną płodność. Na dzień dobry (a raczej dobry wieczór) warto sprawdzić ich wcześniejsze covery, w które zaangażowali utwory Aaliyah oraz R Kellego, a także wspólną kompozycję z Lido, która wyraźnie nawiązuje do utworu „FourFive Seconds” Kanyego Westa. Dodatkowo chłopaki oprócz ładnej liczby kompozycji autorskich, mogą poszczycić się równie imponującą, jak na tak krótki czas, ilością kolaboracji, wśród których obok wcześniej wspomnianego Lido należy dodać B.Lewisa, KRNE, Graveza, Dallas Cotton czy Alexandra Lewisa oraz kolejnych aspirujących jazzmanów z Too Many Zooz. Jeśli z kolei chcielibyście zacząć od końca i zaznajomić się z kwintesencją brasstrackowego grania, to poniższy (najnowszy) cover piosenki Drake’a będzie ich najlepszą wizytówką. Żywa instrumentalna tkanka na syntetycznym stelażu. MOC!
Drake wystąpi na Open’erze
To się nazywa uczciwa podmiana! Wczoraj dotarła do nas smutna informacja związana z odwołaniem koncertu Kendricka Lamara na tegorocznym Open’erze — z jednoczesnym zapewnieniem, że na dniach poznamy kolejnego artystę. (więcej…)
Nowy utwór: Lykke Li „Just Hold On We’re Going Home (Drake Cover)”
Zdecydowanie najbardziej radiowy utwór w karierze Drake’a został nagrany przez utalentowaną Lykke Li. Tym razem mamy do czynienia ze znacznie bardziej mroczną i minimalistyczną wersją utworu, brzmieniem idącym zdecydowanie w kierunku The XX. To nie pierwszy hip hopowy cover w wykonaniu wokalistki, wcześniej mierzyła się już z A Tribe Called Quest, Rick Rossem, Lil’ Waynem czy Kanye Westem. Sprawdźcie sami!
Recenzja: Big Sean Dark Sky Paradise
Big Sean
Dark Sky Paradise (2015)
G.O.O.D. Music

Hall of Fame pomimo całkiem przyzwoitych recenzji nie podbił ani list sprzedaży, ani notowań muzycznych, ani serc słuchaczy. Album, który zostanie zapamiętany co najwyżej z tego, że… nie pojawiło się na nim słynne „Control”, na którym Kendrick Lamar poustawiał swoich kolegów z branży, robiąc niemałe zamieszanie. Dwa lata to sporo czasu, może tym razem udało nagrać się coś mniej… nudnego?
Dark Sky Paradise to zdecydowanie najlepszy album Big Seana. Raper z Detroit nie porywa głębią tekstów ani tym bardziej poruszaną tematyką, za to świetnie radzi sobie z tworzeniem muzyki, która po prostu przynosi rozrywkę. Tekstowo to przede wszystkim osobiste wycieczki wgłąb relacji z krewnymi, refleksje nad nieudanymi związkami (w mniej lub bardziej emocjonalny sposób, mowa oczywiście o trochę szczeniackim „I Don’t Fuck With You” i „Win Some, Lose Some”), przez liczne błędy, rozterki nad swoją pozycją na scenie po wdzięczność, pewność siebie i satysfakcję z bycia całkiem nieźle sytuowanym raperem. To standardowa tematyka mainstreamowego rapera, więc nic dziwnego, że brakuje tutaj czegoś bardziej angażującego słuchacza. Najważniejszą rzeczą, która powoduje, że tego albumu naprawdę dobrze się słucha, jest dobre wyczucie własnego stylu. Zarówno bezkompromisowe przewózki, klubowe hity, przez mroczniejsze utwory, na rapowych balladach i śpiewanych refrenach (z którymi radzi sobie naprawdę dobrze!) kończąc — Sean świetnie czuje swoją muzykę.
Sama muzyka? Spójna w swojej różnorodności. To w ogóle możliwe? Gdy twoim producentem wykonawczym jest sam Kanye West — jak najbardziej! Jest dosyć mrocznie, a ciężko osadzone perkusje podsycone są tłustym, rozlewającym się basem. Tempo albumu z każdym kawałkiem co raz bardziej zwalnia, osiągając krytyczne poziomy przy „Deep” i „I Know”, gdzie praktycznie staje w miejscu i gdy album powoli zbliża się do końca, robi się zwyczajnie nudno. Powtórka z Hall of Fame? Sytuację ratują zamykające album numery — funkowy podkład w „Outro” z przebijającymi się odgłosami burzy niespodziewanie przystaje do całości, osadzonej w zdecydowanie ciemniejszym brzmieniu. Warto wspomnieć o wymianie linijek z mentorem Big Seana, samym Yeezusem, zrealizowany niemalże identycznie jak na Watch the Throne, ale z racji tego, że minęło już trochę czasu od premiery tego ostatniego — nie drażni to aż tak bardzo.
Kanye West, Drake, E-40, Jhene Aiko, Chris Brown, Ty Dolla $ign, John Legend, Lil Wayne — z taką listą all-starsów należy spodziewać się czegoś niesamowitego. A na albumie sytuacja jest ciekawa. Poza E-40, reszta występów gościnnych wypadła raczej przeciętnie. Z drugiej strony, trudno byłoby wyobrazić sobie jakby brzmiał ten album, gdyby kogoś z wyżej wymienionych zabrakło. Czy Big Sean poradziłby sobie sam, tego nie wiem. I zdecydowanie nie chcę wiedzieć.
Cały rok 2015 obfitował będzie w masę premier naprawdę dużego kalibru. Płyta roku 24 lutego raczej się nie pojawiła, ale koniec końców to album naprawdę niezły. O ile Big Sean będzie dalej podążał tą droga — jest spora szansa na wybitną płytę już przy okazji kolejnego wydawnictwa.




