Relacja z koncertu Phife Dawga w Warszawie

Data: 20 listopada 2011 Autor: Komentarzy:

phife

fot. Marcin Natali

Gdyby ktoś postanowił kiedyś przeprowadzić wśród polskich słuchaczy hip hopu ankietę z pytaniem „jakie jest twoje największe koncertowe marzenie?”, jestem niemal pewien, że wygrałaby odpowiedź „zobaczyć na żywo A Tribe Called Quest„. Po wczorajszej imprezie z cyklu Rap History Warsaw część publiczności mogła to marzenie teoretycznie spełnić – pod warunkiem, że w 2009 widzieli Q-Tipa na Openerze. Oczywiście zobaczyć oddzielnie QPhife Dawga nie jest tym samym co zobaczyć ich kiedyś wspólnie jako ATCQ. Przed koncertem Phife’a miałem obawy, że mniej charakterystyczna postać z zespołu nie będzie w stanie pociagnąc na żywo tej legendy, po koncercie przekonałem się jak bardzo sie myliłem. Raperowi w towarzystwie DJ’a Rasta Rootsa i hypemana udało się zatrząść klubem Urban Garden, wypełnionym po brzegi przygotowaną na to wydarzenie publicznością.
Już na początku koncertu publika wykazała się wiedzą, nie tylko tą związaną z muzyką Tribe’ów. W końcu wraz z wybiciem północy nastąpił 20 listopada – dzień urodzin rapera. Podczas pierwszej przerwy, w czasie gdy Phife Dawg odkręcał sobie butelkę Kropli Beskidu (której nazwę bardzo ładnie udało mu się odczytać) tłum zaśpiewał mu tradycyjne polskie „sto lat”. Zaraz po tym na scenę wkroczyli organizatorzy z prezentem w postaci nowiutkich Nike’ów i z urodzinowym tortem. Jako zadeklarowany „sneakerhead” raper bardzo sie z butów ucieszył, z tortu, jako zadeklarowany „funkowy diabetyk” pewnie trochę mniej…
W każdym razie po tak miłym przyjęciu koncert po prostu nie mógł się nie udać. Udał się i to bardzo. Przy samym wejściu na scenę raper nie zrobił dobrego wrażenia – wyglądał na ociężałego, zmęczonego życiem i tworzeniem muzyki czterdziestolatka, w niczym nie przypominającego chłopaczka ze starych klipów A Tribe Called Quest. Gdy jednak zabrał się za wykonywanie utworów, szybko pokazał że jest inaczej, że tkwi w nim mnóstwo młodzieńczej energii, że dwadzieścia lat grania koncertów przełożyło się na niemałe doświadczenie w porywaniu publiki. Okazał się być człowiekiem dokładnie takim jak jego kawałki: szczerym, wyluzowanym i inteligentnym. Raper między utworami dużo żartował, wypytywał o ulubionych hiphopowców, złożył hołd zmarłęmu 5 lat temu J Dilli przedstawił tez swoje stanowisko w sprawie konfliktu z twórcami filmu dokumentalnego „Beats, Rhymes & Life”, który zresztą mieliśmy okazję obejrzeć w klubie przed koncertem. Jeśli chodzi już o samą muzykę, to główną siłą napędową były utwory A Tribe Called Quest, a utwory z solówki Phife’a plus bodajże dwie nowe produkcje były jedynie dodatkiem. Oczywiście nikt się nie spodziewał, że będzie inaczej. Praktycznie wszystko, co raper zagrał z repertuaru ATCQ wprawiało publiczność w euforię, nie zabrakło chyba niczego z klasyków zespołu. Najbardziej żywiołowo przyjęte zostały oczywiście największe przeboje, takie jak „Can i Kick It?”, „Scenario”, „Electric relaxation”, jak i kultowe wejście Phife’a z utworu „Buggin’ Out”.
Najistotniejszym aspektem występu było to, że tego wieczoru magia Tribe’ów zdecydowanie zagościła w budynku. Może i Phife Dawg zawsze był jedynie „tym drugim z ATCQ„, ale co z tego, skoro absencja Q-Tipa kompletnie nikomu nie przeszkadzała? Pozbawiony charyzmatycznego kolegi miał okazję pokazać słuchaczom, że sam również ma charakter, co znakomicie mu się udało. Jeszcze raz życzymy mu wszystkiego najlepszego z okazji 41 urodzin i zgodnie z jego dyrektywą pod koniec koncertu trzymamy kciuki za to, że w przyszłości A Tribe Called Quest nagra kolejny album. Oraz za to, że razem z Q-Tipem przyjedzie do Polski ten album promować.

Komentarze

komentarzy