nick waterhouse

#FridayRoundup: Gesaffelstein, Nick Waterhouse, Kari Faux i inni

Jak co tydzień dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Tym razem mamy dla was m.in. fuzję elektroniki i R&B na wyczekiwanym comebacku Gesaffelsteina, retrosoulową premierę od Nicka Waterhouse’a, szczerą autoterapeutyczną epkę od Kari Faux czy balansującą na granicy latynoskiego indie płytę Helado Negro.

(więcej…)

Nick Waterhouse śpiewa dla zwycięzców

Byłem w ekstazie, gdy po raz pierwszy usłyszałem Nicka Waterhouse’a w 2012 roku. Wraz z jego kolejnymi płytami entuzjazm jednak opadł i nie jestem pewien, czy charyzmatyczny retrosoulowiec, a ostatnio nawet bardziej garażowy rockman, ma jeszcze jakiegoś asa w rękawie. Jestem natomiast przekonany, że jego nowy singiel „Song for Winners”, choć brzmieniowo niezbyt odkrywczy, może trafić na tę samą plejlistę co „A 1000 Days, a 1000 Nights” Sharon Jones czy „You Really Got Me Going” The Kinks. Pobrzmiewa w tym wszystkim beatowy rhythm & blues i brudne rockabilly, a wszystko pokropione lekko ekstrawaganckim sosem, który czyni z piosenki idealnego kandydata na soundtrack filmu kogoś w rodzaju Quentina Tarantino, Wesa Andersona czy Braci Coen — z zamiłowaniem do przeszłości i czarnego humoru.

Rzecz promuje czwarty krążek muzyka zatytułowany po prostu Nick Waterhouse, który Innovative Leisure wyda 8 marca. Na płycie znajdzie się 11 utworów zrealizowanych wspólnie z producentem Paulem Butlerem (Michael Kiwanuka, St. Paul and the Broken Bones) i świtą utalentowanych instrumentalistów.

Recenzja: Nick Waterhouse Never Twice

Nick Waterhouse

Never Twice (2016)

Innovative Leisure

W otwierającym trzeci longplay Nicka Waterhouse „It’s Time” piosenkarz całkiem zasadnie prosi słuchacza o potwierdzenie, że to już czas. Niestety z tej pozycji trudno jednoznacznie na tak postawione pytanie odpowiedzieć, biorąc pod uwagę, że Never Twice to kolejna pozycja w dyskografii muzyka dająca wyraz jego fascynacji klasycznym rhythm & bluesem. Pomimo tytułu płyta wcale nie zapowiada nowego rozdziału w karierze Waterhouse’a. Co więcej — po inspirowanym americaną Holly piosenkarz wraca do stricte rhythm & bluesowego brzmienia, które po raz pierwszy uczynił swoim własnym na debiutanckim Time’s All Gone przed czterema laty. Nie jest to jednak kalka, a wariacja. W tym słowie kryje się zresztą całe ryzyko, jakie Watehouse podjął, nagrywając nowy album. Efekt jest mieszany. Aranżacyjny kunszt, songwriterska precyzja i rock & rollowa charyzma, które cechowały debiut, a na Holly z jakiegoś powodu świadomie odłożono je na bok, nie wracają tu niestety w pełnej krasie. Krążek wyprodukowany przez Waterhouse’a wspólnie z Michaelem McHugh (współpracującym m.in. z Black Lips czy Ty’m Segallem) to niewiele więcej niż zręczny revival soulowych tradycji przełomu lat 50. i 60. Waterhouse po raz kolejny napisał dziesięć zmyślnych kompozycji w stylu epoki — umiarkowanie przebojowych i nie do końca przystających do muzycznego spektrum współczesnej Ameryki, ale cechujących się zasługującą na nieśmiałą owację lekkością. Never Twice swobodnie płynie z głośników, znane motywy („Katchi”, „Tracy”) wibrują w uszach. Chwilę później płyta się kończy, ramię igły nieśpiesznie wraca na swoje miejsce, a my wracamy do rzeczywistości. Nic się nie dzieje.

Recenzja: Nick Waterhouse Holly

Nick Waterhouse

Holly (2014)

Innovative Leisure

Nick Waterhouse upraszcza swoją koncepcję muzyki. Materiał nie ustępuje poprzednikowi surowością wykonania, ale znacząco traci w kategoriach przebojowości i muzycznego kolorytu. Waterhouse niemalże odprawia z kwitkiem zaprzyjaźnioną sekcję dętą, jednocześnie chwytając za gitarę. Nadal jest konsekwentny i prawdziwy w muzyce, którą tworzy, ale znacznie bardziej prozaiczny niż na szykownym Time’s All Gone sprzed dwóch lat. Celowo czy nie — na nowej płycie błysk w oku przygasiła mu rutyna, a przynajmniej jej skrzętna imitacja.

Holly brzmi jak ścieżka dźwiękowa do bezcelowej wędrówki po bezkresnych preriach Teksasu — dominują kunsztownie napisane, ale w warstwie wykonawczej zmęczone życiem rhythm & bluesowe utwory jak „Sleepin’ Pills”, czego nie są w stanie ożywić ani motyw mariachi w tytułowym numerze, ani saksofonowe solo w blackkeysowskim „Dead Room”. Im bliżej końca tej ledwie ponad półgodzinnej płyty, tym bardziej wielkomiejski nastrój zdaje się panować, co znajduje odzwierciedlenie w wieńczącym album, enigmatycznie jazzującym „Hands on the Clock”.

Nick Waterhouse wydaje drugi album Holly

Image2

Ten krążek już w zasadzie zapowiadaliśmy, ale na tyle dawno i pobieżnie, że mogło to umknąć czyjejś uwadze. Od tej pory w zasadzie nic się nie zmieniło. Album nadal nazywa się Holly, a jego premiera wciąż wyznaczona jest na 4 marca (czyli na najbliższy wtorek). Wiemy już też jak wygląda okładka (powyżej), znamy tracklistę (poniżej) oraz pierwszy singiel „This Is a Game” oraz teledysk do niego. Na razie ocenę projektu pozostawiamy Wam, ale w przyszłym tygodniu spodziewajcie się naszej recenzji krążka.

„High Tiding”
„This Is a Game”
„It No. 3”
„Let It Come Down”
„Sleeping Pills”
„Holly”
„Dead Room”
„Well It’s Fine”
„Ain’t There Something That Money Can’t Buy”
„Hands on the Clock”

Nick Waterhouse zapowiada nowy album

Image2

Następca zeszłorocznego Time’s All Gone, który zajął miejsce 15. w naszym podsumowaniu najlepszych płyt 2012, ukaże się 4 marca nakładem Innovative Leisure. Krążek zatytułowany Holly został wyprodukowany przez Waterhouse’a i Kevina Augunasa (Black Keys, Gotye, Cold War Kids, Edward Sharpe and the Magnetic Zeros) i ma zawierać utwór stworzony wspólnie z Ty’em Segallem (którego możecie nie kojarzyć, ale zapewniam, że powinniście, bo to teraz ważne nazwisko w kręgu gitarowej psychodelii). Nowy projekt wokalisty dotychczas nagrywającego klasyczny orkiestrowy rhythm & blues zapowiada się zdecydowanie bardziej rockowo niż cokolwiek z jego obecnego katalogu. Zobaczcie poniżej krótki muzyczny zwiastun krążka.

Recenzja: Nick Waterhouse Time’s All Gone

Nick Waterhouse

Time’s All Gone (2012)

Innovative Leisure

Po gigantycznym sukcesie Back to Black Amy Winehouse, retro soul na dobre zadomowił się we współczesnej popkulturze. Niczym grzyby po deszczu zaczęli wyrastać kolejni wykonawcy, mniej lub bardziej ewidentnie inspirujący się klasycznym rhythm & bluesem. Wkrótce słuchacze się znudzili, moda się zmieniła, ale nurt pozostał i nadal radzi sobie całkiem nieźle. W związku z tym pytanie jak odróżnić prawdziwie dobry album od marnej imitacji wciąż pozostaje aktualne.

Nick Waterhouse to idealny przykład na to, że współcześnie można tworzyć autentyczny rhythm & blues, głęboko zakorzeniony w klasyce gatunku. Kalifornijczyk nie wykorzystuje swojego brzmienia jako punktu zaczepienia do wielkiej multimedialnej kariery, nie dba o aktualne trendy, wydaje swoje płyty na winylu, jak nakazuje tradycja. Muzyka broni się sama.

Na Time’s All Gone, ledwie ponad półgodzinnym debiutanckim longplayu, Waterhouse nie stara się przepisywać przeszłości na teraźniejszość, by brzmieć adekwatnie; nie wygładza brzmienia; nie podszywa się pod kogoś, kim nie jest; nie pożycza wybranych elementów stylistyki lat 60., ignorując te, które mu nie leżą; nie jest wybitnym wokalistą — po prostu robi swoje, nagrywa muzykę, która go stworzyła i robi to z niesamowitym wyczuciem. Płyta zachwyca naturalnością z jaką muzyczna elegancja zostaje tu wpisana w surowy, niemalże garażowy rhythm & blues. Album jest kwintesencją przebojowości w starym stylu — na krótkie, ale intensywne piosenki składają się przejrzysty rytm, szczere emocje i nieskrępowane meandry żywych instrumentów.

A gdzie w tym wszystkim współczesność? Współczesność nie ma do zaoferowania niczego ponad tę w jakimś sensie pierwotną energię bijącą z każdego z jedenastu numerów na Time’s All Gone. Brown, Redding, Charles byliby dumni. Waterhouse’a można ze spokojem i bez cienia wątpliwości położyć na jednej półce w ich towarzystwie.