Eklektik Session: Boxed

25 najlepszych płyt roku 2008 wg Soulbowl.pl

Data: 30 grudnia 2008 Autor: Komentarzy:

Umarło R&B, niech żyje soul. Nic nie może nas bardziej cieszyć niż możliwość stwierdzenia, że ten rok był dla fanów soulu niezwykle udany. Z płytami powróciły legendy i nadzieje tej muzyki: Al Green, Erykah Badu, Raphael Saadiq, Robin Thicke. Podczas gdy niektórzy artyści zachłysnęli się na nowo stylem Motown i odkrywali go dla następnego pokolenia, po cichutku umierało R&B. Żaden z flagowych artystów tego gatunku nie nagrał płyty na przyzwoitym poziomie. Poza Rihanną, która utrzymywała się na szczycie za sprawą fanek-nastolatek, na scenie rhythm and bluesowej przyzwoity poziom zaprezentował w tym roku jedynie jeszcze Ne-Yo. Ani Beyonce, ani Usher nie zachwycili nas swoimi płytami, co zresztą potwierdzili fani wpływając na wyniki sprzedaży. Żadna z wielkich artystek, które obiecywały powalić na kolana niebo i ziemię, nie dotrzymała słowa. I choć znajdą się w naszym rankingu – Ashanti, Brandy, Janet – wierzcie na słowo lub sprawdźcie – wszystko, co w tym roku pokazały jest poniżej ich możliwości. R&B wypadło z gry, zagubiło się pomiędzy crunkową chęcią rządzenia na parkiecie a banalną balladą miłosną z 20-calowymi felgami w tle. R&B musi się zdefiniować na nowo i zaoferować słuchaczom coś świeżego. Na szczęście znaleźli się w tym roku artyści, którzy mogą temu zadaniu podołać. Nasze oczy spoczywają na Estelle, Janelle Monae, Jazmine Sullivan, Sy Smith czy nawet Solange. Oby nas nie zawiodły. Dodam, że na szczęście hip-hop ma się świetnie, co również odzwierciedla nasz ranking.

Nasze podsumowanie roku to średnia sprytnie wyciągnięta z indywidualnych zestawień każdego członka ekipy soulbowl. Osobiste umiejscowienie danego artysty na liście miało potem wpływ na jego pozycję w ogólnym rankingu grupy. Średnia oznacza, że nie każdy z nas podpisuje się dosłownie pod wszystkim, aczkolwiek każdy z nas jest w dużej mierze usatysfakcjonowany rezultatem końcowym. Lubicie się z nami nie zgadzać? Teraz macie pole do popisu.

SIOSTRA

#1. „The Way I See It”

by Raphael Saadiq

Stary styl to jedyny możliwy styl. Raphael wszedł do studia, wsiadł do swojej tajnej maszyny i przeniósł się w czasie. Dzięki płycie „The Way I See It” zrozumiałam lepiej, co znaczy stwierdzenie, że muzyka jest nieśmiertelna. Muzyka się nie starzeje. Czaruje nas wciąż na nowo i daje możliwość podróżowania w czasie. Tak wiele osiągnął Saadiq nagrywając płytę „z myszką” w XXI wieku. Dla fanów Motown pozycja obowiązkowa. Pełna recenzja krążka tutaj.

SIOSTRA

#2. „Shine”

by Estelle

Świecąca gwiazda Estelle, zdecydowanie przyćmiła prawie wszystkich swoich konkurentów w 2008 roku. Album „Shine” pokazuje, że hip-hop, soul, jamajskie taneczne rytmy, funkowe bity, doskonale radzą sobie razem, a różnorodność dźwięków tworzy dobrze zamkniętą całość. Poza główna wokalistką, na krążku pojawiają się starzy wyjadacze John Legend, Kanye West, Wil.I.Am, Wyclef Jean, Ce-Lo. W pełni wykorzystany potencjał. Zasłużone miejsce nr 2 i srebrny medal.

LEJDI K’

#3. „New Amerykah Part One (4th World War)”

by Erykah Badu

W roku 2008 Królowa Badu powróciła z nowym wyczekiwanym od wielu lat dość odważnym muzycznie i tekstowo projektem „New Amerykah”. Krążek nagrany jeszcze przed wyborem prezydenta-elekta Baracka Obamy, przedstawia mroczną wizję Ameryki pełnej niesprawiedliwości i dyskryminacji wynikającej m.in. z różnic rasowych. Krążek muzycznie brzmi nieco jak afrykańskie voodoo odprawiane na słuchaczu w mrocznych czeluściach tropikalnej dżungli – jest zdecydowanie bardziej tajemniczy od poprzednich wydawnictw Erykah. Sukces nowego albumu Badu opiera się zresztą na czymś więcej, niż tylko na zainteresowaniu wiernych fanów. Przyciągnęła bowiem do siebie, jak w zeszłym roku M.I.A., dwa zupełnie różne targety odbiorców i sprawiła, że płynnie poruszali się oni razem po jednej muzycznej płaszyczyźnie.

AAKTT

#4. „Fearless”

by Jazmine Sullivan

Jeśli już na starcie ma się protekcję Jill Scott, czy Missy Elliott, później może być już tylko lepiej! „Fearless” nie jest muzycznym arcydziełem, ale jeśli Ms Sullivan nie zniży poziomu w następnych latach, szybko ugruntuje sobie pozycję, której nieprędko będzie można zagrozić. Jazmine ze swoim ,,brudnym” głosem wniosła coś innego do młodzieżowej soulowej ligi. „Dream Big”! Pełna recenzja krążka tutaj.

STEREO

#5. „Sol-Angel And the Hadley Street Dreams”

by Solange

Cóż za wyobraźnia! Cóż za odwaga! Jeden z najbardziej barwnych comebacków roku, na niespodziewanie wysokim poziomie kreatywności. Może i nie ma hitów, którymi szasta na lewo i prawo siostra, ale na „Sol-Angel and the Headley St. Dreams” znalazło się coś, czego nie ma na „I Am… Sasha Fierce” – wysokiej jakości unikalność połączona z rzadko spotykaną autokreacją. „This bird’s not slowing down, so just shut the fuck up”. Solange odgradza się grubą kreską od dokonań siostry. Beyonce who?

STEREO

#6. „Something Else”

by Robin Thicke

Robin Thicke na „Something Else” faktycznie jak głosi tytuł, jak niewielu obecnie, nie zatracił się w komercyjnej papce i nagrał coś innego niż wszystko dookoła. “Something Else” jest esencją tego, co było najlepsze w jego dwóch poprzednich albumach. Przede wszystkim jest bardzo równy i jednolity – wyraźnie inspirowany muzyką Motown lat 70tych, ale nadal czerpiący wiele ze współczesnego soulu i R&B. Krążek z rewelacyjnymi dwoma pierwszymi singlami „Magic”„The Sweetest Love” brzmi bardzo przestrzenie, lekko i przebojowo. Robin tą wyprodukowaną głównie przez samego siebie płytą udowodnił, że da się nagrać bardzo dobry album, który jednocześnie będzie miał szanse na komercyjne przyjęcie się, bez wielkich nazwisk na featuringach i najpopularniejszych producentów stojących za każdym kawałkiem. Pełna recenzja krążka tutaj.

AAKTT

#7. „The Beauty In Distortion / The Land of the Lost”

by J*Davey

Duet w którego skład wchodzi: wokalistka Jack Davey (Brianna Cartwright) i producent Brook D’Leau dość znacząco namieszał w roku 2008. Ich mocno futurystyczna ep-ka „The Beauty In Distortion / The Land Of The Lost” łączy brzmienia gatunków takich jak: soul, jazz, rock, funk, hip-hop oraz new wave czy fusion. Leniwie, ale jednocześnie zmysłowo śpiewająca wokalistka i połamane, często psychodeliczne bity znajdujące się na krążku pokazują, że nadchodzi nowa jakość na tej dość niezależnej ,,czarnej” scenie.

LEJDI K’

#8. „Leave It All Behind”

by The Foreign Exchange

Powrócili po czteroletniej przerwie, aby wszyscy fani wysmakowanych, hip-soulowo-jazzowych klimatów mogli zdjąć czapki z głów i paść przed The Foreign Exchange na kolana. „Leave It All Behind” to szlachetna perła, która już zapewniła sobie miejsce w kanonie obowiązkowych czarnych krążków. Trudno znaleźć słowa, aby opisać jak znakomita na tle innych tegorocznych wydawnictw jest ta płyta. Na pewno wyróżnia ją niezwykła prostota, bijąca z niej szczerość i hipnotyzujący, intymny klimat. U nas wprawdzie dopiero na miejscu 8, ale takie są reguły demokracji. Nie ma za to reguł na tworzenie płyt, które przechodzą do historii.

EMM!

#9. „The Renaissance”

by Q-Tip

Prawie w 10 lat po wydaniu płyty „Amplified” Q-Tip nareszcie wydał długo oczekiwany „Renaissance” i nie zawiódł. Czas stanął w miejscu, ATCQ ciągle istnieje, a w muzyce wcale nie chodzi o kasę, tylko o artystyczną wizję. W to wszystko pozwala nam uwierzyć Q-Tip, który nagrał w pełni autorską, spójną, funkową, żywą i prawdziwie hip hopową płytę. Oby zwiastowała renesans całego gatunku. Pełna recenzja krążka tutaj.

SIOSTRA

#10. „The Year of the Gentleman”

by Ne-Yo

Ne-Yo wcale tak bardzo nie pomylił się nazywając swój album „Year of the Gentleman” – zaserwował nam bowiem w tym roku jeden z najlepszych męskich płyt R&B i z czystym sumieniem można powiedzieć, że tak, to był jego rok. Ogromnej popularności jego muzyki towarzyszyły zresztą także bardzo pozytywne recenzje krytyków, co ostatnio w przypadku mainstreamowych albumów nieczęsto idzie w parze. Ne-Yo nie tylko umocnił tym krążkiem swoją muzyczną pozycję na rynku amerykańskim, ale przede wszystkim zapewnił sobie pierwsze od czasu „So Sick” naprawdę duże hity w Europie tj. „Closer”„Miss Independent”. „Year of the Gentleman” to kawałek miłego, lekko klubowego, łagodnego muzycznie i tekstowo R&B, godnego prawdziwego dżentelmena.

AAKTT

#11. „808s & Heartbreak”

by Kanye West

Kanye West jest niekwestionowanym geniuszem. Album „808s & Heartbreak” pokazał go z innej strony. Podzielił masy  jego fanów, ale także przysporzył nowych. Tony vocoderów, auto-tune’ów nie są mile widziane przez moją skromną osobę, ale West dał radę. Krążek jest świeży, spójny i zdecydowanie różni się od poprzednich. Można oczywiście dyskutować, czy to rozwój czy cofanie się, dla mnie to pierwsze, a w soulbowlowym rankingu pozycja 11. Pełna recenzja krążka tutaj.

LEJDI K’

#12. „Conflict”

by Sy Smith

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że Sy Smith reprezentuje sobą współczesny soul. Czerpiąc z tradycji jazzu i soulu artystka jednocześnie kieruje swoją twórczość w nieznane rejony i eksperymentuje z dźwiękami. Jej tegoroczny album to 11 kompozycji na niesłychanie wysokim poziomie, zaśpiewane fantastycznym głosem, z unikalnymi i kreatywnymi tekstami. Słów po prostu brakuje by wystarczająco polecić Wam „Conflict”. Każdego otwartego na muzykę i nowości miłośnika soulu ta płyta z pewnością zachwyci.

SIOSTRA

#13. „My World”

by Bryn Christopher

Dowód na to, że współczesny czarny wokalista może śpiewać nie tylko o swoim „appetite for ladies”. „My World” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich zmęczonych wszechobecnymi współczesnymi elektro-beatami i raperami. Jeśli nie cieszy Was Justin i nudzi Robin, jeśli męski soul znaczył dla Was ostatnio tylko śpiewających emerytów lub nieboszczyków, macie młodego faceta z krwi i kości! Macie trąbki i interesującą barwę głosu! Zaskakująco dobry debiutant, który pojawił się właściwie znikąd. Jego wersja „Sour Times” Portishead potwierdza, że młody Brytyjczyk jest naprawdę „Fearless”.

STEREO

#14. „Metropolis: The Chase Suite”

by Janelle Monáe

Rok 2008 przyniósł nam wreszcie długo oczekiwany komercyjny debiut młodej utalentowanej piosenkarki Janelle Monáe. Jej ep-ka „Metropolis: The Chase Suite” wydana w tym roku nakładem wytwórni Bad Boy Records, zdążyła już na dobre zawojować serca fanów i krytyków muzycznych. Nawet mimo braku komercyjnego sukcesu, pierwszy singiel „Many Moons” doczekał się nominacji do nagrody Grammy w kategorii Best Urban Alternative Performance. Janelle w swojej muzyce w oryginalny sposób łączy klasyczne elementy soulu, jazzu i rock n’rolla z futurystyczną elektryzującą wizją wymyślonego świata. Na „Metropolis: The Chase Suite” wciela się w stworzoną przez siebie bohaterkę – Cindi Mayweather, cyborga, który w niesprawiedliwym i pełnym korupcji, dyskryminacji i łamania podstawowych praw i wolności, mieście Metropolis dopuszcza się rzeczy zabronionej – zakochuje się w człowieku i z tego powodu musi uciekać przed policją.

AAKTT

#15. „Seeing Sounds”

by N*E*R*D

Ostatnimi czasy produkcje wychodzące spod rąk Pharrella i Chada Hugo mogły pozostawiać spory niedosyt. Jednak gdy doszło do realizacji kolejnego krążka duetu The Neptunes (i tego trzeciego), panowie stanęli na wysokości zadania. Dla tych, którzy doskonale znają 2 poprzednie albumy N*E*R*D, „Seeing Sounds” nie powinno być wprawdzie zaskoczeniem. Tak naprawdę trzecia płyta super grupy to konsekwentne zderzenie się ich dwóch poprzednich krążków. Ale w odróżnieniu od tego, czym ostatnio raczyli nas panowie, zwłaszcza jeśli chodzi o dania wypiekane dla innych artystów, ich tegoroczny album to odzwierciedlenie świeżego, nieumęczonego i oryginalnego spojrzenia na dźwięk. U nas na miejscu 15.

EMM!

#16. „I Am… Sasha Fierce”

by Beyoncé

Namieszała, oj namieszała nam w tym roku „Diva”. Dla jednych największych zawód roku, dla innych to, na co czekali. Dla mnie, zawartość tego wydawnictwa jest mocno przeciętna. Beyonce nie wykorzystała w pełni swoich możliwości. Stać ją na wiele więcej. Krążek doskonale sprawdza się przy czesaniu, malowaniu i prostowaniu włosów. Liczyłam na mocniejszego kopa od Pani Bee. I nawet drugie wcielenie nie pomogło. Cóż… tak to bywa. Pełna recenzja krążka tutaj.

LEJDI K’

#17. „Discipline”

by Janet Jackson

Czy album Janet Jackson bez angażu w projekt duetu Jimmy Jam & Terry Lewis jest już z góry skazany na porażkę? Nie do końca. Na „Discipline” wciąż możemy znaleźć te elementy muzyki Janet, które kochamy od lat. Mamy tu i taneczne kawałki do klubów („2Nite”, „Feedback”), ballady o miłości („Never Letchu Go”, „Greatest X”), jak i tzw. baby-making-songs („Discipline”). Good good longplay.

FILIP

#18. „Bent Out Of Shape”

by Leon Jean Marie

Eklektyczny kociak, który tak dalece chodzi swoimi drogami, że aż niewielu zdołało dostrzec wytyczoną przez niego ścieżkę, a w zasadzie tegoroczny debiut „Bent Out Of Shape”. Na szczęście znaleźli się i tacy, którzy momentalnie dali się uwieść zawartą na albumie niebanalną i nowoczesną mieszanką dźwięków. Na pewno niemały wpływ miał na to dobór współpracowników (Mark Ronson, Cathy Dennis, Bloodshy & Avant) oraz fakt, iż Leon może być, wokalnie jak i wizualnie, XXI-wiecznym wcieleniem takich tuzów jak chociażby Terence Trent D’Arby, Prince czy młody Seal. „Bent Out of Shape” to zbiór świetnych piosenek okraszonych niegłupimi tekstami adresowanymi do wszystkich tych, którzy w czarnych brzmieniach szukają tego, co nieoczywiste.

EMM!

#19. „Rising Down”

by The Roots

Choć w naszym podsumowaniu goszczą na zacnym 19 miejscu, bardzo możliwe, iż 10 album w dyskografii The Roots nie będzie wymieniany jako ich największe artystyczne osiągnięcie. Nie zmienia to jednak faktu, że w 2008 roku „Rising Down” był jednym z najostrzejszych, najbardziej mrocznych i soczystych wydawnictw hip-hopowych. Album zwraca uwagę zwłaszcza specyficznym klimatem, szczególnie zaangażowanymi politycznie i społecznie tekstami oraz nieczęstym u Rootsów zastosowaniem elektroniki. Tym krążkiem najlepsza hip-hopowa grupa świata, o czym mogliśmy przekonać się w listopadzie w Warszawie, nie zwalnia tempa i jak zwykle stawia sobie i słuchaczom wysokie wymagania.

EMM!

#20. „The Point of It All”

by Anthony Hamilton

„The Point Of It All” jest 6 studyjnym tego lubianego i cenionego wokalisty. W obecnych czasach, kiedy obserwujemy powolną śmierć gatunku R&B, zarówno pan Anthony jak i jego album zasługują na uwagę. Nie ma się co oszukiwać, krążek nie jest w żaden sposób odkrywczy, czy wyróżniający się. Natomiast głęboki głos wokalisty opowiada nam przyjemnie brzmiące, miłosne historie. Pozycja w sam raz na zimowe wieczory. Moim osobistym faworytem jest utwór „Her Heart”.

LEJDI K’

#21. „The Declaration”

by Ashanti

Wiele osób może krytykować Ashanti za to, że tak naprawdę niewiele wnosi do muzyki R&B powtarzając tylko schematy, które już wcześniej wykształciła Beyonce czy inna Janet Jackson. Tym razem, przy okazji albumu „The Declaration” Ashanti pokazała, że nie powinno się jej traktować jako podrzędnej wokalistki R&B z B-ligi. Do zalet „The Declaration” z pewnością należą bardzo dobre teksty, znakomity produkcja oraz… pierwszorzędny wokal samej artystki. A must-have.

FILIP

#22. „No Longer at Ease”

by Nneka

Gdyby Erykah, Lauryn i Me’Shell żyły w trójkącie, tak śpiewałaby ich adoptowana córka. Wysoce wybuchowa mieszanka stylów największych soulowo-hip-hopowych nazwisk ostatniej dekady. Nie oznacza to jednak, że Nneka bawi się w mozolne kopiowanie. Energia, oryginalność i niezły głos połączony z dobrymi tekstami to odpowiedź dla tych, którzy twierdzą, że nu-soul nie ma przyszłości.

STEREO

#23. „Human”

by Brandy

Brandy od czasu wydania swojego czwartego krążka przeszła przez naprawdę wiele sytuacji – tutaj wspomnieć chociażby nieudane małżeństwo czy fatalny wypadek samochodowy. Album „Human” można nazwać dokumentacją tych czterech lat, podczas których artystka nie była obecna w świetle reflektorów – znajdziemy tu refleksje zarówno o życiu, miłości, jak i stracie czegoś ważnego. B-Rocka, przede wszystkim wspólnie z Darkchildem, który wyprodukował pół albumu, znalazła cudowny złoty środek, by przy tym comebackowym krążku zaprezentować się publiczności jako dojrzała wokalistka, dojrzała kobieta i przede wszystkim jako dojrzały człowiek, za co bez wątpienia należą jej się ukłony.

FILIP

#24. „Universal Mind Control”

by Common

Common nie miał większych szans powtórzyć sukcesu „Be” czy „Finding Forever”, która jako pierwsza jego płyta sięgnęła szczytu listy Billboard. Zamiast jednak odklepywać sprawdzone patenty z tamtych krążków, raper na „UMC” poeksperymentował i dzięki temu otrzymaliśmy płytę inną, ciekawą, równie ambitną co „Electric Circus”, ale nieco bardziej przystępną dla ucha.

SIOSTRA

#25. „Jennifer Hudson”

by Jennifer Hudson

Statuetka Oscara w kieszeni, nominacje do nagród Grammy, #1 singiel R&B w USA. Bez wątpienia Jennifer Hudson jest już spełnioną artystką. Debiutancki krążek, którego premiera odbyła się we wrześniu, potwierdza tylko status wokalistki jako bardzo utalentowanej kobiety, która może namieszać nie tylko jeśli chodzi o film, ale również  o rynku muzycznym. Przy pomocy m.in. T-Paina, Robina Thicke czy Ludacrisa powstał porządny album R&B, którego J-Hud nie będzie musiała się wstydzić za 10 lat.

FILIP

Komentarze

komentarzy

Eklektik Session: Boxed