Recenzja: Nick Waterhouse Time’s All Gone

Data: 9 grudnia 2012 Autor: Komentarzy:

Nick Waterhouse

Time’s All Gone (2012)

Innovative Leisure

Po gigantycznym sukcesie Back to Black Amy Winehouse, retro soul na dobre zadomowił się we współczesnej popkulturze. Niczym grzyby po deszczu zaczęli wyrastać kolejni wykonawcy, mniej lub bardziej ewidentnie inspirujący się klasycznym rhythm & bluesem. Wkrótce słuchacze się znudzili, moda się zmieniła, ale nurt pozostał i nadal radzi sobie całkiem nieźle. W związku z tym pytanie jak odróżnić prawdziwie dobry album od marnej imitacji wciąż pozostaje aktualne.

Nick Waterhouse to idealny przykład na to, że współcześnie można tworzyć autentyczny rhythm & blues, głęboko zakorzeniony w klasyce gatunku. Kalifornijczyk nie wykorzystuje swojego brzmienia jako punktu zaczepienia do wielkiej multimedialnej kariery, nie dba o aktualne trendy, wydaje swoje płyty na winylu, jak nakazuje tradycja. Muzyka broni się sama.

Na Time’s All Gone, ledwie ponad półgodzinnym debiutanckim longplayu, Waterhouse nie stara się przepisywać przeszłości na teraźniejszość, by brzmieć adekwatnie; nie wygładza brzmienia; nie podszywa się pod kogoś, kim nie jest; nie pożycza wybranych elementów stylistyki lat 60., ignorując te, które mu nie leżą; nie jest wybitnym wokalistą — po prostu robi swoje, nagrywa muzykę, która go stworzyła i robi to z niesamowitym wyczuciem. Płyta zachwyca naturalnością z jaką muzyczna elegancja zostaje tu wpisana w surowy, niemalże garażowy rhythm & blues. Album jest kwintesencją przebojowości w starym stylu — na krótkie, ale intensywne piosenki składają się przejrzysty rytm, szczere emocje i nieskrępowane meandry żywych instrumentów.

A gdzie w tym wszystkim współczesność? Współczesność nie ma do zaoferowania niczego ponad tę w jakimś sensie pierwotną energię bijącą z każdego z jedenastu numerów na Time’s All Gone. Brown, Redding, Charles byliby dumni. Waterhouse’a można ze spokojem i bez cienia wątpliwości położyć na jednej półce w ich towarzystwie.

Komentarze

komentarzy