Wydarzenia

lauryn hill

Z wizytą w rockowym repozytorium Rolling Stone’a

Rockowe Repozytorium Rolling Stone'a

Rockowe Repozytorium Rolling Stone'a

Sztuka omiatania miotełką rockowych skamielin

Rolling Stone wypuścił we wtorek nową wersję swojego kanonicznego zestawienia 500 najlepszych albumów wszech czasów oryginalnie opublikowanego w 2003 roku. Jak sami piszą we wstępie, był to najbardziej poczytny artykuł w historii ich wydania online z 63 milionami odsłon od czasu zamieszczenia. Ja sam dołożyłem do tego wyniku swoją cegiełkę, podejrzewam nawet, że nie raz. Sława tego rankingu dotarła do mnie, gdy byłem jeszcze dzieciakiem i nic dziwnego, że było to pierwsze miejsce, gdzie zwróciłem się, gdy wreszcie dorosłem do zabrania się za swoją muzyczną samoedukację. Oczywiście nie było to najlepsze miejsce — tamta lista potwierdziła najgorsze stereotypy o redakcji Rolling Stone’a, który owszem, przez lata kształtował amerykańską popkulturę, ale mentalnie i stylistycznie zatrzymał się w czasach swojej świetności tj. gdzieś pod koniec lat 70. Zestawienie z 2003 roku zdominował więc przyciężki anachroniczny rock grany przez białych mężczyzn. Dość powiedzieć, że najwyżej notowany krążek sygnowany przez kobietę (nie licząc kolaboracji The Velvet Underground z Nico i Lennona z Yoko Ono) — Blue Joni Mitchell — znalazł się wtedy dopiero na pozycji 30. — w czołowej setce albumów nagranych przez kobiety było zaś w sumie jeszcze tylko pięć. Nie muszę chyba dodawać, że nie było to w żadnym stopniu akuratne odzwierciedlenie sytuacji. Sensowny update był temu zestawieniu zupełnie niezbędny.

Cały tekst do odsłuchu jako podcast na Spotify.

Nową listę układało w sumie ponad 300 osób — poza dziennikarzami, krytykami, producentami i osobami z branży zaproszono też samych artystów m.in. Beyoncé czy Taylor Swift, ale też obiecujących debiutantów i weteranów. Przez 17 lat doszło z pewnością do pewnej wymiany pokoleniowej, a kanon tego, co uważa się za klasyczne, znacząco się rozszerzył. Koniec końców w zestawie wymieniono prawie jedną trzecią płyt — aż 153, spośród których ponad połowa (83) to albumy z XXI wieku.

Przyznam, że ani się takiej aktualizacji nie spodziewałem, ani nie spodziewałem się, że zacznę z miejsca analizować ją w szczegółach i uznam za coś, co ma dla mnie znaczenie i wpływa na bieg mojego dzisiejszego życia. A jednak! Pamiętam, gdy jeszcze na długo przed erą streamingu, przeglądałem listę Rolling Stone’a z wypiekami na twarzy, ale i irytacją, że moi ówcześnie faworyci — Lauryn Hill i D’Angelo — wylądowali kolejno w czwartej i piątej setce, podczas gdy zestaw zdominowały pozycje, o których nigdy nie słyszałem. Minęło kilka lat, ale w końcu zebrałem się w sobie i narzuciłem sobie rygor w przesłuchiwaniu nieznanych mi krążków z tamtego zestawienia. Nie jestem w stanie teraz dokładnie ocenić, ani ile mi to zajęło, ani ile płyt faktycznie musiałem dosłuchać, ale podejrzewam, że była to lwia część tamtej listy i ponad pół roku skrupulatnych, choć nieregularnych odsłuchów. Szczęśliwie nie byłem już w wieku i miejscu, kiedy mógłbym rekomendacje amerykańskich redaktorów przyjmować bezkrytycznie — wręcz przeciwnie, podszedłem do zadania na chłodno, a pozycje być może istotne z punktu widzenia historii popkultury, ale zupełnie niebroniące się po latach brzmieniem i przekazem, jak kolejne płyty Aerosmith czy The Who, po jednym odsłuchu usuwałem na zawsze z pola widzenia. Ale były też liczne odkrycia i zaskoczenia — sam już nie jestem w stanie wskazać jakie — z rankingiem Rolling Stone’a kojarzą mi się dzisiaj wyłącznie te płyty, do których nie wróciłem już nigdy.

Powiew świeżego powietrza ściśle kontrolowany

Od kilkunastu dobrych lat, gdy chociaż pobieżnie przegląda się dział recenzji czy podsumowań końcoworocznych Rolling Stone’a, można wyraźnie dostrzec pewną zadyszkę — recenzenci w ustawicznym klęku przed Bobem Dylanem i Neilem Youngiem nie są w stanie kreować trendów — zamiast tego reagują na nowe z odpowiednim jedno- czy czasem dwu-sezonowym opóźnieniem. Ten syndrom ołtarzy boomerów dotknął też już zresztą Pitchfork, który w świadomości młodych zajął z początkiem ery cyfrowej miejsce na piedestale mediów muzycznych dawniej okupywane właśnie przez Rolling Stone’a. Wiadomo, że zawsze jest się bardziej reaktywnym, jeśli próbuje się łączyć to, co popularne z tym, co merytoryczne w jednym krytycznym splocie, a taką właśnie rolę obrał sobie Rolling Stone — musiał, jeśli chciał być punktem odniesienia dla mas. I ta nowa lista tę niezręczną pozycję w zupełności oddaje.

Ten zaśniedziały żelazny kanon oczywiście ostał się w dobrym kształcie — oddaje go przede wszystkim centralna część listy, ale niewątpliwie jest to zestaw zdecydowanie bardziej różnorodny, a i w czołówce nastąpiły istotne przetasowania. Przede wszystkim jest zauważalnie więcej krążków nagranych przez kobiety, a i ta najwyżej notowana Joni Mitchell awansowała z 30. na 3. lokatę. Mitchell pojawia się zresztą w zestawieniu wielokrotnie, podobnie jak Fiona Apple, Erykah Badu czy PJ Harvey (spośród których tylko Harvey pojawiła się na liście w 2003 roku). Rock coraz częściej równoważą w zestawieniu soul i hip-hop, choć dość zaskakująco poza Kendrickiem Lamarem, Drake’m i Kanye’m Westem zabrakło w zestawieniu nowego rapu (jest za to sporo pozycji z lat 90. i śmieszno-straszny pierwszy album 50 Centa). Jedyną trapową płytą jest z kolei debiut Bad Bunny’ego, który wpisuje się także w inną tendencję — dostrzegania dorobku artystów latynoskich — choćby symbolicznie — bliżej końca zestawienia znalazły się bowiem Selena, Shakira i niezrehabilitowany jeszcze prekursor reggaetonu Daddy Yankee, a najwyżej notowaną hiszpańskojęzyczną płytą, na 315., jest błyskotliwy debiut Rosalíi. To jednak wyjątki od niezachwianej anglosaskiej dominacji. Poza jeszcze kilkoma klasycznymi krążkami z afrykańskim funkiem, muzyka nieanglojęzyczna tutaj nie istnieje. Rockowy beton spulchniono natomiast całkiem wydatnie popem i R&B — Blonde Franka Oceana trafiło do pierwszej setki, dostrzeżono istnienie Destiny’s Child i Beyoncé. Znalazło się miejsce dla Taylor Swift, Adele, Kacey Musgraves, a nawet Blackoutu Britney Spears. Dość kontrowersyjnie do zestawu wrzucono też ostatnie krążki Harry’ego Stylesa czy Billie Eillish — za kilka lat okaże się być może, jak kończą się próby zaklinania rzeczywistości przez boomerów. W zestawieniu wciąż nie mają czego szukać wszyscy ci, którzy od klasycznego rocka stronią — metal kończy się tu i zaczyna na Metallice (w dwóch różnych odsłonach), elektronika to Daft Punk i LCD Soundsystem, jazz reprezentowany jest nieco szerzej, ale też dość powierzchownie i ostatecznie można sprowadzić go do Milesa Davisa. Niezale mają kilka sztandarowych punktów zaczepienia w postaci My Bloody Valentine, Pavement czy Neutral Milk Hotel, wielkodusznie zauważono także Tame Impala, ale to by było na tyle. Podobnie zresztą art pop i folk także skończyły się najwyraźniej w latach 90. Luki pozostawione przez niedoreprezentację innych gatunków wciąż wypełniają tu bowiem Dylan i Beatlesi.

I choć tych drugich ktoś mógłby określić największymi przegranymi nowego rankingu Rolling Stone’a — ich kultowy Sgt. Pepper pikuje z pozycji najlepszej płyty wszech czasów na dalekie (w tym kontekście) miejsce 24. Tamten wybór, mocno kontrowersyjny dla fanów czwórki z Liverpoolu, miał chyba wówczas wskazać na jednoznaczną wyższość Beatlesów nad Beach Boysami, których Pet Sounds trafiło wtedy na miejsce drugie (na którym udało im się zresztą utrzymać przez tych 17 lat — to jedyny numer, który w pierwszej dziesiątce pozostał bez zmian). Dziesiątkę nowej listy otwiera znamiennie The Miseducation of Lauryn Hill (które wraz ze wspomnianym VooDoo D’Angelo zaliczyły ogromne awanse) — redakcja nie bez powodu okrasiła zresztą tę decyzję cytatem piosenkarki, pod którym podpisałaby się też Fiona Apple, że przemysł muzyczny jest seksistowski. To chyba miała być odpowiedź przemysłu, że Lauryn Hill, nie tragizuj. W czołowej dziesiątce znajdziemy też poza tym Fleetwood Mac, Purple Rain Prince’a, Songs in the Key of Life Steviego Wondera, Blue Joni Mitchell, a płytą wszech czasów okrzyknięto tym razem — całkiem adekwatnie do stanu świata — What’s Going On Marvina Gaye’a. A ja przeglądając tę dziwnie bliską mi selekcję w czołówce sam czuję się jak boomer i ofiara jakiegoś owczego pędu, o którym nie miałem pojęcia. Nawet jeśli sam w tym momencie ułożyłbym zgoła inną dziesiątkę, jakimś zrządzeniem losu zostałem ich wyborem trafiony i zatopiony. Być może nie doceniłem wpływu tamtej oryginalnej listy na mój gust, gdy dekadę temu zaczynałem te skumulowane odsłuchy? A może to wyłącznie dowód na ponadczasowość tych konkretnych klasycznych płyt, które, tak się akurat złożyło, i ja na własną rękę, i państwo z Rolling Stone’a na własną, wyłowiliśmy z przepastnego i niewyczerpanego przecież kanonu?

W moim poprzednim tekście o odkładaniu szczęścia zapomniałem w gruncie rzeczy dodać jednej ważnej sprawy, która tutaj wróciła jak bumerang i trochę zbiła mnie z tropu. Ja wciąż mimochodem dłubię jednak w tej nostalgii i wciąż poniekąd projektuję swoje szczęście według schematów, które już znam. I w miarę możliwości mimowolnie staram się je realizować. Pochylenie się nad nową listą Rolling Stone’a to nic innego, jak próba odtworzenia tamtych chwil, które spędziłem, analizując oryginalne zestawienie. Pozwólcie więc zatem, że teraz oddam się dosłuchiwaniu pozycji z nowego topu wszech czasów biblii muzycznych boomerów, których albo nie znam w ogóle, albo czuję potrzebę, by sobie je odświeżyć. Za mną już Laura Nyro, Jason Isbell i wspomniany Daddy Yankee, ale Spotify wskazuje, że przede mną jeszcze 44 godziny słuchania. Obiecuję jeść i spać.

Tekst oryginalnie opublikowany na blogu Kurtek.pl.

Mariah Carey zapowiada jubileuszowe rarytasy

Mariah Carey zapowiada jubileuszowe rarytasy

Mariah Carey świętuje 30-lecie swojego debiutu

Jesienią Mariah Carey planuje wydać wielkie rzeczy dla swoich fanów z okazji celebrowania jej 30 rocznicy debiutu. Mianowicie, 29 września odbędzie się premiera książki The Meaning of Mariah Carey, w które opisana jest cała historia dojścia artystki do sławy oraz wpływu musicalu Fame na życie Amerykanki. Carey „odkopała” z tej okazji cover utworu Irene Cary „Out Here On My Own”. Nagrała go w 2000 roku i jest to piosenka, którą wygrała swój pierwszy w historii talent show. Znajdzie się ona oczywiście na nadchodzącej składance Carey The Rarities, która ukaże się 2 października. I to jest druga niespodzianka od wokalistki. Kolekcja będzie zawierać między innymi niewydane wcześniej studyjne utwory, strony B singli, unikatowe nagrania z lat 1990 – 2020 oraz nowy utwór „Save The Day”. Wydawnictwo zawierać będzie również drugą płytę Live at the Tokyo Dome, na której znajdzie się wcześniej niewydany materiał z jej pierwszego koncertu w Japonii, zarejestrowany podczas trasy koncertowej Daydream World Tour z 1996 roku.

Machina promocyjna została już rozpędzona, bo daty zbliżają się wielkimi krokami. Pierwszym singlem promującym składankę było wspomniane „Save the Day” z gościnnym, prawie niesłyszalnym udziałem Ms. Lauryn Hill. Poniżej zapoznajcie się z singlem, okładkami i spisem utworów The Rarities.

Spis utworów The Rarities:

Dysk 1:

1. “Here We Go Around Again” (1990)
2. “Can You Hear Me” (1991)
3. “Do You Think of Me?” (1993)
4. “Everything Fades Away” (1993)
5. “All I Live For” (1993)
6. “One Night” (1995)
7. “Slipping Away” (1996)
8. “Out Here on My Own” (2000)
9. “Loverboy” (2001 – Firecracker Original Version)
10. “I Pray” (2005)
11. “Cool on You” (2007)
12. “Mesmerized” (2012)
13. “Lullaby of Birdland” (2014 – Live)
14. “Save the Day” (2020 – with Lauryn Hill)
15. “Close My Eyes” (2020 – Acoustic)

Dysk 2:

1. „Daydream (Interlude)/(Fantasy Sweet Dub Mix)” – Live At The Tokyo Dome
2. „Emotions” – Live At The Tokyo Dome
3. „Open Arms” – Live At The Tokyo Dome
4. „Forever” – Live At The Tokyo Dome
5. „I Don’t Wanna Cry” – Live At The Tokyo Dome
6. „Fantasy” – Live At The Tokyo Dome
7. „Always Be My Baby” – Live At The Tokyo Dome
8. „One Sweet Day” – Live At The Tokyo Dome
9. „Underneath The Stars” – Live At The Tokyo Dome
10. „Without You” – Live At The Tokyo Dome
11. „Make It Happen” – Live At The Tokyo Dome
12. „Just Be Good To Me” – Live At The Tokyo Dome
13. „Dreamlover” – Live At The Tokyo Dome
14. „Vision Of Love” – Live At The Tokyo Dome
15. „Hero” – Live At The Tokyo Dome
16. „Anytime You Need a Friend” – Live At The Tokyo Dome
17. „All I Want For Christmas Is You” – Live At The Tokyo Dome

Lauryn Hill z rejestracją 20 minutowego występu dla marki Louis Vuitton

Muza dyrektora artystycznego LV i jej zespół, dali porywający koncert.

Firma Louis Vuitton po raz kolejny w tym roku nawiązuje potężną kolaborację z branżą muzyczną. Po dwóch nagraniach zespołu The SA-RA Creative Partners zawartych w animowanych reklamach marki przyszedł czas na cios w postaci 20-minutowego koncertu Ms. Lauryn Hill, zarejestrowanego w MLH Studio w New Jersey. Woklaistka, której towarzyszy cały band wykonała kilka klasyków z legendarnego The Miseducation of Lauryn Hill, „Guarding the Gates”, pochodzące ze ścieżki dźwiękowej do filmu Queen & Slim, oraz wypuszczone w 2014 roku nagranie „Black Rage”. Cały występ, za którego reżyserię odpowiada Naima Ramos-Chapman, do sprawdzenia poniżej.

Teyana Taylor zaprasza Ms. Lauryn Hill do teledyskowej wersji „We Got Love”

Teyana Taylor

Teyana Taylor

Teyana Taylor zupgrade’owała swój zeszłoroczny singiel po królewsku

Fenomenalny odrzut Teyany Taylor z krążka K.T.S.E., wypuszczone w grudniu „We Got Love” doczekało się właśnie teledysku. Na potrzeby klipu wykorzystano jednak przedłużoną wersję numeru zawierającą monolog nieuchwytnej Lauryn Hill. Artystka nie pojawiła się w teledysku osobiście, ale kolorowe wideo przepleciono na tę okoliczność obrazkami z prywatnego życia Teyany, na których można zobaczyć piosenkarkę z mężem i córeczką. Lauryn Hill z kolei, zgodnie z tytułem, i w typowym dla siebie stylu opowiada o miłości.

Above all, you keep your clarity, you keep your focus. You keep your sense of love, and you keep your sense of purpose. Those are integral. You know, they’re key. Happiness, you know? A lot of people define success differently. For me you could have everything, you could have all the money in the world, but if it’s not enjoyable, if it’s not sustainable, if you can’t be a person of integrity while having all these things, what does it matter? What does it mean? The value is internal. Your value is internal.

Zobaczcie koniecznie klip do nowej wersji nagrania, którego nie wydano wcześniej z powodu prawd autorskich.

Ms. Lauryn Hill z nowym utworem na soundtracku do Queen & Slim

Ms. Lauryn Hill

Ms. Lauryn Hill prezentuje nową wersję niepublikowanego utworu

Dawno nie dostaliśmy soundtracku tak naszpikowanego gwiazdami czarnej muzyki jak muzyczny zwiastun najnowszej filmowej adaptacji Bonnie & Clyde zatytułowanej Queen & Slim. Film jest pełnometrażowym debiutem reżyserskim Meliny Matsoukas do tej pory realizującej głównie teledyski (w tym m.in. „Losing You” Solange czy „Formation” Beyoncé) i seriale (Insecure), a w roli głównej zobaczymy Daniela Kaluuyę znanego z Get Out i Jodie Turner-Smith. Ścieżka dźwiękowa, która ukazała się na dwa tygodnie przed amerykańską premierą obrazu, to przekrój przez wszystkie odcienie amerykańskiej czarnej muzyki. Spotykają się tu w premierowych kompozycjach m.in. Blood Orange, Megan Thee Stallion, Syd, Lil Baby, Burna Boy, 6lack, Vince Staples czy Earthgang.

Wisienką na torcie jest jednak na niepublikowany wcześniej oficjalnie utwór Ms. Lauryn Hill — „Guarding the Gates”. Kompozycja, którą piosenkarka wykonywała wcześniej podczas swoich akustycznych tras koncertowych przed piętnastoma laty, tym razem zaaranżowana została mniej ascetycznie — wielowarstwowo i onirycznie. Nowy aranż służy zresztą znakomicie tej intensywnej emocjonalnie piosence rodowodem sięgającej czasów MTV Unplugged No. 2.0. Koniecznie posłuchajcie jej poniżej!

Pusha-T w jednym numerze z Ms. Lauryn Hill na bicie Kanyego Westa

No no! Gdy w połowie tygodnia wydawało się, że świeżo wydany singiel Pushy-T „Sociopath” z bitem Kanyego Westa, kontynuacja doskonałej formy rapera, to być może najlepszy nowy numer, jaki dostaniemy przed końcem miesiąca, raperowi udało się przebić samego siebie. Dwa dni później światło dzienne ujrzało „Coming Home”, także wyprodukowane przez Westa, także z jakościowym rapem Pushy, ale z Ms. Lauryn Hill w refrenie. Z jednej strony sam refren jest może odrobinę prostolinijny melodycznie i tekstowo, z drugiej w połączeniu z brzmieniem i konwencją kawałka, jest w tym wszystkim coś ze starej dobrej Lauryn, za którą wszyscy tęsknimy. No i Hill na bicie Westa to jednak wydarzenie, na które fani piosenkarki czekali od 2004, kiedy fragmenty „Mystery of Iniquity” samplowane z „All Falls Down” musiała nagrać ponownie Syleena Johnson. No i można pomarzyć, co by było, gdyby Hill pozwoliła Westowi, by ten wyprodukował jej kolejną płytę…

Lauryn Hill odpowiada na oskarżenia Roberta Glaspera

Na tydzień przed 20-stą rocznicą wydania The Miseducation of Lauryn Hill w wywiadzie dla The Madd Hatta Morning Show Robert Glasper otwarcie zaatakował piosenkarkę, oskarżając ją o to, że ukradła piosenki na jej jedyny studyjny krążek i że muzyków, z którymi współpracuje, traktuje bez należytego im szacunku. Teraz sama Hill postanowiła odnieść się do oskarżeń — rozpoczynając długi tekst opublikowany na Medium.com, przeprosiła za zwłokę spowodowaną tym, że informacje o wywiadzie Glaspera doszły do niej z opóźnieniem.

Hill zapewniła, że to jej własne piosenki, że nie ma takiej możliwości, by ktoś inny pisał je dla niej lub za nią, przyznała natomiast, że zatrudnia „budowniczych dźwięku”, którzy pomagają jej technicznie przełożyć jej koncepcje na faktyczne realizacje, ale to ona zawsze jest siłą sprawczą i architektem swojej muzyki. Wyjaśniła także, że w przeszłości jej podejście do współpracy twórczej było inne, ale, choć nie chce ranić nikogo intencjonalnie, ma określone zasady, wie czego chce i mówi o tym wprost od samego początku. Napisała również, że najstarsi członkowie jej obecnego zespołu grają z nią od ośmiu lat, ale stworzenie pożądanego komfortu współpracy wymagało czasu. „Niewielu naprawdę wie, czym jest ta droga, ale wielu ocenia i komentuje, nie mając takich doświadczeń” — dodała.

Hill odniosła się także do, jak to sama określiła, „miejskiej legendy, w którą wielu nadal wierzy”, jakby nienawidziła białych. Wyjaśniła, że to nieprawda, ale nie może jednocześnie godzić się na wykorzystywanie ludzi, ze względu na to, że są inni, odnosząc się do niewolnictwa i walki Afroamerykanów o równe prawa w społeczeństwie nadal zdominowanym ekonomicznie przez białych. „Tłamszenie wszystkiego [w sobie] w imię dogadywania się z innymi to zaprzeczenie własnemu prawu do uleczenia” — skwitowała. Spory fragment artykułu poświęciła także sytuacji, w której kolorowa kobieta u steru musi podejmować decyzje, a używany przez nią od jakiegoś czasu przed nazwiskiem zwrot „Ms.” wyjaśniła potrzebą szacunku, którego często brakowało. Zwieńczenie tekstu przytaczamy w oryginale:

The album inspired many people, from all walks of life, because of its radical(intense) will to live and to express Love. I appreciate everyone who was a part of it, in any and every capacity. It wouldn’t have existed the way that it did without the involvement, skill, hard work, and talents of the artists/musicians and technicians who were a part of it, but it still required my vision, my passion, my faith, my will, my soul, my heart, and my story.

Cały artykuł napisany przez Hill do przeczytania tutaj. O splocie losów twórcy i słuchacza, sile z jaką pojedyncza płyta może zmienić ludzkie życie i o pokłosiu obezwładniającego sukcesu krążka w kontekście The Miseducation of Lauryn Hill przeczytacie z kolei w naszym felietonie.

20 lat z The Miseducation of Lauryn Hill

The Miseducation of Lauryn Hill to płyta, która nauczyła mnie czuć muzykę. Pokazała mi, że muzyka może przeszywać na wskroś, penetrować i wypełniać psyche i zostawiać po sobie ślad. Wykształciła we mnie pewien zdrowy zmysł, że oto w centrum dobrego życia musi być miejsce i na radość, i na smutek. Ta słodko-gorzka, bardzo życiowa mieszanka stojąca w jej centrum; lekcja, na którą sama Lauryn Hill zaspała, była przysposobieniem dla mnie. To pierwsza płyta, którą miałem na winylu, pierwsza, przy której płakałem, pierwsza, której słowa traktowałem osobiście niczym moje własne, pierwsza, która wrosła bezbrzeżnie w mój świat, stając się naturalną ścieżką dźwiękową mojej codzienności. Nie potrafię myśleć o nastoletnim sobie w oderwaniu od Miseducation, ani o Miseducation, nie traktując jej jako części mojej własnej drogi.

Nie pamiętam już, jak to wszystko się zaczęło, ale niewątpliwie miało związek z Fugees. W domu bez kablówki (która byłaby oknem na świat w postaci niemieckiego MTV) w Polsce przed przełomem milenialnym debiutancki krążek Hill musiał być wielkim nieobecnym, podczas gdy „Killing Me Softly” i „Ready or Not” grano wszędzie i bez umiaru. Wokalna ekwilibrystyka Hill w połączeniu z jej nieustraszonym flow musiały budzić podziw. Moje pierwsze wspomnienia związane z odkryciem jej solowej kariery są jednak doszczętnie cyfrowe, niewątpliwie więc o kilka lat późniejsze, choć absolutnie nie spóźnione — Hill dotarła do mnie w samą porę. Samo Miseducation wielokrotnie odkrywane, studiowane z namaszczeniem w rozmaitych kontekstach i perspektywach musiało być dla mnie także bramą do wielkiego klasycznego soulu. Dzięki Hill odkryłem nie tylko Steviego Wondera, ale też nieodżałowaną Arethę, wspaniałego Curtisa, magnetyzującego Sama Cooke’a czy natchnionego Boba Marleya. Ten ostatni dla mnie wciąż najmocniej objawia się jednak w dość odległej mu interpretacji. To była ta właściwa brama do świata nieznanego zupełnie nastoletniemu młokosowi pozbawionemu świadomych kulturalnych wzorców. Dzisiaj myślę, że moi rodzice powinni napisać list z podziękowaniami do Lauryn Hill. Ich syna, gdy wchodził w ten głupi wiek, kiedy na swoich pierwszych idoli zwykle wybiera się największych czubów (w najlepszym razie bełkoczących raperów z wytatuowanymi twarzami; chyba że jest się postacią z filmu któregoś z naśladowców Wesa Andersona — wtedy nie), przyciągnął bez reszty jej niekłamany magnetyzm. Wtedy wydawało mi się to dosyć wstydliwe — na wpół dziwne, na wpół błahe, ale prawda była taka, że jeśli do kogoś z dalekiego świata wielkiej sztuki, poważnej nauki, ważkiej polityki miałem zaufanie, to właśnie do Hill.

W tym kontekście od lat próbuję bez powodzenia skleić jakiś tekst o Hill, którego podstawą byłyby właśnie zaufanie i zrozumienie. Tak jak zrozumienie — z początku w postaci nieśmiało kiełkującego poczucia, później obezwładniającej pewności, aż w końcu pewnej wygaszonej, enigmatycznej, ale jednak niepodważalnej prawdy — jest podstawą mojej relacji z Hill. Sama artystka nie daje mi jednak sposobności — Miseducation zostało na przestrzeni ostatnich dwóch dekad rozłożone na czynniki pierwsze przez amerykańskich krytyków niezliczoną ilość razy, można mniej lub bardziej świadomie powielać ich myśli, niezbornie układać na nowo, podpisywać się pod nimi własnym nazwiskiem, ale gdy od zawsze zna się na pamięć każdy wers i dźwięk na krążku, trudno o samopoczucie uczciwości takich sądów. Brak świeżej perspektywy, dystansu, przewrotnej myśli kwestionującej zastany ład. A i empatia jako budulec musi zawieść, kiedy wszyscy rozumieją, a w miejscu faktycznej kontry słychać wyłącznie echo unisonu. Próbując nieskładanie zebrać te pulsujące od lat samobieżnie myśli, słucham zresztą MTV Unplugged No. 2.0 z przekonaniem, że oto właśnie muzyka, dla której moje zrozumienie może mieć rzeczywisty sens. W tym kontekście Miseducation przyuczyło mnie do sztuki rozumienia, abym mógł z empatią pojąć Unplugged. Nie było to wynikiem żadnej artystycznej kalkulacji, stało się zupełnie naturalnie — tak jak rodzice, którzy uczą dzieci miłości, by te mogły oddać ją później światu, gdy jest mu najbardziej potrzebna.

Unplugged potrzebowało zrozumienia. Choć Hill w licznych interludiach sama rozwlekle wyjaśniała swoją obecną postawę wobec świata, oszczędna forma, złożone moralnie, emocjonalnie i leksykalnie teksty i wspomniane przerywniki musiały w mniej zdeterminowanym odbiorcy wywołać pewną konsternację. Tym z założenia nieoszlifowanym materiałem Hill połowicznie wybrnęła z klątwy drugiej płyty, która w obliczu bezprecedensowego sukcesu debiutu musiała pochłonąć ją wówczas bez reszty (i to właśnie ta druga połowa). Album, który się wtedy ukazał, nie mógł w swojej niedoskonałości uczciwiej przedstawić nowego emocjonalnego ładu piosenkarki. Ładu w fazie gwałtownej reformacji, ale nie irracjonalnego, sprzecznego u podstaw, kosmicznego ani odległego, a takie właśnie wrażenie można było odnieść po pobieżnym odsłuchu pozbawionym woli zrozumienia. Woli, która może przecież zaprowadzić nas w głąb nas samych, do miejsc, z których istnienia nie mogliśmy zdawać sobie sprawy. Kontakt z prawdziwym artystą obnażonym, przedstawiającym swoją prawdę na skraju (lub w zupełnym oderwaniu od) scenicznej kreacji, musi grozić zrozumieniem jego perspektywy. Unplugged względem Miseducation jest trudną być może, ale obezwładniająco szczerą dokumentacją stawania się — artystycznego oczywiście też, ale przede wszystkim tego człowieczego. Niewątpliwie drzemie w tym samoodarciu się megagwiazdy z atrybutów jej gwiazdorstwa pewna biblijna mistyka i w tym sensie Hill nie jest gołosłowna — not the talkers, but the walkers in His word, are the only ones the Father will forgive — puentuje przepełnione biblijną metaforyką 9-minutowe „Oh Jerusalem”. Szalone? Być może, ale jakże mocne! Współistnienie pozornych sprzeczności bezboleśnie i harmonijnie zaakcentowane na Miseducation, na Unplugged przybiera formę brutalnego emocjonalnego rollercoastera. Mimo wszystko zarówno w sensie artystycznym, jak i emocjonalnym jedno wynika z drugiego, a jestem przekonany, że także jedno drugie uzupełnia i wyjaśnia.

Okazuje się, że dokładnie 10 lat temu pisałem tutaj o technikaliach sukcesu Miseducation. Przed trzema laty zaś poświęciłem kolejom losu Hill audycję radiową.

Lauryn Hill twarzą kampanii promocyjnej marki Woolrich

Lauryn Hill twarza kampanii promocyjnej marki Woolrich

Marka odzieżowa Woolrich zaangażowała niedawno Lauryn Hill do swojej najnowszej kampanii na sezon jesień/zima 2018. Jako ikona muzyki soul, artystka idealnie wpasowuje się w tematykę kampanii American Soul Since 1830, również dzięki swojemu unikalnemu wyczuciu mody i nietuzinkowemu stylowi. W klipie promującym wydarzenie Hill, przy akompaniamencie jedynie pianina, wykonuje akustyczną wersję kawałka „Ex-Factor” z jej hitowego albumu The Miseducation of Lauryn Hill. Prezentowane warunki wokalne są wciąż nienaganne, podobnie jak przedstawione w reklamie stylizacje – kolorowe płaszcze, oversize’owe kurtki, wachlarz dodatków i ostry makijaż. Ponadto, na tle różnych scen, wyświetla się deklaracja na temat czym dla Lauryn jest „Amerykański soul”. Obejrzyjcie barwne wideo poniżej

W tym roku, 25 sierpnia mija już 20. rocznica wydania ponadczasowej płyty The Miseducation of Lauryn Hill. Tak, tak, to już tyle czasu przeleciało, a krążek wciąż uznawany jest za jeden z najlepszych w muzyce soulowej. Z okazji jubileuszu artystka wyruszyła w lipcu w trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych. Trasa potrwa do października, a podczas występów Hill wykona wszystkie utwory z jej jedynego albumu. Prawdziwa gratka dla fanów, ale tylko w USA.

Lauryn Hill na Coachelli u boku DJ-a Snake’a

Lauryn Hill podczas paryskiego występu, 1 marca 2017 (Zdjęcie Victor Boyko/Getty Images dla Kenzo)

W Europie Wielkanoc, w USA — Coachella. Tak upłynął po obu stronach oceanu miniony weekend. Podczas setu DJ-a Snake’a (tego od „Lean On”) nieoczekiwanie na scenie w roli gościa pojawiła się Lauryn Hill! Artystka wykonała nieśmiertelne “Ready or Not” i “Killing Me Softly” z repertuaru The Fugees, jak i jej solowy rapowy klasyk “Lost Ones”. I cóż. Pani Hill trzyma się znakomicie. Nadal to ma. Brzmi równie dobrze i witalnie, co dziesięć lat temu podczas ulotnej reaktywacji Fugees i ich słynnego występu podczas nagród BET. Pytanie dlaczego wciąż nie wydaje nowej płyty. Od premiery The Miseducation of Lauryn Hill minie w sierpniu 19 lat. Po odrobinę nostalgii zapraszamy na Instagram — do trzech krótkich, ale treściwych fanowskich filmów z weekendowego występu Hill: tutaj, tutajtu.