taco hemingway

Recenzja: Otsochodzi Nowy Kolor

Otsochodzi

Nowy Kolor (2017)

Asfalt Records

Otsochodzi skrupulatnie, małymi krokami przygotowywał słuchaczy na wypuszczenie najnowszego albumu. Od Slamu wyraźnie poszerzył swoje zainteresowania muzyczne, czego skutkiem było szukanie inspiracji w nowej szkole i alternatywnych brzmieniach. Tym samym, musiał stanąć twarzą w twarz z czynionymi niegdyś zarzutami wobec nowofalowców. Trudno jednak nazwać to konfrontacją z samym sobą, bo mimo wszystko proces zmiany stylu przebiegł u niego dosyć płynnie. Po wydaniu drugiego albumu skakał z kwiatka na kwiatek — a to mogliśmy usłyszeć go na bicie Flirtini, a to u Włodiego, innym razem zwrotką zasilił numer Sonara. Ta muzyczna wszechstronność doprowadziła do wydania Nowego Koloru, kontrowersyjnego materiału, którego głównym tematem jest właśnie owa tytułowa „nowość”.

Zostawiane gdzieniegdzie poszlaki dotyczące tego, jak brzmieć będzie trzeci już album Otsochodzi okazały się niewystarczające. Janek sam trafnie przewidział, jakie poruszenie wywoła krążek. Chyba większość fanów Slamu czy 7 mogła podczas odsłuchu zadać sobie pytanie: „Serio? Serio? W takim kierunku idzie ta płyta?”. Album ten najwyraźniej nie był docelowo skierowany do pewnej stałej grupy fanów, którą zyskał sobie staroszkolnymi brzmieniami. Nowy Kolor rzeczywiście otwiera inny już rozdział kariery rapera. Zaryzykował utratą jednego grona, ale na pewno zaskarbił sobie zupełnie nową, szerszą grupę słuchaczy. Pytanie, na jak długo i czy pozostanie ona przy nim, gdy sięgnie po inny styl? „Chcę szybszego tempa, pozytywnych emocji. Dlatego powstał Nowy Kolor. Zabawa konwencją, odejście od ciężkiego stylu – pozostając przy tym nadal starym Jankiem.”. Zabawę faktycznie widać w wielu aspektach. Chociażby w samym doborze materiału na płytę. W tym przypadku jednak bliżej jej do chaosu. Nie wszyscy młodzi Asfaltu muszą robić od razu materiał koncepcyjny z fabułą i tacohemingwayowską narracją, ale słuchając Nowego Koloru można się pogubić. Brak spójności to między innymi duża różnorodność podkładów. Kilka kawałków brzmi dosyć podobnie. Są jednak momenty, które mogą zdziwić nawet największych przeciwników monotonności. Kiedy po przebojowym singlu „Nowy Kolor” dostajemy numer ze śpiewnym, wprawiającym w zakłopotanie „Jeżeli słuchasz, ułou”, możemy czuć się lekko zakłopotani. Z drugiej strony, dzięki tej niespójności w pakiecie otrzymujemy zarówno takie single jak „Nie, nie”, jak i ciekawe „Bez ‘00”. Ukoronowaniem płyty jest słusznie dodany w ostatniej chwili numer „Szacunek za klasyk”, którego pierwotnie miało nie być na krążku.

Różnorodność to wynik współpracy z szerokim, choć dobrze wyselekcjonowanym gronem producentów. Z jednej strony mamy podbijających rapową scenę 2K czy Michała Graczyka, z drugiej strony Ostrego czy SoSpecial. Doskonale spisał się ENZU — autor świeżo brzmiącego „Nienawidzą” oraz „SumieNIA”. Ten drugi numer przełamuje typowo rapową konwencję i jest swoistym oddechem, spuszczeniem z tonu po „Bzie ’00” i przed trapowym „Szarym Uśmiechem”. Z każdym kawałkiem Otsochodzi konsekwentnie buduje swój styl. Inspiracje Lil Uzi Vertem potrafi przekuć we własne flow i pokazać, że daleko mu do monotonności. W tym „nowym kolorze” muszą odnaleźć się również goście. Zaproszenie byłych członków Molesty, Ostrego czy Pezeta to nie wynik chęci „rekompensaty” słuchaczom niedoboru klimatu lat dziewięćdziesiątych, lecz próba wciągnięcia zaproszonych raperów do wspomnianego „nowego koloru”.

Kluczem interpretacyjnym narzuconym przez Otsochodzi ma być traktowanie albumu jako „zabawy i odejścia od ciężkiej konwencji”. Objawia się to przede wszystkim w tekstach. Tyle że nawet postrzegając krążek z takiej perspektywy, obok warstwy lirycznej albo przechodzi się obojętnie, albo powoduje ona spore niestrawności. Nie sposób przełknąć takiego fragmentu jak: „Facepalm, facepalm, facepalm, o ja”. Niestety takich cytatów można przytoczyć więcej, a psują one smak całości. Janek nigdy nie był mocny tekstowo, bo trudno byłoby znaleźć wyróżniające się lirycznie numery na Slamie czy na 7, ale najnowszy materiał szczególnie to uwydatnił.

Nowy Kolor jest albumem pięknie opakowanym: w bity, w doskonały dobór gości i w umiejętności młodego rapera. Barwne opakowanie nie kryje jednak zbyt wiele w środku. Nie chodzi tu jedynie o tak pożądany przez konserwatywnych słuchaczy przekaz, bo nie każdy raper musi być Łoną, ale trudno byłoby wskazać, co kryje się pod tą hedonistyczną wizją płynącą z tekstów. Czegoś tu zabrakło – jakiejkolwiek idei, pomysłu, poza autotematyzmem. Tym samym Janek wpisuje się w schemat popularny wśród współczesnych raperów. Tematyka i cała otoczka płyty sprzyja niekoniecznie przekazaniu jakichś treści, a raczej skupieniu się na sobie. To skupienie się na sobie nie łączy się z głębokimi autorefleksjami, a możliwością wykreowania swojego stylu i tego, jak postrzegać rapera będą odbiorcy. 7 słuchacze zapamiętali jako szczery album na leniwe wieczory, Slam jako skuteczne wskrzeszenie starej szkoły, a Nowy Kolor? „Mów jak chcesz byle byś kojarzył styl”.

Nowy teledysk: Otsochodzi feat. Taco Hemingway „Nowy kolor”

Kolejny polski raper coraz śmielej patrzy w stronę nowej fali barwnych raperów ze Stanów. Otsochodzi zaprezentował nam właśnie swój pierwszy utwór „Nowy kolor” z zapowiadanej na październik płyty o tym samym tytule. Obraz nakręcony w iście amerykańskim stylu, kolorowy w pełnej przepychu, ogromnej willi. Nie to jednak jest największym zaskoczeniem. O ile Taco zdążył już dwa tygodnie temu pokazać nam swoją odświeżoną odsłonę, tak młodego Jana słyszymy w niej po raz pierwszy. Zmiana znanego dotąd z raczej klasycznego podejścia do tworzenia muzyki rapera wywołała duży podział wśród jego fanów. A wy, po której stronie jesteście? Sprawdźcie klip i dajcie znać.

Recenzja: Taco Hemingway Szprycer

Taco Hemingway

Szprycer (2017)

Asfalt Records

Lakoniczna zapowiedź po udanym koncercie na tegorocznym Openerze i mural na jednej z warszawskich kamienic – tyle wystarczyło, aby wszyscy wstrzymali oddech trzydziestego lipca, czyli w dniu premiery epki Szprycer. Jak zwykle Taco wrzucił cały materiał do sieci, udowadniając, że nadal chce, aby fani znali teksty, „jak się zna kolędy”. Oczekiwania były wielkie, bo nikt raczej nie wyobraża sobie, aby raper mógł wypaść z rozpędzonej karuzeli swojej kariery.

Chyba najczęściej pojawiającym się słowem towarzyszącym pytaniom o nową epkę było „znowu”. Znowu będzie to soundtrack na lato? Znowu będzie o Warszawie? A może znowu o pokoleniu, które „zgubiło miłość na melanżu razem z telefonem”? Wydaje się jednak, że Szprycer wszystkie te obawy rozwiewa. Co prawda zawiera w sobie zarówno zadatki na „letniaki”, a przez piosenki przewijają się nazwy modnych warszawskich miejsc, ale niełatwo wskazać jakiś jeden trop, aby trafnie określić całość epki. Materiał jest bardzo zróżnicowany i zaskakujący, nawet dla najbardziej zagorzałych fanów Taco. Kto by pomyślał, że będziemy mieli okazję usłyszeć go na autotunie czy śpiewającego? Wyobrażała sobie to chyba raczej nieliczna grupa miłośników, bo Szprycer podzielił fanów muzyka, pozostawiając u wielu z nich gorzki posmak zamiast oczekiwanej ekscytacji.

Epka zaczyna się bardzo dobrze, bo „Nostalgia” to być może jedyna piosenka, która mogłaby stać się przebojem. Mimo to do zeszłorocznego „Deszczu na betonie” jest jej daleko. „Nostalgii” słucha się dobrze — chociaż pojawia się autotune, pasuje do klimatu kawałka. Bity i śpiewny refren robią swoje, do tego teledysk, a w roli głównej sam Taco — trzy miliony wyświetleń na Youtubie w tydzień nie dziwią. Już po pierwszej piosence można stwierdzić, że raper jest na bieżąco z trendami nowej szkoły i z tym, co dzieje się za oceanem. Słychać, że inspiracją była wypadkowa z ViewsMore Life Drake’a. O tym, że Hemingway lubi rapera z Toronto wszyscy wiedzą. Mało kto jednak spodziewał się, że kiedykolwiek usłyszymy u Taco elementy charakterystyczne dla składów z Atlanty. „Skrrt skrrt” w wykonaniu Filipa faktycznie może wywołać zakłopotanie czy może nawet zażenowanie. Technicznie nie zawsze daje sobie radę z flow. Nie można mu zarzucić wyczucia rytmu, nie zdarza mu się wypaść z bitu. Mimo to jego flow nigdy nie było wyjątkowo elastyczne, kiedy więc słyszymy wyraźnie artykułującego każdą sylabę Filipa i trapowe bity, trudno do takiego połączenia przywyknąć.

Chociaż Taco na epce zaliczył kilka potknięć, trudno wytknąć je Rumakowi. W przeciwieństwie do Filipa on zmianę stylistyki przeszedł raczej zgrabnie i bezboleśnie. Poza Rumakiem produkcją zajęli się także Zeppy Zepp, znany z zeszłorocznego Wosku Borucci, oraz Duit. Na wyróżnienie zasługuje jednak Zepp, spod którego rąk wyszło „Chodź” — jednym może kojarzyć się z „Papierosami” Borixona, innym z „Portland” Drake’a. Poza „Nostalgią” najciekawszym utworem wyprodukowanym przez Rumaka jest „35”, które naprawdę przyprawia o dreszcze. Nie zdziwiłoby mnie usłyszenie charakterystycznego traviswskiego „Straight up” na początku. Mimo braku oczywistej linii melodycznej głos Taco, tekst i muzyka pasują do siebie jak w mało którym momencie epki. Taki poziom trzymają chyba tylko jeszcze tylko dwa inne kawałki: wspomniana „Nostalgia” oraz „Karimata”. Są tu też numery, których trudno wysłuchać w całości, na przykład „I.S.W.T” z nieciekawym tekstem i średnim podkładem.

Faktycznie Szprycer może być pewną niezręcznością w dyskografii Hemingwaya. Warto jednak spojrzeć na niego od innej strony, potraktować jako eksperyment. Filip sam kiedyś wspominał, że chciałby zasmakować różnych światów. Jak mu to wyszło? Być może to podróż wątpliwej jakości, ale moim zdaniem dobrze, że miała miejsce. Mieliśmy przynajmniej okazję przekonać się, że Filip jest prawdziwym artystą — wszechstronnym i odważnym, potrafiącym zaskoczyć nawet najbardziej zagorzałych fanów. A że oni tego nie doceniają, cóż, ich strata. Tymczasem Taco jest nie tylko narratorem, ale i głównym bohaterem tekstów, dzięki czemu częściowo obnaża siebie, raz nostalgicznie wspominając stare miłości, raz agresywnie wytykając hipokryzję swoim dawnym znajomym. Zdania mogą być podzielone, ale „Nostalgia” na pewno będzie nam towarzyszyć przez całe wakacje. A może jeszcze dłużej.

Taco Hemingway z nową epką

Zgodnie z Open’erową zapowiedzią, Taco Hemingway publikuje nową epkę. Oczekiwania na premierę podsycił ogromny mural przy metro Politechnika, gdzie znalazł się tytuł epki. Taki mały prezent od Fifiego, który wczoraj obchodził swoje 27. urodziny. Na epce znajdziemy dziewięć utworów, a do klimatu Szprycera wprowadzi was bardzo klimatyczny klip, gdzie Taco śmiga po deszczowej Warszawie stylowym Citroenem XM. Zaskoczeniem jest sama forma, czuć inspiracje nową falą R&B w Stanach, a sam tytuł otwierającego numeru wydaje się puszczać oko w kierunku pewnego wokalisty z Kalifornii. Jest autotune, czuć ducha Drake’a. Płytkę możecie odsłuchać tutaj albo tutaj.

Tracklista:
1. „Nostalgia”
2. „Chodź”
3. „Tlen”
4. „Głupi byt”
5. „Dele”
6. „I.S.W.T”
7. „35”
8. „Karimata (Mute)”
9. „Saldo 07”

Nowe EP Taco Hemingwaya jeszcze w tym miesiącu

Koncert Taco Hemingwaya na tegorocznym Openerze już przeszedł do historii. Żaden polski artysta grający na głównej scenie nie mógł pochwalić się tak dużą frekwencją fanów. Nawet jego starszy i bardziej doświadczony kolega z Asfaltu, Ostry,

grał na Tent Stage’u. Co prawda deszcz utrudnił nieco występ Filipa, bowiem na koniec koncertu okazało się, że laptop Rumaka jest zalany i nie może zagrać ostatniego utworu, ale publika dała radę i razem z raperem zaśpiewała „Ostatnią stację” a capella. Tuż po koncercie Hemingway opublikował na swoim profilu na Instagramie post z podziękowaniami i informacją: „w tym miesiącu nowa epka”. Ciekawe więc, czy szykuje się kolejny letniak od Taco, ponieważ zeszłe wakacje były zdecydowanie zdominowane przez „Deszcz na betonie”.

Recenzja: Taco Hemingway Marmur

Taco Hemingway

Marmur (2016)

Asfalt

„Raczej potrzebujemy tu dendrologa” — tak Nikodem skomentował wewnętrzne Soulbowlowe przepychanki, kto z redakcji powinien napisać na łamach strony kilka słów o nowym Taco. I tak sobie wtedy pomyślałem, że tym prostym stwierdzeniem doskonale ujął niezręczność, która towarzyszyła mi podczas odsłuchu Marmuru, ale nie zdążyła się jeszcze skrystalizować. Ale co zrobić, skoro ten marmur tak naprawdę to faktycznie straszne drewno.

Taco dwiema zeszłorocznymi koncepcyjnymi epkami zdążył już dołożyć swoje trzy grosze do obrazu współczesnej polskiej sceny rapowej. Gdy po premierze Trójkąta warszawskiego w zeszłe wakacje hajp na Taco Hemingwaya sięgnął szczytu Elpetrójki, raper faktycznie miał coś ciekawego do dodania. Nie był może w swoich rymach szczególnie poetyczny czy abstrakcyjny, ale miał doskonałą umiejętność obserwacji i przyzwoite narzędzia, by te obserwacje przekuć na błyskotliwe teksty z nieprzyzwoicie trafionymi puentami. To sprawiło, że na krótką chwilę wstąpił mimowolnie w rolę głosu pokolenia, które, cytując Łonę, „zgubiło miłość na melanżu razem z telefonem”. Zresztą to właśnie Łona był dla muzyki Hemingwaya, który pojawił się nagle i zupełnie znikąd, najbliższym odniesieniem. Dziś to jednak już zupełnie nieadekwatne — Łona, mimo upływu lat, wciąż pozostaje młody, rzutki i elokwentny, podczas gdy Taco sam przy każdej możliwej okazji spowiada się słuchaczom, że czuje się stary i zmęczony. I to też zresztą dwa kolejne po „niezręcznym” i „drewnianym” epitety, którymi można opisać wizytę w hotelu Marmur.

Szczerość od początku była wielkim atutem Hemingwaya. Nawet jeśli ukrywał się za kolejnymi konceptami, bez ogródek opisywał rzeczywistość, dzieląc się własnymi przemyśleniami i odczuciami. Nie trudno jednak zauważyć, że już na wydanym w połowie roku Wosku stał się w swoich tekstach bardzo egocentryczny — od zdziwienia nagłym sukcesem, przez znużenie, aż po naglące poczucie obowiązku wobec słuchaczy połączone ze zmęczeniem i brakiem weny. I z tego wątpliwej jakości budulca na kanwie obrazków z Bartona Finka braci Coen i Grand Budapest Hotel Wesa Andersona Taco ulepił swój hotel Marmur.

Obrazków dźwiękowych jest na Marmurze bardzo wiele. Uliczna poezja na przeważnie posępnych bitach Rumaka miesza się tu w dziwnych proporcjach z quasisłuchowiskowymi przerywnikami, które owszem — zamykają niemal godzinną płytę w przemyślaną ramę narracyjną, ale jednocześnie zawierają się gdzieś pomiędzy oldschoolową humorystyczną stylizacją spod znaku „Jesteśmy na wczasach” Wojciecha Młynarskiego a kanciaście nieporadnymi ścieżkami dialogowymi czyniącymi obcym i niezgrabnym nie tyle sam hotel Marmur, co cały krążek. Trudno zresztą nie odnieść przez to wrażenia, że Taco stał się więźniem własnej konceptualności — czasem tak bywa, że w pogoni za znakomitym pomysłem, który sklei wszystko w całość, traci się zmysł orientacji i wpada w pierwszą lepszą pułapkę, opacznie biorąc ją za upragniony cel. I tak oto poza serią mało wysublimowanych skeczy z hotelowego lobby Hemingway serwuje słuchaczom m.in. licealne theatrum mundi („świat jest wfem, a ja nie mam stroju”) czy technologiczne wynurzenia (paradoksalnie niehemingwayowskiego) starego człowieka („mogę sprawdzić zawsze wszystko w każdej chwili”).

Nie jest też jednak do końca tak, że nową kreacją Taco jest zmęczony życiem kapitan oczywistość — storytelling to w dalszym ciągu mocna strona rapera, zwłaszcza jeśli udaje się go połączyć z równie ekspresyjną produkcją, jak chociażby w drugiej części „Mgły” kierowanej w stronę upiornego, niemal horrorcore’owego trapu. Z kolei „Tsunami blond” uwodzi rytmiczną i rymowaną żonglerką. Hemingway jest jednak najbardziej błyskotliwy, gdy bawi się autointertekstualnością, np. inkorporując złudny refren z fenomenalnego „Mięsa” na zakończenie ospałego bangera zatytułowanego „Grubo-chude psy”. Niekwestionowanym hajlajtem krążka jest zresztą wpisujący się w tę tendencję singlowy „Deszcz na betonie” — wyprodukowany z lekkością, wyobraźnią i dbałością o detale, zwieńczony być może najbardziej przebojowym refrenem w dotychczasowym dorobku Taco, inteligentnie, a nawet odrobinę przewrotnie (czego zresztą niestety brakuje większości utworom na krążku) przepisany w nowy kontekst, dzięki czemu z niezobowiązującego prologu przemienia się w błyskotliwy epilog — klucz do całej przedstawionej na płycie historii.

Nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że za Marmurem stał całkiem sensowny pomysł, w którym z uwagi na goniące terminy, poczucie obowiązku wobec słuchaczy i siebie samego (by nie wytracić do końca resztek niespotykanego na tę skalę nad Wisłą pędu), a co za tym idzie narastające zmęczenie Taco nie potrafił wykuć longplaya dorastającego do jego ambicji i dorównującego kunsztem błyskotliwej parze zeszłorocznych epek. Zakończenie tej historii jest jednak otwarte, obiecujący prolog przemienił się w dający nadzieję na nowe otwarcie epilog. Może paradoksalnie remedium na tę marmurową posuchę byłaby faktyczna wizyta w dziwacznie zdystansowanym do współczesnego świata położonym na krańcu świata marmurowym sanatorium — tym razem niekoniecznie zwieńczona koncepcyjnym longplayem.

Nowy album: Taco Hemingway Marmur

Raper Taco Hemingway, serią swoich znakomicie przyjętych mini albumów, już od dłuższego czasu przygotowywał nas na nadejście długogrającego krążka, konsekwentnie podbijając serca kolejnych słuchaczy swoim niezwykle oryginalnym, dalekim od tego, co prezentuje rodzima scena podejściem do tematu. Podczas gdy wszyscy wyczekiwali w spokoju oficjalnej daty premiery, artysta, który najwyraźniej polubił zaskakiwać swoich fanów, zrobił to po raz kolejny i zupełnie znienacka udostępnił po północy album Marmur. W dodatku, ponownie tak jak wspomniane wcześniej epki, pobrać go można zupełnie za darmo z jego oficjalnej strony. Niecodzienna jest również forma wydania, gdyż mamy przed sobą wyprodukowane w całości przez Rumaka słuchowisko, opowiadające historię bohatera nazwanego SZCZEŚNIAKIEM, który zostaje zameldowany w tajemniczym, trójmiejskim hotelu Marmur. Co na niego tam czeka i jaką rolę odegra w tym wszystkim enigmatyczny, śledzący jego każdy krok brodacz? Przekonajcie się, odpalając poniższy odsłuch lub pobierając album w formie mp3. Fizyczne wydanie ukazać ma się 2 grudnia, za pośrednictwem Asfalt Records.

Taco Hemingway zaskakuje nową epką

wosk

Kto by się spodziewał. Taco Hemingway zupełnie nieoczekiwanie wczoraj wieczorem zgodnie ze swoją stałą tradycją udostępnił do pobrania za darmo nową epkę — Wosk, którą zapowiedział już poniekąd w ostatnim singlu „Deszcz na betonie” wersem „Do zobaczenia na Wosku„. „Deszczu na betonie” swoją drogą na epce nie ma — singiel promuje zapowiadany na jesień longplay Marmur. Jest za 6 nowych numerów — po trzy wyprodukowane przez Rumaka i Borucciego. Rzecz do pobrania na oficjalnej stronie Taco: tacohemingway.com. Odsłuch na Youtubie.

Nowy teledysk: Taco Hemingway „Deszcz na betonie”

taco

„Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji” — wyznaje wszem wobec Taco Hemingway w nowym singlu „Deszcz na betonie”. Nie chce odcinać kuponów, ale jednak trochę chce, zdradza w zwrotce. I to w sumie trochę prawda w kontekście nowego nagrania — to nie zarzut — mówiąc o tym otwarcie, Taco doskonale odpędza potencjalną krytykę, że sprzedał się i skończył. Być może trochę brakuje tu przewrotności i wnikliwości wcześniejszych numerów z jego katalogu. W zamian — przyjemna zachowawczość i być może odrobinę zbyt ostentacyjne odcinanie kuponów, ale wszystko nadal inteligentnie, przebojowo i w dobrym guście. Produkcją naturalnie zajął się Rumak. Płyta ponoć jesienią i najpewniej także na winylu [via „do zobaczenia na wosku”].

Tau, Kali oraz Taco Hemingway na Mazury Hip-Hop Festiwal 2016!

mhhf
No i mamy kolejne trzy ogłoszenia na mazurski festiwal w twierdzy Boyen w dniach 21-23 lipca. Do wykonawców dopisujemy właśnie raperów z trzech różnych światów. Tau, Kali oraz Taco Hemingway jako kolejni headlinerzy rozgrzeją publikę w Giżycku. Zobaczcie zresztą sami jak we własnym imieniu zapraszają na ten event. Swoją drogą lista artystów wygląda naprawdę tłusto.

Nowy utwór: Małe Miasta feat. Taco Hemingway „Postaranie”

12039545_450664361793705_7724161009534441639_n
O tym, że Taco Hemingway jest jednym z gości na płycie KOŃ mówiliśmy już wcześniej. Jesteście ciekawi jaki jest efekt współpracy autora Umowy o DziełoMałymi Miastami? Nie musicie czekać do premiery płyty — singiel wypuszczamy już dziś! Sam Mateusz Holak o utworze mówi tak:

Ta piosenka to ukłon i rozwinięcie myśli Pono: „Przegrasz, bo za bardzo chcesz wygrać”. Chcieliśmy napisać o tym, czego nie da się zaplanować. O czym jest zwrotka Taco – nie wiem.”

Nic dodać, nic ująć, KOŃ!

Poznaliśmy pełen line-up festiwalu Up To Date!

uptodatefestival

Już za miesiąc Białostocki Up To Date Festival! Dziś ogłoszono ostatnich artystów, dzięki czemu znamy cały line-up. Do dotychczas ogłoszonych artystów dołączają:

Scena Beats:
GZA (Wu-Tang Clan)
The Panacea
Taco Hemingway
Kenobit
Du:It
Mortem
Polish Juke Showcase

Scena Technosoul:
SNTS
O/H (Rich Oddie of ORPHX + Dave Foster of Huren/Teste)
Echoplex pres. Neuroband Live
Rookas
Olivia
Piotr Klejment & Gem
Essence
DTEKK

Centralny salon ambientu:
Rapoon
Netherworld

Komplet artystów, którzy w tym roku pojawią się w Białymstoku, znajdziecie pod tym linkiem. Bilety do zakupienia są w sieciach sklepów Empik, Media Markt, Saturn, Media Expert, czy też online: Biletomat.pl, Goingapp.pl lub Eventim

Koncert Taco Hemingwaya z tegorocznego Opener’a w sieci!

tacotacoWszystkiego najlepszego Fifi! Agencja Alter Art zrobiła prezent nie tylko Taco, ale i nam — zapis całego koncertu, który przyciągnął tłumy, już teraz w porządnej jakości możecie obejrzeć w serwisie YouTube. Przekrój obu EPek został wykonany w trakcie trzeciego dnia na Alter Stage. Dla wszystkich, którzy nie mogli się tam pojawić, bardzo proszę.

Recenzja: Taco Hemingway Umowa o dzieło

0004FIKKHW6420S1-C122

Taco Hemingway

Umowa o dzieło (2015)

Taco Hemingway to gość urodzony w Egipcie, czujący jak nikt klimat warszawskich studentów na gandzi, których hobby zawęża się do mieszania alkaloidów z etanolem. W 2013 roku nikt o nim nie słyszał, a dziś już ma w CV występ na Open’erze i nazywają go hipsterskim PRO8L3M’em. Głównym powodem tego rosnącego fejmu jest sukces konceptualnej EP-ki Trójkąt warszawski. Po raz kolejny potwierdziło się, że jedyną możliwością przebicia się do świadomości słuchaczy w Polsce, jest nagranie albumu w języku polskim, gdyż anglojęzyczny debiut Filipa Szcześniaka YOUNG HEMS, pozostał praktycznie niezauważony.

Umowa o dzieło nie ma już spójnego konceptu jak poprzedni projekt. Mimo wszystko cały czas znajdujemy się w stolicy, gdzie zapach szlugów i kalafiorów miesza się z alkoholowym odorem, a kwiat polskiej młodzieży żyje według motta „za hajs matki baluj”. W tych klimatach Taco odnajduje się znakomicie. Poniekąd sam należy do tej hedonistycznej ciżby, która formuje imprezowy krajobraz warszawskiej wannabe bohemy. Umowa o dzieło to młodzieńcze mrzonki o bogactwie („6 zer”), skacowane tripy metrem („Następna stacja”), skrzynki pełne zawiadomień („Awizo”), żywieniowo-lifestyle’owe paradoksy („Białkoholicy”) oraz meandry taniego podrywu („A mówiłem ci”).

Filip nie jest jakimś wybitnym emce, a o jego skillsach nie napisałoby się elaboratu. Siła jego przekazu tkwi w czym innym. To atmosfera, którą tworzy. Obecnie ciężko znaleźć mi rapera, który z taką jaskrawością przedstawiłby wielkomiejskie życie generacji Y. Wierzę, że dwie EP-ki to dopiero rozgrzewka, a z czasem dostaniemy materiał od w pełni uformowanego artysty. Smutno byłoby, gdyby tak ciekawa postać stała się jedynie sezonową ciekawostką. Może rzeczywiście ludzie chcieliby trochę „lepszej techniki, przyśpieszeń, hasztagów i więcej impetu” – szczególnie tego pierwszego i ostatniego. Jednak tylko wtedy, gdy styl rezydenta „+4822” nie zostanie zniekształcony. To co Taco, przy następnym wydawnictwie możemy zawrzeć umowę o opus magnum?