Recenzja: Jamie Woon Mirrorwriting

Data: 28 maja 2011 Autor: Komentarzy:

Jamie WoonMirrorwriting (2011)

Jamie Woon

Przeczytałam gdzieś, że muzycznie, to młodszy brat Justina Timberlake’a. Serce mnie zabolało, bo Jamie odchodzi od niego o całe lata świetlne. Chociaż kto wie jaką płytę wydałby Justin teraz? Znając jego komercyjne upodobania pewnie inną, ALE ja nie o tym. W gąszczu miliona świecących panienek, mamy w końcu rodzynka, który pokazał, że młody, brzydki chłopak z ulicy, też może namieszać.

Nie ma się co oszukiwać, gdybyśmy chcieli wsadzić krążek Jamiego do gatunkowej szuflady, ciężko byłaby nam wybrać konkretną. Wymyśliłam sobie zatem jedną ogromną z podpisem pop+. Plusem będzie tutaj r&b, elektronika, soul, dubstep, a nawet gospel! I w sumie ciężko byłoby mi nawet powrzucać utwory do tych gatunków, bo w każdej z piosenek znajdziemy chociażby szczyptę każdego z nich.

Album rozpoczyna utwór „Night Air”, który jednocześnie posłużył za pierwszy singiel. Trzeba przyznać, że to dobry wybór na zapoznanie słuchacza ze sobą. Ze startu przenosimy się na Woonową planetę. Zamiast dzień dobry, słyszymy „Night air has the strangest flavor” i mamy ochotę zostać tam na zawsze. Głos artysty przyciąga, hipnotyzuje, olśniewa, nęci i wabi. Po pierwszym kawałku chcemy więcej. Płyta nie jest jednostajna, po typowo klubowym wstępie mamy melodyjne „Lady Luck”, kolejno dryfujemy nad bujającym „Middle”, dziwacznym „Echoes”, by ostatecznie zatrzymać się na chwilę przy „Gravity”„Waterfront”. Na koniec Jamie chwyta za gitarę i żegna się z nami utworem „Missing Person”. Żeby jednak nie było tak kolorowo, końcówka odstaje od reszty i trochę przynudza.

Niepodważalnym atutem krążka jest lekkość jego przyswajania przez słuchacza. Jamie w bardzo przystępny sposób podaje nam na talerzu plumkania, pukania, szumienia, skrzypnięcia, które wygenerował na swoich laptopach. W nierozsądnie dużych dawkach mogłyby być irytujące, jednak tu, w pieczołowicie wyważonych porcjach, brzmi to niesamowicie: ciekawie i uspokajająco zarazem.

To szczegóły sprawiają, że album nabiera charakteru, którego tak brakuje ostatnimi czasy na większości bardziej komercyjnych wydawnictwach. Mirrorwriting to bardzo przemyślany i dopracowany debiut. Jamie z pewnością będzie musiał się mocno postarać, by udało mu się przebić go następnym krążkiem.

Komentarze

komentarzy