lil wayne
Szaleńczy Lil Wayne i dwa nowe albumy w 2009

Miałem nie lada problem, aby jakoś zatytułować ten post bez używania angielskich zwrotów, bo w końcu ile można, skoro żyjemy w Polsce. Ostatecznie wyszło kiepsko, ale mam nadzieję, że wynagrodzę Wam to zawartością. Nie są to co prawda żadne szczególnie świeże informacje czy coś, o czym pilni muzyczni obserwatorzy by nie wiedzieli, ale o Weezy’m nie pisujemy prawie w ogóle i po jego czterech Grammy, w tym za najlepszy rapowy album za „The Carter III” uznałem, że warto. Wayne natomiast nie próżnuje i w 2009 ma zamiar wydać dwa nowe albumy…
Grammy po raz 51

Zdanie wstępne – wczoraj w Los Angeles odbyła się 51 ceremonia rozdania nagród Grammy. Zwycięzców w interesujących nas kategoriach poznacie po skoku. Bo czy oni naprawdę liczą się, gdy wokół Grammy działo się tyle ciekawych rzeczy ? Choć może powinnam użyć przymiotnika ,,smutnych” … Jednak o tym za chwilę! Zwycięzcy jak zwycięzcy … i nic dla Jazmine Sullivan! Sama gala także mało podniecająca. M.I.A. nawet nie urodziła na scenie. Jestem rozczarowana. Gdzie Sasza F. ? Wiecie, uwielbiam pojechać sobie po niej de temps en temps, ale show bez Saszy jest niepełny niczym Jessica Biel bez Justina Timberlake’a. Plus dla KanYe za porzucenie auto-tune’a, przynajmniej na te kilkadziesiąt sekund, to musiało być poświęcenie. Jennifer Hudson – pięknie, dostojnie i z klasą. J-Hud ma już Oscara I Grammy. Beyoncé ma TYLKO Grammy. Jak to zniesie Beyoncé ? Sasza będzie musiała sporo się nagimnastykować. Sasza szybko nie spocznie. ,,Czworokąt” Smokey Robinsona, Ne-Yo, Jamie Foxx’a, Duke’a Fakira przekonał mnie najbardziej. Swaga Like Us również do rzeczy, ale sami przyznajcie, że nic by się nie stało, gdyby M.I.A. naprawdę powiła swe dziecię na tej scenie. Chcemy igrzysk ! Tylko o to przecież chodzi przy takich imprezach. W zamian mieliśmy za to Uszatko-Temekową aferę rozgrywającą się gdzieś w Brazylii. Usher miał wystąpić na poprzedzającej rozdanie Grammy imprezie u Clive Daviesa i najprawdopodobniej pojawić się także na gali. Zamiast tego musiał spieszyć do mekki medicos brasileiros plastycznych, gdzie jego żona nabawiła się komplikacji po przebytych zabiegach upiększających. Grammy byłoby może bardziej kolorowe, gdyby księżniczka z Barbadosu Rihanna i jej książę Chris Brown nie … no właśnie, co tam się stało ? To małe księstwo chyli się ku upadkowi. Albo już po nim. Smutne. Czy chłopak, który śpiewa z Elmo byłby zdolny do takich rzeczy ? Wychodzi na to, że niestety tak. Ale po plotki i inne teorie spiskowe zapraszamy Was na nasze soulbowlowe forum. Po skoku znajdziecie występy i listę zwycięzców w czarnej konwencji. (więcej…)
Nowy album Lil Wayne’a już w kwietniu

Szybko, huh? Nie będzie to jednak typowy krążek. Lp „Rebirth„, który pojawi się w sklepach już 7-go kwietnia (sorry, LeToya) będzie pierwszym rockowym albumem Weezy’ego. Pierwszym singlem będzie kawałek „Prom Queen„, który swoją premierę będzie miał 27-go stycznia w internecie tuż po zakończeniu koncertu artysty w San Diego (który de facto będzie można obejrzeć na żywo poprzez serwis MySpace). Sprawdzicie to wydawnictwo?
Promosy Grammy AD 2009

Jakże kreatywne są reklamy tegorocznych nagród Grammy. Póki co dostaliśmy promo z wizerunkami Kanye Westa, Lil Wayne’a oraz Rihonncé. Bawi fakt, że przy zdjęciu Rihanny wykorzystano głównie tytuły piosenek Destiny’s Child, no ale chyba nikt nie jest obcy z równaniem na karierę Rih’: Mariah + Destiny’s Child + eyeliner + „eh eh” = Rihanna. Kańjej wyżej, Riri i Weezy po skoku. Good good ads.
Nowy utwór: Lil’ Wayne „Yes” ft. Pharrell

Największy (niezrozumiany przeze mnie) triumfator roku 2008 Lil’ Wayne połączył swoje siły z odnoszącym ostatnio nieco mniejsze sukcesy Pharrellem W. Efektem tej współpracy jest kawałek zatytułowany Yes. Jak na modnych i znających się na najnowszych trendach chłopców, Weezy i Skateboard P pobawili się tutaj trochę auto-tune’m, żebyście sobie nie pomyśleli, że są jacyś gorsi. Podobno stworzenie bitu zajęło Pharrellowi 3 minuty, czyli mniej więcej tyle, ile mi napisanie tych kilku zdań. Jesteście na tak? Ja jestem za, a nawet przeciw. Jak skoczycie, przekonacie się dlaczego. (więcej…)
Najbardziej irytujące piosenki AD 2008 wg about.com

Wśród rankingów podsumowujących rok, pojawiają się rankingi prezentujące nie tylko to, co w muzyce najlepsze. Serwis about.com opublikował dziś listę dziesięciu najbardziej irytujących piosenek AD 2008. Przykro mi pisać, że na szczycie zestawienia wylądowała moja dziewczyna Nicole Scherzinger z zespołem The Pussycat Dolls i ich wakacyjnym hitem „When I Grow Up„. Bill Lamb, autor artykułu pisze:
Pierwszy album był świetny, ale Lalkom szybko udało się zetrzeć, to co mają fajnego. Przywróćcie PCD z „Don’t Cha” albo pozwólcie grupie odejść w zapomnienie.
Mocno, huh? W rankingu oprócz „When I Grow Up” pojawiły się takie piosenki jak: „Sexy Can I” Ray J‚a, który w tym roku bardziej zapamiętalny został dzięki swojej seks-taśmie niż muzyce oraz „What Goes Around… (Part IV)” czyli „Rehab” Rihanny (wg mnie całkiem słusznie). Nie zabrakło oczywiście również comebackowych singli dwóch popowych księżniczek oraz koszmarku w postaci „I Kissed A Girl” Katy Perry (ha, w wakacje słusznie umieściłem ją w kategorii „NOT” tego co fajne, a co nie). Cała dziesiątka po skoku.
Ogłoszono nominacje do Grammy !

Wczoraj wieczorem podczas specjalnego koncertu ogłoszono nominacje do nagrody Grammy, uważanej za najbardziej prestiżowe wyróżnienie w muzyce. Największe szanse na zgarnięcie statuetki podczas 51 ceremonii rozdania nagród, która odbędzie się 8 lutego w Los Angeles ma Lil’ Wayne. Raper, który okazał się w tym roku bezkonkurencyjny na wielu polach, może pochwalić się 8 nominacjami. Zaraz za nim plasuje się zespół Coldplay z siedmioma. Jay-Z, Ne-Yo oraz KanYe West zdobyli po 6 nominacji, co na pewno bardzo zasmuciło mojego Kejna, a Waszego KanYe, bo i tym razem nie przoduje. Zawsze jednak może wyżalić się w capsach. 5 szans na statuetkę ma nasza faworytka, młodziutka Jazmine Sullivan. Z kolei T.I., Lupe Fiasco, Jennifer Hudson i brytyjska Adele mają na koncie po 4 nominacje. Pełną listę nominacji można znaleźć TUTAJ. Nominowani w konwencji ,,soul bowl” ukażą się Wam, o ile będziecie kontynuować lekturę. (więcej…)
Recenzja: Kanye West „808s & Heartbreak”

Kanye West, samozwańczy głos młodego pokolenia, wydając swój najnowszy krążek „808s & Heartbreak” zdążył już, jak najbardziej świadomie, wywołać burzę skrajnych komentarzy i opinii. Zarówno krytyka jak i fani muzyka pozostają podzieleni. Kim tak naprawdę jest West? Geniuszem muzyki popularnej czy może sprawnym manipulatorem i znakomitym specjalistą od muzycznego marketingu? Tego, co prawda nie dowiadujemy się słuchając „808s & Heartbreak”, a co więcej pozostawia on po sobie jeszcze większy mętlik, ale może odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka jednoznaczna?
Ye dużo ryzykował wydając „808s & Heartbreak”. Już samo „Love Lockdown” w roli singla promującego, w środowiskach hip-hopowych zupełnie zdegradowało go, jako rapera. Tymczasem reszta krążka utrzymana jest w podobnej konwencji, a sam West zdaje się nie tylko nie chować się przed narastającą krytyką (byłych już często) fanów, ale wręcz świadomie prze naprzód nic sobie nie robiąc z kolejnych wymierzonych w niego ciosów. To, na ile krążek jest genialny z pewnością nigdy nie zostanie do końca rozstrzygnięte. Pewne jest natomiast, że jest to album niepowtarzalny i warty zauważenia.
Na płycie West sięgnął po ogólno wykorzystywane środki i instrumenty jak choćby popularne ostatnio auto-tune i bębny 808, aby stworzyć coś nie do końca mieszczącego się w dotychczas znanych ramach gatunkowych. Nie jest to z pewnością krążek hip-hopowy, choć oczywiście sięga po rozwiązania stosowane właśnie przez produkcje charakterystyczne dla tego rodzaju muzyki. Koncepcję albumu można określić w kilku zdaniach, jako życiowe rozważania człowieka na granicy załamania nerwowego, którego w ostatnim czasie spotkały pełne traumatyczne wydarzenia – jest to dość czytelne, nie tylko ze względu na asocjacje autobiograficzne czy zapowiedzi i komentarze samego Ye, ale także ze względu na oszczędną muzycznie, liryczne i wizualnie formę krążka.
Mimo wszystko album nie jest do końca taki, do jakiego aspiruje. West kreuje się, bowiem na bohatera werterycznego, którego dosięga nieuchronny ból istnienia. Tymczasem utwory, w których ten ból naprawdę się zawiera możemy policzyć na palcach jednej ręki. Nie twierdzę, że to źle, że krążek jednak mimo wszystko okazuje się być dość różnorodny, ale w pewien sposób burzy to jednak zapowiadany schemat albumu z uniwersalną boleścią i rozpaczą w rolach głównych. Motywy, które przewijają się w kolejnych utworach, mimo, że momentami próbują sięgać głęboko, często niestety brodzą po mieliźnie. Zdecydowanie od konceptu płyty odcinają się miłe dla ucha, mdłe dla ducha „Robocop” i zjawiskowe, ale jednak utrzymane w pozytywnym i lekkim duchu „Paranoid”. Ten drugi tematycznie przypomina mi do złudzenia „Don’t Worry” Aaliyah.
Jak na człowieka po przejściach Kanye wydaje się być bardzo towarzyski. Do współpracy zaprosił między innymi kolegów raperów Young Jeezy’ego i Lil’ Wayne’a – ich udział może być odczytany, jako dramatyczna próba ratowania wizerunku hip-hopowca. (Zapewniam, że daremna.) Nie mniej jednak, panowie nie są tu jedynie, z tej przyczyny. W niewątpliwie wyróżniającym się, autoironicznym „Amazing” West tłumaczy się, a w zasadzie odpowiada na ataki mediów w stosunku do jego gwiazdorskich zapędów. Jeezy w drugiej części utworu pełni funkcję pewnego alter-ego Westa, który zapewnia nas, że nie miał łatwo w życiu i to, co osiągnął w pełni mu się należy. Te deklaracje warto jednak skontrastować także z najbardziej reprezentatywnym (poza singlowym „Love Lockdown”) utworem na krążku, czyli prawie-tytułowym „Welcome to Heartbreak”, gdzie Ye odkrywa przed nami ciemne strony sławy i zdaje się żałować życia, które wiedzie, na rzecz szeroko pojętej normalności. Poza tym na albumie pojawiają się także poprawnie emocjonalne „Streetlights”, dobrze napisane, choć z niekoniecznie trafioną pointą prowadzącą do wniosku, że miejsce Westa jest na ulicach (w domyśle ze swoimi dawnymi ziomkami), bo sam autor doskonale wie, że nie porzuciłby dotychczasowego życia, aby znowu stać się takim jak dawniej. Takie deklaracje brzmią w jego ustach co najmniej zabawnie, chociaż oczywiście nie neguję jego dobrych intencji, bo być może w chwili słabości faktycznie zdarzało mu się miewać takie myśli. Końcówka albumu („Bad News”, „See You In My Nightmares” i „Coldest Winter”) zawiera bardzo wiele gorzkich i mocnych słów, które jednak niekoniecznie prowadzą do czegokolwiek. I o ile jeszcze samo „Coldest Winter” broni się muzycznie, o tyle już dwa wcześniejsze niestety nie oferują nam nic innowacyjnego. Szczerości natomiast ciężko odmówić otwierającemu krążek, chwytającemu za serce, chociaż być może trochę na siłę wydłużonemu „Say You Will”. Zabieg ten jednak był w pełni celowy i miał stanowić przeciwwagę dla najkrótszego na krążku, zamykającego go „Coldest Winter” i przez to zawierać wszystkie utwory w pewnej całości.
Brzmieniowo West zdecydowanie mocniej nawiązuje do „Graduation”, niż do dwóch pierwszych krążków. Wszystkie bity i wokale zdają się brzmieć syntetycznie, chociaż dla podniesienia napięcia w utworach bardzo często występują także klasyczne motywy instrumentalne jak chociażby sekcja smyczkowa. Rozstrojone i podrasowane przez vocoder wokale, a także oszczędność dźwięków mają imitować stan duszy i umysłu muzyka. I o ile na tym poletku Kanye wychodzi z tego zabiegu obronną ręką, o tyle, jeśli chodzi o treść, którą przez ograniczenie formy wystawia na główny plan, nie ma niestety już tyle szczęścia. Całość mimo początkowego wrażenia niestrawności, okazuje się mimo wszystko dość smaczna i przemyślana. I chociaż nie ma pewności na ile uczucia i emocje Westa są szczere, a na ile stanowią tylko marketingowe tło, nie można przejść obojętnie obok „808s & Heartbreak”.
Nowy teledysk: Keri Hilson ft. Lil Wayne „Turnin’ Me On”

Oto dostarczam Wam jeszcze cieplutki, pachnący świeżą premierą, teledysk do trzeciego singla Keri Hilson z wciąż niewydanej płyty „In A Perfect World…”. Klip do „Turnin’ Me Off” idealnie pasuje do piosenki: jest surowy, seksowny, niepoprawny, hiphopowy i zadziorny. Efekty wizualne, choć jest ich niewiele, są bardzo adekwatne. Nie można też nie wspomnieć o Keri, która jak zwykle jest powalająco urodziwa, a do tego stroi zabawne minki. W video pojawia się też rzecz jasna Lil Wayne, oraz producent kawałka Polow Da Don i kolega Keri z labelu, Rich Boy. Teledysk poniżej, okładka singla powyżej. Cóż mogę powiedzieć: this song’s turnin’ me on!
Keri Hilson na planie nowego klipu
I jak to jest, że taka Keri Hilson, która jeszcze nie wydała swojego albumu nagrywa już trzeci teledysk promujący a płyta takiej Ashanti jest już olana po pierwszym singlu? Zgadza się, w zeszłym tygodniu Miss Hilson kręciła klip do swojego kolejnego singla – tym razem do „Turnin’ Me On” w którym oprócz wokalistki możemy usłyszeć również Lil Wayne’a oraz T.I. Czy tylko mi przypomina tu Ciarę?
PS: Za każdym razem jak słucham tego kawałka rozwala mnie linijka „I hope that your parana bite & I hope your vagina’s tight„. So nasty.
