quebonafide

#FridayRoundup: Thundercat, Yves Tumor, Everything Is Recorded i inni

#FridayRoundup

Jak co tydzień w cyklu #FridayRoundup dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Wiosenne tempo wydawnicze zostało podtrzymane — nowe płyty wydali Thundercat, Yves Tumor, Everything Is Recorded, Nnamdï, Yaeji, Kiana Ledé, Empress Of, a także Quebonafide. Polecamy selekcję poniżej, bo słucha jej się znakomicie! Zostańcie w domu.


#FridayRoundup

It Is What It Is

Thundercat

Brainfeeder

Thundercat to jeden z najwybitniejszych, najbardziej charakterystycznych brzmieniowo muzyków soulowych naszych czasów, który, jakimś cudem, nigdy jeszcze jeszcze nie przekuł swojego potencjału na naprawdę świetny całościowo album. Aż chcę się tutaj rzec sakramentalne „aż do dzisiaj”, bo It is What It is to kapitalny manifest kondycji współczesnego soulu wraz ze wszystkimi jego eksperymentatorskimi zapędami i synthfunkowymi konotacjami. Kocur z jednej strony natchniewa tradycyjne, skostniałe formuły Brainfeederowskim kombinatorstwem stawiając na syntetyczny anturaż i elektroniczną nadpobudliwość Nu-Jazzowego pulsu spod znaku FlyLo, z drugiej jednak ten eklektyczny koktajl spija z charakterystycznym dla siebie, ekscentrycznym poczuciem humoru. Żywotne, nadaktywne kompozycje ubiera zatem w strój subtelnego żartu obdzierającego te formuły z niezręczności pościelowego sensualizmu, zamiast tego serwując takie strzały jak przebojowe „Dragonball Durag”, afirmujące męsko-męską przyjaźń „I love Louis Cole” czy wreszcie wspaniale rozlazłe „Fair Chance” na którym udziela się Ty Dolla $ign oraz nie kto inny jak BasedGod himself. Thudercat zatem zbiera wszystko, co wypracowała przez ostatnią, powiedzmy, dekadę cała żywotna scena soulu i podaje ją z filozofią typu „na przypale albo wcale”. Obiekcje można mieć, ale po co, skoro to tak dobrze wjeżdża?  — Wojtek


#FridayRoundup

Heaven to a Tortured Mind

Yves Tumor

Warp

Wydane labelem Warp Heaven to a Tortured Mind to piąte już wydawnictwo Yvesa Tumora. Muzykowi niedaleko od niebiańskich brzmień, które lekko tylko zakłóca tożsamościowa nieokreśloność i plastyczne eksperymenty. Od okresu wypuszczenia poprzedniego longplaya minęły lata świetlne. Od demona psychodelii do nawiedzonego romantyka-kosmonauty: artysta wystrzela się w kosmos i zaprasza na swoją orbitę, by jako gwiezdny dj zaserwować barwną paletę dźwięków – od surrealistycznego R&B, po singlowe brudne soul „Kerosene”, neo-soulowe „Identity Trade” czy funkowy noise „Medicine Burn” aż do jazzującego rocka. Heaven to a Tortured Mind to przede wszystkim zabawa konwencją brokatowych lat 80. Przykładem bajeczne „A Great Love” z niebiańskimi chórkami, a przy tym spełnienie sennych wizji Tylera, the Creatora. Kiedy już cekiny odpadną, pozostaje pytanie o muzyczne inspiracje. „I only want to make hits. What else would I want to make?” Sami oceńcie, czy misja została zakończona pomyślnie. — Ibinks


#FridayRoundup

Friday Forever

Everything Is Recorded

XL

Richard Russell powraca ze swoim drugim długogrającym albumem, wydanym pod szyldem projektu Everything is Recorded. Krążek Friday Forever opowiada historię zamkniętą w niewielkim przedziale czasowym, rozpoczynającą się o 21:46 w piątek wieczorem, a kończącą o 11:59 następnego dnia. Za pomocą zaproszonych gości, wśród których znaleźli się m.in. brytyjscy raperzy Aitch, FLOHIO oraz Berwyn, irlandzcy wokaliści Maria Somerville oraz Kean Kavanagh, czy najbardziej znany w tym gronie Ghostface Killah, przenosi nas w nocny świat londyńskich klubów oraz melancholii i zadumy panującej dnia następnego, którą przepełniona jest druga połowa albumu. — efdote


#FridayRoundup

Brat

Nnamdï

Sooper

Nnamdi Ogbonnaya, twórca jednej z najbardziej szalonych hiphopowych płyt ostatnich lat, Drool z 2017 roku, wrócił właśnie jako Nnamdï z kolejym freakowych projektem. Krążek zatytułowany Brat tylko pozornie zwolnił tempo wcześniejszych popisów rapera, ale natura muzyki Nnamdiego wciąż pozostaje do szpiku eksperymentalna i kreatywna. Wszyscy ci, którzy lubią wyłapywać rzeczy świeże, niekonwencjonalne i pozbawione hamulców, powinni koniecznie z Ogbonnayą się zaprzyjaźnić. — Kurtek


#FridayRoundup

What We Drew

Yaeji

Yaeji / XL

Mimo że Yaeji jest na scenie od zaledwie kilku lat, śmiało można ją uznać za jedną z ważniejszych przedstawicielek muzyki housowej. Radziliśmy mieć ją na oku już w 2017, kiedy wydała świetną epkę EP2 z takimi mocnymi utworami jak „Passionfruit” czy „Drink I’m Sippin On”. Od początku swojej działalności wypracowała charakterystyczny styl — twórczość Yaeji to ambient-house z wokalnymi wstawkami. Zasłynęła dzięki remiksom, Drake’ i Mall Graba, a teraz konsekwentnie skupia się na własnych produkcjach. What We Drew, czyli najnowszy mixtape Koreanki, został wydany w prestiżowej wytwórni skupiającej takich artystów jak Adele, Radiohead czy, nieco bliższa Yeaji jeśli chodzi o brzmienie, Peggy Gou. Materiał jest zdecydowanie spokojniejszy — house nadal to wciąż jej domena, ale tym razem postawiła na zróżnicowanie. What We Drew jest nieco spokojniejsze i bardziej „domowe” w porównaniu z poprzednimi wydawnictwami, ale dużo ciekawsze produkcyjnie. — Polazofia


#FridayRoundup

Kiki

Kiana Ledé

Republic / UMG / The Heavy Group

W dniu swoich dwudziestych trzecich urodzin Kiana Ledé zaprezentowała debiutancki longplay Kiki. Zawiera on aż siedemnaście uduchowionych utworów, które wspierają ciekawe osobowości w postaci m.in. Ari Lennox, Lucky’ego Daye’a, czy 6Lacka. Na płycie artystka prezentuje swoją osobę jako pewną siebie w swoich obrazach delikatnej miłości i słodko-gorzkiego bólu. Sprawnie odświeża znane brzmienia R&B lat dziewięćdziesiątych w postaci kultowego kawałka “So Fresh So Clean” grupy Outkast, w swoim wiodącym singlu “Mad at Me”. Jej aksamitny wokal i chilloutowe brzmienie są swoistą terapią i lekarstwem na smutki oraz wszystkie dolegliwości. Na albumie KIKI Kiana opowiedziała prawdziwą historię, która jest swoistą ścieżką dźwiękową dla dobrych rzeczy, które robi w życiu, zwłaszcza w złych i podłych czasach. — Forrel


#FridayRoundup

I’m Your Empress Of

Empress Of

Terrible

Trzecia płyta Lorely Rodriguez, czyli Empress Of, zawiera dwanaście popowych bangerów, z lśniąco euforycznymi syntezatorami i prowokującymi refrenami, które pokazują obszary łączące nas na dobre i na złe. I’m Your Empress Of zostało w całości wyprodukowane i napisane przez artystkę oraz jest jej powrotem do korzeni. Jest odważnym wyrazem jej indywidualności, wskazując na jej dziedzictwo w Hondurasie, ale także na jej miłość do muzyki elektronicznej i chicagowskiego house’u. Potrafiła sprawnie przemienić tematykę o złamanym sercu w ponad trzydziestominutowy prawie klubowy didżejski set, utrzymując ciało w ruchu. Teksty nie są przesadzone, raczej zwięźle podsumowują emocje, które Rodriguez odczuwała, kiedy je pisała. I’m Your Empress Of, pomimo tanecznego klimatu, jest niezwykle osobisty i obnaża emocjonalną stronę artystki. — Forrel


#FridayRoundup

Live and Stripped

Banks

Capitol / Harvest

Utalentowani artyści śmiało powinni prezentować swoje studyjne utwory w wersjach live. Banks, oprócz talentu, posiada również charakterystyczny i charyzmatyczny instrument w postaci swojego wokalu. Nagrała więc genialne EP Live and Stripped, w którym zaprezentowała cztery utwory ze swoich trzech albumów. Epka została nagrana w słynnym hollywoodzkim Capital Studios, w ramach serii 1Mic 1 Take, czyli tylko artystka, mikrofon, w jednym ujęciu, bez zbędnych korektorów dźwięku. Jillian podczas występu harmonizuje się z płynącym rytmem w podnoszącym na duchu brzmieniu, po czym zanurza się w swoich lirycznych akordach, by rozjaśnić swój występ niespodziewanymi zwrotami akcji, tworząc tym samym piękne arcydzieło. Ilość utworów na Live and Stripped pozostawia duży niedosyt, ale jakość wykonania, rekompensuje braki ilościowe. — Forrel


#FridayRoundup

ROMANTIC PSYCHO

Quebonafide

QueQuality

O tej płycie jeszcze przed premierą można było powiedzieć, że została świetnie sprzedana. Oprawa oprawą, a co jednak jest jej zawartością? A no pierwsze primo właśnie tracklista biegnąca od chillu do bangerów. Po drugie primo grono nietypowych gości, które zaskoczyło chyba każdą słuchającą osobę. Trzecie, zaskakujące gdzieniegdzie boom bapowe produkcje. Trochę odniesień do amerykańskich i rodzimych inspiracji Quebo, prorocze prawie-przeniesienie igrzysk w Tokio na 2021 przez autora materiału (odsyłam do super odcinka Hejt Parku na YouTube), a także nieco rozciągnięty zakres gatunków — nie jest to album koncepcyjny, ale z pewnością jest to udany eksperyment Kuby Grabowskiego i jeśli miałbym określić, czy jest możliwość dostrzeżenia wzajemnej korelacji tej płyty z jej autorem, to jak najbardziej jest ona zauważalna. — Kuba Żądło


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

#FridayRoundup: Janelle Monáe, Post Malone, Wiley, Akua Naru i inni

Przed nami bardzo długi weekend, podczas którego z pewnością znajdziecie czas na zapoznanie się z premierami płytowymi, jakie przynosi nam piątek. Wśród nich, najbardziej oczekiwaną rzeczą jest z pewnością świeży krążek od Janelle Monáe, ale fani kilku innych gatunków muzycznych również spędzą ten czas z uśmiechem na ustach. Zaczynamy!


Dirty Computer

Janelle Monáe

Bad Boy Records

Janelle Monáe swoją działalnością zasłużyła sobie na miano aktorki, modelki, producentki czy raperki. Po premierze jej najnowszego wydawnictwa, Dirty Computer, przypomniała się jednak przede wszystkim jako piosenkarka. To już trzeci długogrający krążek w jej dorobku. Najnowszy materiał został poprzedzony singlami, „Make Me Feel”, „Django Jane”, „I Like That” oraz „Pynk” z gościnką Grimes. Warto wspomnieć, że swój wkład w „Make Me Feel” miał Prince, którego brzmienie od zawsze inspirowało Janelle. Na płycie, poza Grimes, usłyszeć możemy także Briana Wilsona, Zoë Kravitz i Pharrella Williamsa. Piosenkarka twierdzi, że w przypadku tego albumu zależało jej na oddaniu głębokich, skrajnych nieraz emocji. Zabiera głos w kwestiach takich jak seksualność czy rola i pozycja kobiet. Tytuł nawiązywać ma do metaforycznego „brudu”, który każdy z nas niepotrzebnie stara się wyprzeć z siebie (artystka sądzi, że nie jest on niczym złym). Z kolei do komputera porównuje nasz umysł, maszynę, przez którą przewijają się informacje i która bywa zawirusowana. —Polazofia


Beerbongs & Bentleys

Post Malone

Republic Records

Dzięki spektakularnemu sukcesowi Stoney i takich hitów jak „Congratulations” czy „I Fall Apart” Post Malone wbił się do absolutnej czołówki hip-hopowego mainstreamu. Trapowe produkcje, melodyjność i chwytliwe refreny stały się jego znakiem rozpoznawczym, a swoista powtarzalność nie przeszkodziła mu zaatakować Billboard kolejnymi przebojami, „Rockstar” i „Psycho”. Beerbongs & Bentleys będzie z całą pewnością zawierało kontynuację tego brzmienia. Usłyszymy tu gościnne zwrotki takich gwiazd jak Nicki Minaj, 21 savage, YG czy Swae Lee, oraz bity autorstwa samego Posta i kilku innych producentów z obozu rapera. Spore obawy może budzić długość płyty – 18 utworów oznacza wysokie ryzyko monotonii, chociaż kto wie, może czeka nas parę niespodzianek, jak np. zwrot w stronę muzyki rockowej, z której Post przecież się wywodzi. Największe culture vulture od czasów Elvisa Presleya? Niech będzie, ważne, żeby bujało — Adrian


Godfather II

Wiley

CTA

Król grime’u powraca zaledwie rok po premierze ostatniej płyty. Godfather było świetnym krążkiem, w którym każdy z siedemnastu znajdujących się na nim numerów był prawdziwą petardą. Czy tym razem ojciec chrzestny grime’u potwierdzi swoją pozycję na scenie? Kontynuacja zawiera dwanaście tracków, a single, które do tej pory się pojawiły zdecydowanie zachęcają do sprawdzenia całości. Oby nowy materiał był co najmniej tak dobry jak poprzedni. — Dill


The Blackest Joy

Akua Naru

Code Black

Nie dajcie się zmylić łagodnej trąbce i odgłosom przyrody inaugurującym The Blackest Joy. Akua Naru to kobieta z krwi i kości, która nie obawia się trudnych tematów i sprowadzenia Sereny Williams do symbolu współczesnej Afroamerykanki. Na pierwszym planie u Naru jest charyzma, ale i pewna subtelność, która jednak nie jest słabością. Jeżeli lubicie świadomy, zaangażowany hip-hop wykorzystujący żywe instrumentarium osadzone w soulu i w jazzie (oraz dodatki, jak fale Oceanu Indyjskiego zarejestrowane o szóstej rano), sprawdźcie trzeci studyjny album artystki. — Maja Danilenko


Rejuvenate

Paul White

R&S Records

Moje pierwsze skojarzenie z nazwiskiem Paula White’a to przede wszystkim szalone kolaboracje w duecie z Dannym Brownem. Po niemalże wspólnym (nie licząc kilku bitów) Atrocity Exhibition, panowie wydali razem w ubiegłym roku krótką epkę Accelerator. I choć słuchacze przyzwyczaili się do jego pokręconych produkcji, to artysta nie boi się „ożywić” swojego stylu. Na Rejuvenate najprawdopodobniej usłyszymy Paula White’a w wersji bardziej stonowanej i łagodnej. A przynajmniej na to wskazują single „Spare Gold” i „Returning”. Czy rezygnacja z sampli na rzecz żywych instrumentów wyjdzie Brytyjczykowi na dobre? — Mateusz


Caer

Twin Shadow

Reprise Records

George Lewis Jr. aka Twin Shadow dwoi się i troi, żeby pod egidą Warner Music Group odtworzyć nostalgiczne, retro-popowe brzmienie z domieszką różnorodnych wpływów (w tym R&B), jakim dał się poznać na całkiem niezłym debiucie, zbiorze „letniaczków” Forget. W tym celu mają mu pomóc między innymi siostry z tria Haim, z którymi to współpraca wydawała się wręcz nieunikniona. Jeżeli chcecie poznać odpowiedź na pytanie, czy bajka Twin Shadow jest jedną z tych, które można opowiadać wielokrotnie, bez ryzyka utraty ich charakteru, to nie ma lepszego momentu w roku na weryfikację. — Maja Danilenko


Exotic Worlds and Masterful Treasures

Stimulator Jones

Stones Throw

Jeśli marzyła wam się płyta pełna oldschoolowych popsoulowych refrenów na surowych synthfunkowych bitach w stylu Dam-Funka, to właśnie się ukazała. Wydany dziś nakładem Stones Throw album Exotic Worlds and Masterful Treasures nie wyczerpuje może do końca obietnicy dalekich podróży z tytułu, ale z pewnością zapewni odpowiednie wibracje podczas wiosennego garden party. Stimulator Jones, czyli Sam Lunsford to najnowszy nabytek soulowej oficyny, didżej, producent, piosenkarz, songwriter i multiinstrumentalista, który potrafi zagrać na czymkolwiek — na swoim nowym krążku stawia jednak na syntezatory wskrzeszające ducha funku lat 70. i 80. — Kurtek


Floor Kids (Original Video Game Soundtrack)

Kid Koala

Kid Koala Productions

Floor Kids, to gra na konsolę Nintendo, osadzona w świecie tancerzy breakdance. Pojedynki rysunkowych B-Boys i B-Girls, jakie staczać możemy na ekranie, podkręcone zostały przez muzykę, którą specjalnie na potrzeby gry stworzył kanadyjski Dj i producent — Kid Koala. Jeżeli nie jesteście fanami konsol, a zamiast wpatrywać się w ekran, wolicie osobiście pobawić się na parkiecie, to ścieżka dźwiękowa z gry, składająca się z 42 utworów, trwających łącznie 71 minut, powinna dać Wam idealny podkład pod tego typu zachowanie. — efdote


Everything Matters

Clément Bazin

Nowadays

Po obiecującej zeszłorocznej epce Us francuski producent Clément Bazin wydaje wreszcie swój długogrający debiut. Na krążku bardziej niż kiedykolwiek wcześniej kieruje się w stronę tropikalnego UK bassu, łącząc vibe Quantica z brzmieniem Disclosure. Kolejny wart sprawdzenia kandydat na tegoroczną wakacyjną plejlistę. — Kurtek


Soma 0,25 mg

Taconafide

Nowadays

Dwa tygodnie po najgłośniejszej polskiej hiphopowej premierze roku Quebonafide i Taco Hemingway udostępniają w szerokiej ofercie streamingowej drugi dysk Somy 0,5 mg. To 11 dodatkowych nagrań w tym remiksy numerów z podstawowej wersji płyty z gościnnym udziałem m.in. KęKego, Palucha, Kaza Bałagane czy Dawida Posiadły. Must listen dla fanów fiskalnego trap popu. — Kurtek


Taco Hemingway jest Magdą Gessler

Szokujące wyznanie w tekście nowego singla wyjaśnia poziom artystyczny ostatnich poczynań rapera! Możemy bowiem domniemywać, że niezrównana kreatorka stylu i smaku jest niestety przeciętną raperką, co w tajemniczy sposób zazębia się ze zniżką formy samozwańczego głosu pokolenia, które zgubiło miłość na melanżu razem z telefonem (cytat za uprzejmością Łony). Hemingway wraz kolegą Quebonafide przygotowują się do wydania wspólnego krążka SOMA 0,5 mg jako Taconafide. Płyta najprawdopodobniej zepsuje polskiego Spotifaja w najbliższy piątek, choć czwarty singiel „Kryptowaluty” jasno pokazuje, że to szaleństwo nie jest odzwierciedleniem jakości materiału. Nie hejtujemy, ale sorry, taki mamy klimat.

Taconafide skończyli się na Kill ’Em All

Ich Ride the Lightning nie powala. Taco Hemingway i Quebonafide w poniedziałek zaprezentowali słuchaczom trzeci zwiastun ich wspólnego projektu SOMA 0,5 mg, w którym porównują się do Metalliki i Republiki (żeby się rymowało, nie?), przeciwstawiając się nienazwanym im, których z kolei określają jako Nickelback. Na monotonnym bicie (autorstwa Zeppyego Zepa) opartym na zapętlonym gitarowym samplu uprawiają zachowawcze braggadaccio, strzelając niezbyt lotnymi punchline’ami do wszystkich i do nikogo. Cały krążek 13 kwietnia.

Taconafide banglają srogo w nowym singlu

Uhuhu! Ledwie przed tygodniem informowaliśmy, że dwóch niewątpliwie najpopularniejszych polskich raperów ostatnich lat — Taco Hemingway i Quebonafide planują wspólny album, co potwierdzili niezwłocznie premierą singla „Art B”, a już prezentują kolejne nagranie z krążka. Numer zatytułowany „Tamagotchi” nie jest może bangerem w hiphopowym tego słowa znaczeniu, uderza raczej w lżejsze hiphouse’owe tony, trochę przywodząc na myśl ostatnie wcielenia Fisza i Emade. Panowie niewątpliwie uderzają przy okazji wspólnego projektu w orientalne tony — zaczęło się od grafiki nawiązującej do japońskiej gry logiczno-strategicznej Gomoku, następnie panowie podzieli się wspólną sesją zdjęciową mocno inspirowaną stylistyką samurajów, a teraz prezentują numer zatytułowany „Tamagotchi”. Oficjalny klip, zrobiony, a jakże, z rozmachem — poniżej, a premiera albumu Taconafide zatytułowanego Soma 0,5 mg — 13 kwietnia.

Taco Hemingway i Quebonafide jako Taconafide

Plotki o tym, że Taco Hemingway i Quebonafide nagrywają wspólny materiał krążyły po sieci już od kilku miesięcy. W ubiegłym tygodniu zagadkę rozwiązali sami raperzy, którzy na swoje instastory wrzucili podobne grafiki nawiązujące do japońskiej gry logiczno-strategicznej Gomoku. Na razie nie wiadomo, czy był to jedynie element akcji promocyjnej, czy okładka wspólnej płyty. Informacja o tym, że faktycznie Taco i Quebo nagrali razem, znacznie podzieliła opinię wśród fanów i rapowego środowiska. Taka kolaboracja, biorąc pod uwagę wyniki sprzedaży, jakie osiąga każdy z nich, to murowany sukces komercyjny. Pierwszy singiel duetu Taconafide nosi tytuł „Art-B”. Został wyprodukowany przez Forxsta, który współpracował z Quebo na jego ostatniej LP. Tematyka numeru raczej nie zaskakuje. Obydwoje w swoich linijkach skarżą się, lekko stękając, na zmęczenie sławą i high lifem. Jedyne co zaskakuje, to przewrotna nazwa duetu i fakt, że nie wydają tego ani pod skrzydłami Asfaltu, ani QueQuality, a jako Taconafidex. Premiera wspólnego albumu raperów, Soma 0,5 mg przewidziana jest na 13 kwietnia.

Ras oraz Quebonafide gośćmi koncertu Xxanaxx w Stodole!

Jesienne koncerty Xxanaxxu w Stodole to corocznie małe święto zespołu, najważniejsze w całym roku wydarzenia w ich koncertowym kalendarzu, którym towarzyszą występy zaproszonych gości specjalnych. Przed rokiem gośćmi artystów byli Katarzyna Nosowska i Ten Typ Mes. W tym roku Klaudię, Michała i ich kolegów muzyków na scenie wesprą Ras z duetu Rasmentalism oraz Quebonafide. Warto przypomnieć, że Quebonafide i wokalistka Xxanaxxu Klaudia Szafrańska mieli już okazję nagrać wspólny kawałek na płytę ciechanowskiego rapera. Przebojowego numeru „Candy” można się spodziewać 16 listopada na koncercie w Stodole, ale Xxanaxx i Quebonafide zapowiadają na ten wieczór także inne niespodzianki. Warszawski koncert duetu będzie częścią Versus Tour, a więcej informacji na jego temat znajdziecie TUTAJ.

Bilety:
Do 2 listopada: 40 PLN (stojące), 60 PLN (balkony)
Od 2 listopada: 47 PLN (stojące), 67 PLN (balkony)

Do kupienia w kasie Klubu Stodoła (Warszawa ul. Batorego 10), a także na stronach: www.stodola.pl, www.ticketclub.pl, www.eventim.pl, www.ebilet.pl, www.ticketpro.pl, biletomat.pl oraz biletyna.pl

Relacja z Hip Hop Kemp 2017

Wbrew czeskiemu hasłu promocyjnemu — „sweet 16” — line-up Hip Hop Kemp 2017 przypominał raczej program zlotu sympatyków geriatrii. Ostatecznie wypadło całkiem nieźle — dla każdego coś miłego. Polskie hasło promocyjne, czyli „festiwal z atmosferą”, odbierałam wcześniej jako trochę serowe, ale szybko zmieniłam zdanie — nigdzie indziej nie widziałam artystów napełniających napojami kubki widzów i zabierających publice telefony, żeby… nagrać się na nie czy zrobić pamiątkową fotkę (piękna sprawa). Hip Hop Kemp, pomimo jego imponującego stażu wiekowego, jest wciąż bardzo kameralnym wydarzeniem.

Pierwszy dzień co prawda lekko krztuśny, a to ze względu na występ Tego Typa Mesa z livebandem. A może raczej Tego Typa Moza? To świetny pomysł, żeby zabrać w trasę nową płytę, swoje największe przeboje oraz Kingę Miśkiewicz i Holaka, a nawet — jak na „komentatora rzeczywistości” przystało — nawiązać do Twin Peaks w „Czy ty to ty”. Ale pyskówka do widzów i sarkastyczne komentarze trochę zepsuły klimat koncertu. Duży kontrast w porównaniu z Rejjiem Snowem, który nie zawiódł i zadbał o przeniesienie swobodnej atmosfery swoich krążków na grunt koncertowy, polewając przy tym napoje widzom i zapraszając na scenę randomowego ziomka z Australii (trzeba było pomóc rapować). Najlepszym występem tego dnia był zdecydowanie Masego. Jego TrapHouseJazz (jak określa sam zainteresowany) był raczej mieszanką funku i future bassu. Jazzu było znacznie więcej chwilę później u Czecha Pauliego Garanda w Radio Spin Hangarze, zwanym też — słusznie zresztą — sauną. Jednak to energia i tak zwana „osobowość sceniczna” Masego doprawione szczyptą altowego saksofonu (momentami słabo słyszalnego, ale jednak) i hiciorem „Send Yo Rita” (opartym na samplu „Señority” Justina Timberlake’a) dały wybuchową, rozgrzewającą mieszankę, zaskakującą chyba nawet dla samej publiczności.

Drugi dzień to dla mnie zdecydowanie koncerty, które nie były najważniejszymi w programie. Zaczęło się od Little Simz. Świetny kontakt z publicznością, anegdotki i ogromna żywiołowość, nawet mimo dość skromnej frekwencji pod sceną. Wciąż jednak czekam na tak wyraźne kawałki w repertuarze jak choćby „Picture Perfect” czy „Dead Body”. Jeszcze lepiej wypadli kempowi weterani z Kontrafaktu. Oczywiście, to koncert z serii „złote przeboje” — bez bisów, bo sam był jednym długim bisem (z obowiązkowym, ulubionym przez Polaków, „JBMNT”; ale i z wieloma innymi, nazwijmy rzecz po imieniu — bangerami). W porównaniu z takimi Jedi Mind Tricks było o wiele więcej mocy. Rytmus udowodnił, że jego pozycja na czesko-słowackiej scenie hip-hopowej nie jest bezpodstawna; i ja za rok równie chętnie obejrzę powtórkę, choć rozumiem, że po kilku-kilkunastu latach może nudzić. Największy banger to jednak Quebonafide, który dał niesamowicie energetyczny występ, okrążając z zachwyconą widownią cały świat w jedną godzinę. Możecie mieć swoje zarzuty do Quebo, ale jego zaangażowanie i swego rodzaju teatralność wygrały wszystko, nawet jeżeli „nie zagrał Euforii, buuuu”.

Mimo bardzo dziwnego „be right back” w połowie koncertu Kool G Rapa (koncert dość osobliwy — dj rapera wypadł lepiej od samego rapera; hiciory od House of Pain i Tribe Called Quest znacznie bardziej rozgrzały publikę) i poprawnego Mos Defa (samo zastępstwo za Commona raczej nikogo nie uraziło — może prócz tych, którzy na Kempa nie pojechali — niemiecki out4fame spotkała zresztą dokładnie ta sama sytuacja), trzeci dzień był bardzo dobry. Na uznanie zasługuje oczywiście Grammatik. Eldoka i Jotuze do spółki z Noonem dali wspaniały wspominkowy koncert, który można by w skrócie nazwać „Grammatik gra Światła Miasta”. Atmosfera była tak podniosła i wzruszająca, że nawet konferansjerzy z Czech, zwykle obojętni albo nawet lekko ironizujący o polskich występach, krzyczeli po koncercie w tłum „zróbcie halas” (jeszcze raz: HALAS). Dla mnie największym highlightem, zarówno tego dnia, jak i całego festiwalu, był najbardziej dopracowany wizualnie, ale też najmniej kempowy Alltta. Kawałki z tegorocznego „The Upper Hand” w domu brzmią jak rapowa wersja Ratatat (czyt. bez szału), ale koncertowo to petarda. Obłędne biciwa od 20syla: chiptunesy, french touch, funk, nawet odrobina PC Music w towarzystwie doskonałej nawijki Mr. J. Medeirosa stworzyły razem niesamowity show, w wyniku którego cała sala dała się porwać do ekstatycznego tańca. Arturze Rojku, chyba wiesz, co masz robić. — MajaDan

Na Hip Hop Kemp przyjeżdża się głównie dla dwóch rzeczy — świetnej muzyki i niepowtarzalnego klimatu. Dla klimatu, na który składają się przyjaźnie nastawieni ludzie i lecący zewsząd rap. Wiadomo, dodatkowy urok nadają temu miejscu takie detale jak wypady nad jezioro, Kaufland czy dostępne w Czechach różnorodne specyfiki. W tym roku, mimo licznych narzekań uczestników, klimat był, i to naprawdę niezwykły. Co do muzyki, trudno zatrzeć złe wrażenie, jakie wywarł na fanów tegoroczny line-up. Oliwy do ognia dolał fakt odwołania Commona na krótko przed występem, ale trzeba przyznać, że organizatorzy spisali się na medal, błyskawicznie zastępując go Yasiinem Beyem. Bezbolesna zamiana, no chyba że ktoś gnał do Hradca specjalnie na Commona… wtedy to inna sprawa.

Masego, Oddisee czy Kool G Rap, nie ma co narzekać na ilość i różnorodność artystów z zagranicy. Faktycznie było w czym wybierać, bo oferta i spora, i różnorodna. Mimo to na wielu z tych koncertów czegoś zabrakło. W przypadku Kool G Rapa występ bardziej rozkręcił sam DJ. Wielkich rzeczy spodziewano się również po Yasiinie Beyu, tymczasem to, co działo się przed jego koncertem na scenie głównej całkowicie przyćmiło występ headlinera. Trzeba przyznać, że nieoczekiwanie ten dzień należał do Alltty! 20syl oraz Mr. J. Medeiros zrobili chyba najlepsze show tej edycji. Zgadzam się, że ich styl odbiega od samego Kempa, a szczególnie od artystów, którzy grali ostatniego dnia, bo już bliżej im do Masego. Przynajmniej była jakaś okazja, żeby się poruszać przed dosyć statycznym Beyem. Tegorocznym wygranym, jeśli chodzi o zagraniczne gwiazdy, jest dla mnie Rejjie Snow. Nie dość, że był szczerze zachwycony możliwością grania przed kempową publicznością, to dał znakomity koncert. Irlandczyk zawsze zaskakiwał różnorodnością w swojej twórczości, bo jeśli przyrówna się klimat singlów „1992” i „Flexin”, to można zacząć się zastanawiać, czy to oby ta sama osoba. Nieco obawiałam się, jak owa stylistyczna różnorodność przełoży się na koncertowe flow rapera, ale bez problemu przechodził od wolnych bitów po energiczne, a nawet nowoszkolne brzmienia.

Mimo że na mainie dominowali artyści zagraniczni, a na terenie Kempa proporcje Polacy-Czesi były raczej równomierne, to dla mnie Kemp muzycznie został zdominowany przez Polaków. O taki Kemp walczyliśmy? Być może, ciężko zaprzeczyć, że w tym roku polscy artyści zaskoczyli naprawdę pozytywnie.

Zaczęło się od QueQuality showcase. Quebo jak mało kto stawia na „młodziaków”, także mieliśmy okazję usłyszeć, jak brzmi załoga z jego wytwórni. Bokun, VBS, Emes i Kartky, a na koniec PlanBe udowodnili, że warto było do Hradca przyjechać dzień wcześniej. „Jak koncerty, to z rozmachem” — tak chyba obecnie brzmi dewiza Tego Typa Mesa, która przyświeca mu przy organizowaniu koncertów. Cały zespół z Holakiem, Kinga Miśkiewicz, Stasiak no i sam Mes, występami na żywo tylko potwierdza to, iż forma się go trzyma. Poza tym, że zaliczył mocny progres w rapie, progres zaliczył także jego wokal (ale żeby od razu Anthony Kiedis…). Akcja ze zdenerwowanym na fana Piotrem była równie dziwna co śmieszna, ale Artyście takie rzeczy się wybacza. W zupełnie innym klimacie odbył się występ naczelnego podróżnika polskiego hip-hopu, Quebonafide. Ten koncert można streścić w kilku słowach: pozytywna energia, pozytywny Quebo, skacząca publika i „Madagaskar”. Nieco później na scenie zawitał najmocniejszy obecnie jeden z mocniejszych polskich składów, czyli PRO8L3M. Oskar i Steez w Hradcu zagrali koncert prezentujący przekrojowo dotychczasowy dorobek duetu. Jak było? Jeśli ktoś kiedykolwiek był na show tych dwóch panów to chyba nie ma wątpliwości, że ten dzień należał do nich. Najpierw czarowali publikę takimi numerami jak „Księżycowy krok”, by za chwilę pobudzić słuchaczy mocnym uderzeniem, czyli „VHS” czy „Molly”. Magia!

Mój pierwszy Kemp i pierwszy koncert @pro8l3m

Post udostępniony przez Paulina Lubowiecka (@polazofia)

Z kolei Grammatik zabrał swoich słuchaczy w niezwykłą wspominkowo-muzyczną podróż. W tym wypadku sama atmosfera okazała się ważniejsza od tego, w jakiej formie są Eldo i Jotuze. Dawno nie byłam na tak poruszającym, sentymentalnym koncercie. Co prawda miałam okazję zobaczyć całą trójkę na tegorocznym Openerze, ale to właśnie Kemp był dla nich lepszym miejscem na powrót. Miejmy nadzieję, że Grammatika będzie można jeszcze gdzieś zobaczyć. Tegoroczny Festiwal z Atmosferą zakończyłam w hangarze na koncercie Małpy i Mielzkiego. Mimo ogromnej sympatii do obydwu raperów, Rottenberg zdecydowanie nie należy do zapętlanych przeze mnie płyt. Panowie chyba sami wyczuli, że nie jest to typowo kempowy materiał, urozmaicając go co i rusz wrzutkami z solowych dokonań. Backspin pękał w szwach, ale co tam, dla tak dobrego koncertu można było się przemęczyć, bo Małpa i Mielzky doskonale zamknęli występy tegorocznej reprezentacji polskiej na Kempie. — Polazofia

Nowy teledysk: Quebonafide feat. Klaudia Szafrańska „Candy”

Quebonafide podzielił się z nami nowym teledyskiem pochodzącym z Dla fanek Euforii, czyli EP załączonej jako dodatek dla żeńskiej części słuchaczy wydanego w czerwcu albumu Egzotyka. O ile w kwestiach muzycznych dotyczących twórczości rapera jak zwykle zdania są podzielone, to należy zgodnie przyznać, że oprawa wizualna utworów od Quebo to czołówka na naszej scenie. Nie inaczej jest i tym razem, kiedy na ekranie widzimy historię zakochanej pary w dosłownie różowym kolorze. Odpowiadają wam takie słodkości?

#FridayRoundup: SZA, London Grammar, Chuck Berry, Quebonafide i inni

FridayRoundUp with Tinashe and schafter

Jak co tydzień w piątek dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych tygodnia.


Ctrl

SZA

Top Dawg

Nie mieli lekkiego życia ci, którzy wyczekiwali pełnoprawnego długograja SZA. Wielokrotne zapowiedzi, krążące po sieci już od zeszłego roku, okazywały się w większości czczymi słowami. Ostateczny termin wydania CTRL przesunął się z lutego na czerwiec, a fani dostali na pocieszenie wizualno-muzyczny kolaż wyjaśniający „Where the hell have you been” i trzy bardzo obiecujące – ale wciąż tylko — single. Liczba gości nie jest wprawdzie tak imponująca, jak można było wnioskować z zapowiedzi, jednak wszystko wskazuje na to, że w ciągu trzech lat od wydania ostatniej epki wokalistka nie próżnowała. — MajaDan


Truth Is a Beautiful Thing

London Grammar

Metal & Dust

Trójka młodych Brytyjczyków z zespołu London Grammar powraca, by zmierzyć się z nie łatwym tematem, jakim jest wydanie drugiego albumu. Pierwsze single nie zapowiadają zbytniej rewolucji w brzmieniu i nadal są to świetnie zaaranżowane utwory krążące wokół downtempo oraz ambitnego popu, za które świat pokochał ich po wydaniu rewelacyjnego debiutanckiego krążka If You Wait. Wszystkie utwory na nowy album tak jak poprzednio napisali sami, a producenckie szlify zapewnili im tacy ludzie jak Paul Epworth (Adele, Florence & The Machine), Greg Kurstin (Sia), Jon Hopkins oraz Tim Bran i Roy Kerr. Zapowiada się więc kolejna dźwiękowa uczta, zaserwowana przez niezwykle wrażliwych i zdolnych muzyków. — efdote


Egzotyka

Quebonafide

QueQuality

Wydanie drugiego studyjnego albumu Quebonafide to bez wątpienia duże wydarzenie, niekoniecznie jedynie muzycznie. Krążkowi towarzyszyła dobrze zaplanowana akcja promocyjna — od znakomicie zrealizowanych teledysków, po „Przygody Wesołego Hypemana” z różnych części świata. Na pewno Egzotyce nie można odmówić rozmachu, każdy kawałek to oddzielna historia. Na płycie znajdziemy między innymi refleksyjne utwory takie jak „Zorza” czy „Bollywood”, mocno boombapowe akcenty w postaci „To nie jest hip-hop” z KRS-Onem oraz piosenki, takie jak „Madagaskar”, które skutecznie rozpalają publikę każdego koncertu Quebo. Mimo dużej różnorodności, płyta zachowuje charakter koncept albumu, którego głównym tematem są podróże. Pozwoliły one spojrzeć raperowi z innej strony zarówno na odwiedzane kraje, ich kulturę, historię oraz społeczeństwo, jak i w głąb siebie. — Polazofia


Known Unknowns

Billy Woods

Backwoodz Studioz

Nie będzie to z pewnością łatwy w odbiorze krążek. Nowojorczyk Billy Woods należy raczej do grona raperów, których teksty mają w sobie potężną dawkę brudu i jeszcze więcej ukrytych znaczeń. Nie bez powodu artysta bardzo dobrze rozumie się z Aesop Rockiem, który nie dość, że rzucił mistrzowską zwrotkę w singlowym „Wonderfull”. Większością warstwy muzycznej zajął się dobry znajomy obydwu wymienionych tu nawijaczy, czyli Blockhead, który wnieść ma do tego albumu ponoć trochę melodii. Warto więc chyba zapoznać się z nieznanym. — efdote


Chuck

Chuck Berry

Dualtone

Po tym jak zmarły przed dwoma miesiącami prekursor rock & rolla został uhonorowany właśnie pierwszym w jego trwającej ponad 60 lat karierze oficjalnym teledyskiem, przyszedł czas na ostatni w jego karierze krążek, wydany już niestety pośmiertnie. Chuck został ukończony na krótko przed śmiercią artysty, a krążek wspólnymi siłami wydali Dualtone i Decca. To pierwszy album Berry’ego składający się głównie z premierowego materiału od 1979 roku. — Kurtek


A Rift in Decorum: Live at the Village Vanguard

Ambrose Akinmusire

Blue Note

Jeśli macie wątpliwości co do kondycji i prawdziwości współczesnego jazzu, powinniście posłuchać 35-letniego amerykańskiego trębacza Ambrose’a Akinmusire’a. Jest po temu akurat sposobność, bo muzyk wydał właśnie wyrafinowany dwupłytowy koncertowy album A Rift in Decorum: Live at the Village Vanguard nagrany wspólnie z jego kwartetem. Na krążek nawiązujący miejscem, w którym dokonano nagrania — nowojorskiego Greenwich Village, do bogatej historii muzyki jazzowej złożyło się 18 premierowych kompozycji autorstwa Akinmusire’a, w których kunsztownie dialoguje z dawnymi mistrzami. — Kurtek