the james hunter six

#FridayRoundup: José James, The James Hunter Six, Pro8l3m i inni

#FridayRoundup

Jak co tydzień w cyklu #FridayRoundup dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Tym razem nowe wydawnictwa zapewnili nam m.in. José James, The James Hunter Six, Pro8l3m, Jhené Aiko, Swamp Dogg, Tricky, Alfa Mist czy Meghan Thee Stallion. Wszystko na plejliście na dole strony.


#FridayRoundup

No Beginning No End 2

José James

Rainbow Blonde

No Beginning No End, czyli czwarty studyjny album José Jamesa ukazał się w 2013 roku, na stałe ugruntowując pozycję muzyka jako jednego z czołowych przedstawicieli brzmień oscylujących gdzieś pomiędzy R&B, jazzem, soulem i funkiem. W międzyczasie pojawił się krążek Lean On Me, który był hołdem dla legendarnego Billa Withersa. Tym razem, James powraca z materiałem bezpośrednio nawiązującym do wydawnictwa z 2013 roku. No Beginning No End 2, poza kwestiami muzycznymi, różni się labelem. Jak dotąd, José wydawał w Blue Note, w końcu udało mu się założyć własne wydawnictwo — Rainbow Blonde Records. Kolejna różnica to znacznie liczniejsi goście. Na sequelu usłyszymy między innymi Aloe Blacca w świetnym singlu „Turn Me Up”, Lizz Wright, Ledisi czy Christian Scott aTunde Adjuah. Jego najnowsza płyta to ponownie miks wszystkich tych brzmień, które bliskie są czytelnikom soulbowl.pl. Tym razem w nagraniu towarzyszyła mu sekcja rytmiczna, co czyni materiał jeszcze przyjemniejszym w odsłuchu. — Polazofia


#FridayRoundup

Nick of Time

The James Hunter Six

Daptone

Wydane przed dwoma laty Whatever It Takes The James Hunter Six doczekało się wreszcoe płytowego następcy! Premierę krążka Nick of Time wydanego przez Daptone Records odroczono co prawda o tydzień, ale udało się go wreszcie dostarczyć słuchaczom. Wydawca zapewnia, że materiał brzmi, jak zaginione perełki z katalogu Burta Bacharacha i chyba coś w tym jest — przynajmniej po odsłuchu trzech zaprezentowanych na przestrzeni ostatnich miesięcy zwiastunów płyty. Mimo wszystko nastawiałbym się bardziej na porcję klasycznego Daptone’owego R&B, w którym pobrzmieniwa tęsknota za Motown, południowym soulem oraz echa blue eyed soulu bez wygórowanych oczekiwań względem szeroko rozumianej przebojowości. — Kurtek


#FridayRoundup

Art Brut 2

Pro8l3m

2020

Zapowiedź powrotu Pro8l3mu do Artbrutowej formuły postawiła na nogi całe rzesze fanów polskiego rapu. Sequel do mixtape’u sprzed 6 lat, który opierał się w całości o sample z polskiej muzyki lat 70 i 80 (przede wszystkim synthpopowe) wydawał się nie tylko ekscytujący, ale wręcz potrzebny. Z jednej strony bowiem przez kilka ostatnich lat nastąpiła istna eksplozja popkulturowej retromanii, zauważalna zarówno w mainstreamie masowo powracającym do patentów z lat 90, jak i w coraz bardziej wychodzących z niszy estetykach synthwave’owych i vaporwaveowych. W Polsce zaś fascynacja ta, za sprawą m.in. działalności Olgi Drendy, postać przede wszystkim fascynacji duchologią w rodzimym wydaniu. Z drugiej natomiast sam Pro8l3m również potrzebował odświeżenia, bo od jakiegoś czasu leciał już na autopilocie, a tak świeże niegdyś odpryski (ponownie) nostalgii, tym razem spod znaku najntisowej elektroniki, w pewnym momencie również stały się już kliszą (tudzież kasetą), której ponowna kalka, choć zawsze dawała efekt przynajmniej rzemieślniczo przyzwoity, przestała fascynować. Potencjał był zatem ogromny, jednak w ostatecznym rozrachunku całość wypada… zachowawczo. Steez produkcyjnie, jak nigdy wcześniej, uderza w synthwave’ową (czasem wręcz wprost synthpopową) nutę, jednak brak temu takiej pociągającej szorstkości pierwszej części. Przeboje są, i to nawet całkiem srogie, jednak nadal pozostające w sferze komfortowych samograjów na Pro8l3matycznej kalce. Na plus na pewno liczyć można natomiast liryki Oskara, które tak nostalgiczne i refleksyjne nie były chyba jeszcze nigdy. Trudno zatem powiedzieć, że Art Brut 2 nie działa, ale wątpię, by za kilka lat był wymieniany jednym tchem ze swoim pierwowzorem. — Wojtek


#FridayRoundup

Chilombo

Jhené Aiko

Def Jam / UMG

Fani Jhené Aiko zostali szczęśliwie obdarowani jej trzecim albumem. Jak wskazuje tytuł, który jest jednocześnie nazwiskiem artystki, Chilombo jest osobistym i bardzo wrażliwym wydawnictwem. Mnogość utworów (jest ich aż 20) może nieco przerażać, ale po wsłuchaniu się w tę terapię, doznamy prawdziwego akustycznego uzdrowienia. Na płycie usłyszymy poznane wcześniej kawałki „Triggered (Freestyle)”, “None of Your Concern”, “PU$$Y Fairy (OTW)” oraz “Happiness Over Everything (H.O.E.)”, które wraz z pozostałą zawartością Chilombo, składają się na mieszankę dźwięków R&B i hip-hopu, zgrabnie przyprawioną żywymi instrumentami, na które znaczącą uwagę zwraca Aiko. Trzeci album jest jednocześnie najbardziej eksperymentalnym wydawnictwem artystki i niestety stworzonym na jedną nutę, mogącym niektórych nużyć. — Forrel


#FridayRoundup

Sorry You Couldn’t Make It

Swamp Dogg

Joyful Noise / Pioneer Works Press

Najbardziej nieugięty orędownik freak soulu powraca z auto-tune’owej wyprawy, by ponownie oznajmić nam prawdę o muzyce (i o życiu). Sorry You Couldn’t Make It, dwudziesty trzeci (!) album w karierze Swamp Dogga, kieruje wektor uwagi w stronę country. Liczyć możemy oczywiście na piosenki o miłości i złamanym sercu. Wszystko to opakowane w country-bluesowe wdzianko z domieszką R&B i południowych brzmień. Jeżeli udziwniony, ale konserwatywny soul z duszą na ramieniu jest wam bliski, Swamp Dogg nadal czuwa nad stanem waszych playlist. — Maja Danilenko


#FridayRoundup

20,20

Tricky

False Idols

Po 3 latach milczenia legenda bristolskiego trip-hopu powraca z nowym materiałem. Współzałożyciel grupy Massive Attack przygotował wydaną we własnej wytwórni False Idols epkę 20,20. Słychać na niej zaproszone przez muzyka wokalistki Martę i Anikę. Na mini krążku Tricky’ego znalazły się 3 nagrania. Obok singlowego, minimalistycznego „Lonely Dancer” rozbrzmiewa obiecujące „Hate This Pain” ze stłumionymi mruczankami artysty w tle oraz instrumentalne „M”. Brakuje pomimo to tłustych beatów i narkotycznego klimatu, z jakiego znany jest Tricky. Chociaż nie jest to forma, do której nas przyzwyczaił, jak na przejściową epkę brzmi nieźle. — Ibinks


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Nowy utwór: The James Hunter Six „He’s Your Could’ve Been”

James Hunter

The James Hunter Six

The James Hunter Six zastanawiają się, co by było gdyby

Wyobraźnia otwiera drogę do nieskończonych wszechświatów alternatywnych możliwości. Jeden z nich w swoim najnowszym singlu „He’s Your Could’ve Been” odwiedza grupa Jamesa Huntera. To już trzeci rhythm & bluesowy numer promujący nadchodzący album zespołu Nick of Time. Następcę Whatever It Takes z 2018 roku Daptone Records wypuści już 28 lutego.

The James Hunter Six z zapowiedzią nowej płyty

James Hunter

James Hunter

Grupa Jamesa Huntera prezentuje nowy singiel

Wydane przed dwoma laty Whatever It Takes The James Hunter Six doczeka się wnet płytowego następcy! Premierę krążka Nick of Time, jak zwykle wydawanego przez Daptone Records, zaplanowana została na 28 lutego. Wydawca zapewnia, że materiał zabrzmi, jak zaginione perełki z katalogu Burta Bacharacha i chyba coś w tym jest — przynajmniej po odsłuchu drugiego zwiastuna płyty — „Brother or Other”, który grupa zaprezentowała w piątek. Album można już zamawiać w preorderze na stronie wydawcy w aż siedmiu różnych fizycznych odsłonach. Tymczasem sprawdźcie ich niesamowicie przyjemne nowe numery poniżej.

Recenzja: The James Hunter Six Whatever It Takes

The James Hunter Six

Whatever It Takes (2017)

Daptone

James Hunter ma poważny problem — jego dyskografia utknęła w katalogu z przecenionymi czasoumilaczami i nie potrafi się z niego wygrzebać. Przyznaję bez bicia, że grupy Huntera słucham poniekąd z dziennikarskiego obowiązku. I choć muzyka Brytyjczyka towarzyszy nam od lat (bo jego pierwsze solowe płyty to połowa lat 90., ale za przełom artystyczny trzeba uznać krążek People Gonna Talk wydany przez Roundera 12 lat temu) i systematycznie ewoluuje od rock-n-rollowego postrzegania blue eyed soulu w stronę rasowego rhythm & bluesa, to jednak to wciąż muzyka tła, która pięknie wypełnia przestrzeń, ale ostatecznie niewiele wnosi od siebie. I nie chodzi absolutnie o to, że temu, co Hunter robi songwritersko, wokalnie i instrumentalnie, a w czym wspiera go jego przyboczny kwintet, brakuje kunsztu czy warsztatu — te są bezsprzeczne! Niestety jednocześnie to co Hunter robi tak znakomicie, jest bardzo odtwórcze. Jego wizja blue-eyed soulu nie jest w żaden sposób oryginalna — w czasach (marginalnego, bo marginalnego, ale jednak) renesansu organicznego rhythm & bluesa wśród osobowości pokroju Sharon Jones, Raphaela Saadiqa, Mayera Hawthorne’a czy nawet Leona Bridgesa, muzyka Huntera wypada dość oble. Dzięki temu doskonale jest w stanie dopełnić retroplejlistę, której tamci hedlajnują, ale sama nie sprawi, że nagle Hunter stanie się tuzem rewiwalu niebieskookiego rhythm & bluesa.

Ma to swoje dobre strony — lata mijają, a kolejne płyty Huntera to, jedna po drugiej, doskonałe czasoumilacze. Pobrzmiewają oczywiście w jego piosenkach prawdziwe emocje — z definicji podszyte są pewnym rozdarciem powodowanym zazdrością czy tęsknotą albo przybierają formę mniej lub bardziej oczywistego wyznania miłości. Jest w tym sporo romantyzmu i nostalgii, nawet jeśli kolejna piosenka akurat jest upbeatowa, dzięki czemu można takie Whatever It Takes potraktować jako ścieżkę dźwiękową do kolacji przy świecach na zmianę z klasycznym Nat King Cole’m, którego ducha zresztą na nowej płycie Huntera i spółki czuć między wierszami bardziej aniżeli kiedykolwiek dotąd z inspirowaną latynoskim jazzem smoothsoulową kulminacją w postaci kończącego krążek „It Was Gonna Be You”.

Hunter jest bez dwóch zdań znakomitym wokalistą i przez niemal półgodzinne Whatever It Takes prowadzi swój band bardzo zręcznie. To bardzo schludne i starannie poukładane granie, gdzie, jeśli nawet na krótką chwilę wkradnie się odrobina (niestety jedynie) rock-n-rollowego szaleństwa, jak w pędzącym przy akompaniamencie organów Hammonda „I Got Eyes”, to ma się wrażenie, że zostało ono z dużym wyprzedzeniem zaplanowane, skutkiem czego Hunter w szybszych numerach wypada mało wiarygodnie. Kartonowe są też też krótkie instrumentalne solówki — w tym aspekcie grupa kopiuje epokę ciasno zawiązanych krawatów przełomu lat 50. i 60. w skali 1:1. To ciekawe o tyle, że Hunter na barwnej okładce pozuje w wytartej dżinsowej kurtce z papierosem w dłoni. W ten klimat celuje być może bluesrockowe „Blisters” — niezbyt kreatywna kopia „Green Onions” Booker T. & The M.G.’s sprzed ponad 55 lat.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy to brak dostatecznej charyzmy lidera, songwriterska przeciętność czy nadmierne odtwarzanie schematów minionej już epoki kosztem czegoś bardziej autorskiego — pewnie wszystko po trochu. Mimo to nie jest to z pewnością muzyka do windy — Hunter potrafi błyszczeć — jak w otwierającym płytę subtelnym „I Don’t Wanna Be Without You”, gdzie wszystko jest na swoim miejscu — jazzujący, dancingowy aranż, przebojowy refren, emocjonalna równowaga między rozedrganą barwą wokalu a wcale nie nadto ekspresyjnym wykonaniem. Trudno jednak znaleźć na płycie drugi równie udany moment — najbliżej jest kolejne na trackliście „Whatever It Takes” kontynuowane w podobnej tradycji i wspomniane już „It Was Gonna Be You”. Hunter nie zostaje jednak na dłużej ani w głowie, ani w głośnikach — Whatever It Takes to album, który można przesłuchać dziesiątki razy, znać na pamięć każdy jego moment, a wciąż nie potrafić zanucić refrenu któregokolwiek z utworów (z wyjątkiem może otwieracza). To przyjemna muzyka, z której niewiele wynika i jest to raczej stwierdzenie faktu niż zarzut.

#FridayRoundup: Justin Timberlake, Rhye, The James Hunter Six, Skyzoo i inni

Dzisiejszy dzień stoi pod znakiem nowej płyty Justina Timberlake’a. Jeżeli jednak „Man of the Woods” Was zawiedzie lub zanudzi, to z pewnością znajdziecie alternatywę w postaci nowego krążka od Rhye, rapowych albumów od trueschoolowego Skyzoo oraz wielkiej niewiadomej jaką jest Brian. Na deser natomiast zostanie mała dawka soulowych brzmień od ekipy The James Hunter Six.


Man of the Woods

Justin Timberlake

RCA Records

Justin Timberlake jest absolutną legendą i ojcem współczesnego brzmienia muzyki pop. Po ponad 20 latach na scenie wciąż pozostaje na szczycie, co jest zasługą doskonałego odczytywania oczekiwań fanów i ciągłej ewolucji w stronę prawdziwie dojrzałych dzieł, takich jak The 20/20 Experience. Po 5 latach przerwy od nagrywania solowych albumów Justin zdecydował się powrócić w najlepszy sposób, jaki mógł wybrać. Funkowe i seksowne „Filthy”, monumentalne „Supplies” i emocjonalne „Say Something” udowadniają, że kombinacja Timberlake, Timbaland i The Neptunes to gwarancja niezawodnej jakości. Man of the Woods zawiera aż 16 utworów (65 min), tylko dwa występy gościnne i zaledwie kilku producentów. To po prostu nie może się nie udać. Polecam każdemu miłośnikowi każdej muzyki, w ciemno — Adrian


Blood

Rhye

Loma Vista Recordings

Pomimo całego zamieszania z wydawcą, wyników sprzedaży poniżej oczekiwań, czy wycofania się jednego z członków duetu, producenta Robina Hannibala, doczekaliśmy się kontynuacji delikatnego Woman. Mike Milosh, tym razem solo, zachowuje dużą część zmysłowego brzmienia Rhye, które podkreśla swoim niesamowicie wyjątkowym głosem. Jednocześnie stara się rozwijać koncepcję z pierwszej płyty, chociaż zmiany są równie subtelne, co dźwięki towarzyszące wokalowi. Po promujących singlach „Taste” i „Please”, słychać zmianę, którą zapowiada sam frontman – tym razem zamiast sypialnianego projektu mamy muzykę i dźwięki wręcz stworzone, do grania na żywo. Dodatkowo, po pięciu latach od Woman, nie będziemy musieli tak długo czekać na album kolejny po Blood. Prace już trwają! — Richie Nixon


Whatever It Takes

The James Hunter Six

Daptone

Mam takie wrażenie, może mylne, że choć muzyka Jamesa Huntera towarzyszy nam od lat (jego pierwsze solowe płyty to połowa lat 90., ale jego przełomem artystycznym był krążek People Gonna Talk wydany przez Roundera 12 lat temu) i systematycznie ewoluuje od rock&rollowego postrzegania blue eyed soulu w stronę rasowego rhythm & bluesa, to jednak to wciąż muzyka tła, która pięknie wypełnia przestrzeń, ale ostatecznie niewiele wnosi od siebie. Nie chcę absolutnie podważać kunsztu czy warsztatu ani samego Huntera, ani jego przybocznego kwintetu — ten jest bezsprzeczny, raczej nieśmiało zasugerować, że to co Hunter robi, robi znakomicie, jest jednak odtwórcze. Zagalopowałem się chyba zbyt daleko, ale mam wrażenie, że od kiedy przed dwoma laty zespół zaczął nagrywać dla Daptone coś jednak trochę drgnęło i jest nadzieja, że zgodnie z tytułem na nowym krążku Whatever It Takes The James Hunter Six, jak to się brzydko mówi z angielska, zrobią robotę — wszystko to, co będzie trzeba i czego nam, słuchaczom, będzie trzeba. Na poparcie mamy pięknie ubarwioną retro okładkę i trzy subtelne, ale z pewnością niebędące muzyką do windy single promocyjne — na czele z przewodzącym stawce „I Don’t Wanna Be Without You”. — Kurtek


In Celebration of Us

Skyzoo

First Generation Rich

Czołowy nowojorski trueschoolowiec młodego pokolenia wraca z czwartą płytą. In Celebration of Us zawiera piętnaście utworów, a wśród nich te na produkcji Illminda i Apollo Browna. Wydawałoby się, że treściowo dostaniemy to samo, co zawsze, ale chyba można liczyć na pewne zmiany: „Na tym projekcie chciałem skupić się bardzie na teraźniejszości niż miało to miejsce na moich poprzednich krążkach. (…) To album o tym kim jesteśmy i dlaczego jesteśmy tu gdzie jesteśmy jako społeczeństwo” – powiedział Skyzoo w jednym z wywiadów. Gościnnie pojawia się między innymi Raheem DeVaughn, a ciekawostką jest to, że w utworze „Parks & Recreation” usłyszymy sampel z utworu Michała Urbaniaka i Urszuli Dudziak „A Day In The Park”. — Dill


Amen

Rich Brian

88rising Music / Empire

Kiedy singiel „Dat $tick” Rich Briana (dawniej Rich Chiggi) zdobył popularność, nie wszyscy byli pewni z jakim nastawieniem podchodzić do dokonań młodego rapera. Jedni komplementowali wyjątkową jak na nastolatka barwę głosu, inni widzieli w nim kolejny rapowy mem, który zniknie w czeluściach internetu równie szybko jak się pojawił. Muszę przyznać, że sam wciąż jestem zawieszony gdzieś pomiędzy tymi opiniami. Debiutanckie Amen będzie więc pierwszym poważnym sprawdzianem dla chłopaka z Indonezji. Na albumie pojawią się jeszcze inni artyści z labelu 88rising — Joji i Niki, a także rozdający ostatnio gościnne zwrotki na prawo i lewo Offset. Ciekawe jak zmiana ksywki wpłynie na ostateczny kształt projektu. — Mateusz


The James Hunter Six zrobią to, czego nam potrzeba na nowej płycie

Przyznaję bez bicia, że grupy Jamesa Huntera słuchałem do tej pory raczej z dziennikarskiego obowiązku. Mam zresztą takie wrażenie, może mylne, że choć muzyka Brytyjczyka towarzyszy nam od lat (jego pierwsze solowe płyty to połowa lat 90., ale jego przełomem artystycznym był krążek People Gonna Talk wydany przez Roundera 12 lat temu) i systematycznie ewoluuje od rock&rollowego postrzegania blue eyed soulu w stronę rasowego rhythm & bluesa, to jednak to wciąż muzyka tła, która pięknie wypełnia przestrzeń, ale ostatecznie niewiele wnosi od siebie. Nie chcę absolutnie podważać kunsztu czy warsztatu ani samego Huntera, ani jego przybocznego kwintetu — ten jest bezsprzeczny, raczej nieśmiało zasugerować, że to co Hunter robi, robi znakomicie, jest jednak odtwórcze. Zagalopowałem się chyba zbyt daleko, ale mam wrażenie, że od kiedy przed dwoma laty zespół zaczął nagrywać dla Daptone coś jednak trochę drgnęło i jest nadzieja, że zgodnie z tytułem na zapowiedzianym na jutro krążku Whatever It Takes The James Hunter Six, jak to się brzydko mówi z angielska, zrobią robotę — wszystko to, co będzie trzeba i czego nam, słuchaczom, będzie trzeba. Na poparcie mamy pięknie ubarwioną retro okładkę i trzy subtelne, ale z pewnością niebędące muzyką do windy single promocyjne — na czele z przewodzącym stawce „I Don’t Wanna Be Without You”. Posłuchajcie go poniżej, a do całej płyty wróćcie jutro. Ja wrócę!