40 najlepszych płyt 2011 Soulbowl.pl

Data: 30 grudnia 2011 Autor: Komentarzy:

40 najlepszych płyt 2011 Soulbowl.pl

Tak jak rok i dwa i trzy lata temu (tak, to już czwarte coroczne soulbowlowe podsumowanie roku!) prezentujemy Wam najlepsze płyty wydane w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Jak zawsze wykraczamy poza kanony soulu i r&b, eksplorując hip hop, funk, jazz i nowe brzmienia. Z racji mnogiej liczby wartych uwagi wydawnictw muzycznych lista rozszerzona została, podobnie jak w 2009 roku, do 40 pozycji. Całość do ogarnięcia, klasycznie po skoku!

#1. Thundercat

The Golden Age of Apocalypse

To już czwarte soulbowlowe podsumowanie roku i nie pamiętam, żeby do tej pory kiedykolwiek wcześniej pierwsze miejsce zajął krążek debiutanta. Stephen Bruner przy pomocy utalentowanego producenta Flying Lotusa wydał album, który stoi o kilka poziomów wyżej niż reszta tegorocznych płyt. Tak doskonałego połączenia jazz-funku z lat 70tych z muzyką elektroniczną jeszcze nie było. Bogactwo produkcji oszałamia. Nie ma się nad czym głębiej rozwodzić, wystarczą dwa słowa: muzyczne arcydzieło.

LEJDI K

#2. The Weeknd

House of Balloons/Thursday/Echoes of Silence

The Weeknd bierze garściami z ostatnio bardzo rozchwytywanych, przez spragnioną muzycznych innowacji krytykę, brytyjskich nurtów dubstepowo-futuregarażowych, dorzucając szczyptę amerykańskiego splendoru i całkiem konkretne, choć niezapierające tchu, melodie. Produkcja nie jest sterylna, co obraca się wręcz w rodzaj atutu, wyróżniającego projekt z tłumu. Na prawdziwy podziw zasługuje jednak dopiero magiczny sposób, w jaki wszystkie te elementy połączono w jedną, spójną i ciekawą całość. To właśnie ten lekko posępny, a równocześnie uwodzicielski nastrój, zupełnie wyrwany z kontekstu i wykradziony dubstepowym kolegom – tu efektownie wpisany w jakże inny muzyczny krajobraz, świadczy o jakości każdego z trzech tegorocznych mixtape’ów młodego Kanadyjczyka. CZYTAJ WIĘCEJ…

AAKTT

#3. Raphael Saadiq

Stone Rollin’

Na Stone Rollin’ Saadiq postanowił cofnąć się w czasie aż do podwalin współczesnej muzyki popularnej – królestwa bluesa, rhythm & bluesa i rock & rolla. Co najważniejsze album brzmi na tyle przekonująco, że niejeden miłośnik dawnych brzmień mógłby uwierzyć, że krążek został nagrany w pierwszej połowie lat 60tych. To wrażenie podkreśla szorstka (czy wręcz garażowa!) analogowa produkcja, zupełnie podobna do tej, która kilka lat temu zapewniła sukces pierwszych albumów The Dirtbombs. W każdej z dziesięciu piosenek wchodzących w skład krążka Saadiq wypada bardziej niż wiarygodnie – najważniejsze są melodia i rytm. CZYTAJ WIĘCEJ…

AAKTT

#4. Jamie Woon

Mirrorwriting

Niepodważalnym atutem krążka jest lekkość jego przyswajania przez słuchacza. Jamie w bardzo przystępny sposób podaje nam na talerzu plumkania, pukania, szumienia, skrzypnięcia, które wygenerował na swoich laptopach. W nierozsądnie dużych dawkach mogłyby być irytujące, jednak tu, w pieczołowicie wyważonych porcjach, brzmi to niesamowicie: ciekawie i uspokajająco zarazem. To szczegóły sprawiają, że album nabiera charakteru, którego tak brakuje ostatnimi czasy na większości bardziej komercyjnych wydawnictwach. Mirrorwriting to bardzo przemyślany i dopracowany debiut. Jamie z pewnością będzie musiał się mocno postarać, by udało mu się przebić go następnym krążkiem. CZYTAJ WIĘCEJ…

LEJDI K

#5. Beyoncé

4

Beyoncé się nie kończy. Dojrzewa artystycznie, a niedowiarkom pokazuje gdzie ich miejsce. Po rozwlekłym i reedytowanym w nieskończoność I Am… Sasha Fierce, przyszedł czas na spójny i przebojowy krążek. 4 pozostaje w zgodzie z najwyższymi standardami dzisiejszych produkcji R&B, nie tylko nie zaprzedając duszy piosenkarki elektropopowym wynalazkom, ale wręcz hołdując pionierom współczesnego rhythm & bluesa. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty, nie ma tu pretensjonalnej fasady wzniosłości i snucia iluzji patosu, które przyplątały się do Knowles niedługo po rozpadzie Destiny’s Child. Po raz pierwszy od lat możemy w pełni cieszyć się z obcowania z piosenkarką. W dodatku wypada ona w tym spotkaniu bardzo wiarygodnie. CZYTAJ WIĘCEJ…

AAKTT

#6. Frank Ocean

Nostalgia, Ultra.

To współczesne R&B, ale z soulową wrażliwością, ubrane w przestrzenną i lotną produkcję. Mimo dość oczywistych zapożyczeń Ocean nadaje swojej muzyce zupełnie nowy charakter i burząc oryginalne struktury buduje zupełnie od zera, nowy, być może ciekawszy krajobraz. To bardzo świadoma to płyta, zarówno w warstwie muzycznej, jak i lirycznej. Bezpośrednie czy momentami nawet szorstkie teksty spod pióra Oceana potrafią wznosić się na wyżyny miejskiej poezji, a ciekawy, choć nie charakterystyczny, wokal – przybierać prawdziwie aksamitne tony. CZYTAJ WIĘCEJ…

AAKTT

#7. SBTRKT

SBTRKT

Najbardziej przebojowa płyta roku. Dubstepowi puryści będą się obrażać na nową, bardziej przystępną twarz Aarona Jerome, ale jest ona ciekawsza i my ją uwielbiamy. Basy, syntezatory i elektronika podlana soulem, a wszystko to podane w zgrabnej piosenkowej formie. Nie mniej ważnymi bohaterami krążka są też damskie i męskie głosy pojawiające się gościnnie. Bez udziału chociażby genialnego Samphy, ten album straciłby wiele uroku. Nieustająca rozbujana pulsacja wprowadziła dubstep (postdubstep) na salony.

EMES

#8. J*Davey

New Designer Drug

Nowy krążek duetu okazał się być jednym z najbardziej satysfakcjonujących albumów 2011 roku. Jack jest tu w znakomitej formie – na płycie przybiera wiele masek. Brooke natomiast wykroczył poza wszelkie możliwe szufladki obowiązujące w muzyce. Najważniejsze elementy programu to zdecydowanie: „Queen of Wonderland ”, „Whatcha Lookin @”, „Topsy Turvy” czy „Anything Goes”. Pozycja obowiązkowa!

K.ZIĘBA

#9. Kendrick Lamar

Section.80

“Rob dalej to co robisz, nie daj umrzeć mojej muzyce” – takie słowa z ust Tupaca miał usłyszeć w swoim śnie Kendrick Lamar, 24-letni raper z owianego złą sławą Compton. To była jego bezpośrednia inspiracja do stworzenia pierwszego długogrającego albumu – przynajmniej tak nas zapewnia. Słuchając Section.80 trzeba przyznać, że Tupac Shakur bardzo dobrze wiedział, komu i kiedy się objawić. Krytyka społeczeństwa odurzonego narkotykami, narzucania w życiu codziennym podziałów rasowych, dwulicowości osób z najbliższego otoczenia – to tylko mała część tematów, które na tapetę bierze Kendrick. Wszystko to jest bardzo zgrabnie zarapowane na jazzowych, ale nowoczesnych zarazem podkładach. CZYTAJ WIĘCEJ…

CHOJNY

#10. The Roots

Undun

13. album w karierze grupy, która właściwie nigdy nie zeszła poniżej pewnego poziomu. Nie inaczej jest i tym razem. Koncepcyjny album wraz z zaburzoną chronologią zdarzeń nie ułatwia odbioru, ale warto wejść w sam środek historii opowiadanej przez The Roots. Spójny, mroczny klimat, orkiestrowe aranżacje i Black Thought w fenomenalnej formie, aż chciałoby się go słyszeć na tej płycie częściej. Wciąż Legendarni.

EMES

#11. Common

The Dreamer/The Believer

Pamiętam, że mój pierwszy wpis na Misce dotyczył właśnie singla „Ghetto Dreams” i od tamtej pory śledziłam poczynania Commona bardzo dokładnie. Nikt nie powinien być zawiedziony tą płytą. Jest spójna za sprawą mocnych produkcji No I.D. i choć tematycznie u Commona różnie, nie można oderwać od tego uszu. Common jak zwykle postawił na jakość i wszechstronność. Obowiązkowa pozycja dla słuchaczy rapu i nie tylko!

EYE MA

#12. Mayer Hawthorne

How Do You Do

Jeden z niewielu męskich albumów, który w tym roku potrafił rozgrzać serca prawdziwych kobiet. Mayer doskonale wie co w dzisiejszych czasach znaczy słowo estetyka. Nawet zmieniając swoją wytwórnię na większą nie stracił nic ze swojego uroku. Konsekwentnie urzeka swoim głosem i wyrafinowanymi produkcjami. Wszystko tak naturalne i spójne, aż nie chce się wierzyć, że nostalgiczny soul powrócił do łask.

EYE MA

#13. The Internet

Purple Naked Ladies

Syd tha Kid oraz Matt Martian narobili zamieszania singlem „Cocaine” oraz samym tytulem nadchodzącego debiutu. Rozczarowania nie było. Jest gorąco, purpurowo. Purple Naked Ladies może i płytą roku nie jest, ( pominięta w wielu rankingach roku z powodu późnej daty premiery – 20 grudnia), ale to ekstremalnie, interesująca kontynuacja wkraczania muzyki w inny wymiar hip hopu, trip hopu, elektroniki, soulu. Brakuje tu komercyjnych chwytów, to nie muzyka do radia. Lubisz nowe brzmienia, polubisz The Internet.

BROWN SUGAR

#14. Łona i Webber

Cztery i pół

Nikt nie ma tyle dystansu w oczach i takiej świeżości w przekazie co oni. Są jak jeden organizm, i przemawiają naszym głosem, będąc odbiciem naszej nie do końca poważnej rzeczywistości. Cztery i pół to bez wątpienia dzieło wybitne, nawet już nie chodzi o ten rok, ale o cały hip hop w XXI wieku. Nie zawiesili wyżej poprzeczki, tylko wymyślili nową kategorię. Zrezygnuję z odniesienia się do konkretnych utworów, każdy kto widział wideoklipy do „Nie pytaj nas” i „To nic nie znaczy” (a widziało blisko 2 mln osób) czy kto nabył fizyczny egzemplarz (zachęcam, cena nie odstrasza), nie szczędził im pochwał, tak jak ja powyżej.

DŹWIĘKU MANIAK

#15. Elzhi

Elmatic

Trybut Elzhiego dla Nasowego Illmatica z początku miał być tylko garścią nowych słów do sprawdzonych już beatów. Zapewne i to wystarczyłoby do nazwania krążka Elmatic dobrym trybutem. Artysta poszedł jednak krok dalej. Jak sam powiedział: „Pierwotną ideą dla tego projektu był rap do instrumentali. Jednak kiedy zobaczyłem, ile takich trybutów wpływa do sieci, zapragnąłem stworzyć coś innego. Zaprosiłem do współpracy producentów, których szanuję. Wspólnymi siłami wprowadziliśmy zmiany do oryginalnych beatów. Kolejnym pomysłem było nagranie wersji live. Przy tym pomogli mi Will Sessions. Po prostu poszliśmy do studia i daliśmy czadu.”

MERCEDISS

#16. Miles Bonny

Lumberjack Soul

Długo zwlekałem z przesłuchaniem Lumberjack Soul. Dwa miesiące po premierze dorwałem singiel z sideone’a, gdzie obok genialnego „J Birly” znalazł się tytułowy numer. Zamurowało mnie. Nie wiem – może ta trąbka ma jakąś magiczną moc, bo Miles przecież nie jest jakimś wybitnym wokalistą! Jego tegoroczna płyta w pełni przekonuje mnie jednak tym leniwym zawodzeniem.

K.ZIĘBA

#17. Gil Scott-Heron & Jamie xx

We’re New Here

We’re New Here to remixy utworów z ostatniej zeszłorocznej płyty Gila Scotta-Herona I’m New Here. Album otoczony była atmosferą tajemniczości, nostalgii, melancholii i mroku. Jamie xx sprawił, że utwory zyskały nowy wydźwięk, nabrały innej barwy i jeszcze bardziej nowoczesnego charakteru. Głos Herona przepełniony emocjami, naznaczony trudami życia, niełatwymi czasami, staje ramię w ramię z elektronicznym brzmieniem, tak charakterystycznym dla Jamie’go. Ten eksperyment się udał.

BROWN SUGAR

#18. Drake

Take Care

Po tym albumie biję się w pierś, że przez wszystkie lata nazywałam tego pana wszędobylskim. Może i bywa wszędzie, ale albumem Take Care pokazał klasę. Dużo było zapowiedzi, zmian i przetasowań. Było warto. Drake wyznacza nowy obszar w tak rozległej kulturze hip hopu. Płynnie przechodzi z rapowania, do śpiewania. Siłą napędową wydawnictwa są jednak podkłady. Mocno progresywne instrumentale nadają krążkowi charakter, którego zabrakło poprzednikowi. To Drake pokazał, że Stevie Wonder może swobodnie pokazać się na jednym albumie z Rihanną czy Nicki Minaj. Wszystko tworzy spójną całość. Zasłużone miejsce w rankingu.

LEJDI K

#19. James Blake

James Blake

Choć pełnometrażowy krążek tego brytyjskiego młodziana, zatytułowany po prostu James Blake, poprzedzony był kilkoma ciekawymi epkami, to dopiero album odsłonił całą paletę muzycznych możliwości Blake’a, gdzie w elektronicznym świecie zaplątały się delikatne soulowe motywy, a to wszystko we wręcz nieruchomych objęciach nowo rodzącego się ruchu post-dubstepowego. Bardzo emocjonalne, nagie brzmienia. Idealny przykład na to, że korzystając z nowoczesnych środków, nadal można tworzyć muzykę na bazie szczerych nieskrępowanych uczuć.

AAKTT

#20. Jill Scott

The Light of the Sun

Fajnie jest słuchać albumów artystów, którzy nie robią nic pod publikę. Jeszcze fajniej jest kiedy przy okazji ta publika to docenia. Tak stało się z płytą The Light of the Sun, która jako pierwszy krążek Jill zadebiutowała na pierwszym miejscu listy Billboard 200 i niejako wprowadziła neo-soul w XXI wiek. Album to słodko-gorzka mieszanka emocji w najszczerszym wydaniu a Scott brzmi na nim pewniej niż kiedykolwiek śpiewając, rymując i recytując prosto z serca.

SIOSTRA

#21. Theophilus London

Timez Are Weird These Days

Długo oczekiwany przez wszystkich debiut Theophilusa nie zawodzi. Podobnie jak poprzednie udane mikstejpy Londona, krążek brzmi jak soundtrack stworzony na potrzeby życia zrelaksowanych hipsterów. Nostalgiczny, ale jednocześnie świeży album jest mieszanką synth popu, rocka, rapu i nowej fali. Theo rapuje na nim wprawdzie nie najgorsze teksty ale czasem przesadza z powtarzalnością i zdecydowanie bardziej urzeka próbując śpiewać (jak w „Love Is Real” czy „Why Even Try”.)

SIOSTRA

#22. Jay-Z & Kanye West

Watch the Throne

Jay-Z i Kanye West od lat mają więc ten komfort, że mogą robić co chcą i jak chcą. Ale jednak współpraca na zasadzie “ja produkuję, a Ty rapujesz” to zupełnie inna bajka niż kolaboracja fifty-fifty. Obaj panowie od lat, choć ze skrajnie różnymi osobowościami, przykuwają uwagę i z roku na rok nadają słowu sukces coraz to nowe znaczenia. Dlatego wpadki na Tronie zdarzają się zgodnie ze starą dobrą zasadą – im większe ciśnienie na sukces tym łatwiej o porażkę. Nie mniej jednak są momenty, kiedy raperzy potrafią wzniecić ogień. CZYTAJ WIĘCEJ…

EYE MA

#23. Big K.R.I.T.

ReturnOf4Eva

„Jeśli coś nie dotyka mojej duszy, to nie potrafię tego słuchać” – nawinął Big K.R.I.T. w utworze „The Vent”. Raper z Meridian, Mississippi swoim drugim albumem dotknął w tym roku niejednej duszy i potwierdził, że ustanawia nową jakość w południowym hip hopie. ReturnOf4Eva to błyskotliwe połączenie cadillacowo-felgowych przechwałek z prowokującą do głębszych przemyśleń tematyką, oraz jeszcze bardziej błyskotliwe tchnięcie soulfulowej wrażliwości w rytmikę dirtysouthowych cykaczy. Muzyk bezbłędnie dzieli obowiązki rapera i producenta, ciężko mi w zasadzie powiedzieć w czym jest lepszy. Może Wy potraficie?

CHOJNY

#24. Stalley

Lincoln Way Nights

Jeśli miałbym wskazać najbardziej udane płytowe debiuty mijającego roku, to na pewno znazał by się w tym zestawieniu album/mixtape Klye’a Myricksa, który kiedyś miał zostać koszykarzem, a teraz jako Stalley zyskuje sobie coraz większe uznanie hip hopowego środowiska. Wypłynąć na szersze wody pomógł mu Rick Ross, a owocem ich współpracy jest tegoroczne wydawnictwo Lincoln Way Nights (Intelligent Trunk Music). Od strony producenckiej świetnie spisał się Rashad, Stalley za to udowodnił, że odnalazł pasję, która go wybrała. Raper, którego Polska miała okazje gościć na początku grudnia, okazał się w tym roku na tyle barwną postacią, że w już mówi się o kolejnych wydawnictwach z jego udziałem. Na koniec warto dodać, że cały materiał z LWN jest udostępniany w sieci za darmo!

DŹWIĘKU MANIAK

#25. Charles Bradley

No Time for Dreaming

Po dziś dzień jestem obrażony na soulbowlową ekipę za to, że tak zlekceważyła debiut Charlesa Bradleya. Nie bolał by mnie fakt ten tak bardzo, gdyby nie nad wyraz wysoka pozycja przyjemniaczka Saadiqa, który w moim przekonaniu, ze swoimi słodkimi historyjkami – może co najwyżej prosić Bradleya o autograf i wskazówki, jak ma się grać soul. Ten gość ma prawie 65 lat i nagrał pierwszą płytę. Jeśli nie przekonała Was sama muzyka, przesłuchajcie proszę płyty, traktując tego dziadka choćby jako sezonową ciekawostkę. Ostatnia rzecz – ogłaszam „The World (Is Going Up In Flames)” singlem roku w muzyce soul. Tak jest! Ktoś musiał to powiedzieć!

K.ZIĘBA

#26. Apollo Brown

Clouds

Clouds od Apollo to moim zdaniem jedna z dwóch, obok Chinoiseries, Pt. 2 Onry, najlepszych rzeczy jaka mogła trafić się fanom instrumentalnego hip hopu w 2011 roku. Chmury są piątym albumem wydanym w ostatnich dwóch latach przez tego niezwykle utalentowanego producenta. Tu na szczęście ilość idzie w parze z jakością. Dostajemy 27 świetnie skomponowanych produkcji (plus dwa bonusowe tracki z Oddisee i Has-Lo), wśród których ciężko wskazać wyraźnego faworyta. I bardzo dobrze! Materiał kołyszę głową od pierwszej do ostatniej sekundy, jest bardzo spójny i co niezwykle istotne – buduje klimat, do którego chce się wracać. Do tego dochodzi sugestywna okładka, która wyraźnie każe nam oderwać się na chwilę od rzeczywistości i przy hiphopowych beatach pobujać w obłokach.

DŹWIĘKU MANIAK

#27. M.E.D.

Classic

Tak jest. Autor nadając taki tytuł, niejako predestynował swoje dzieło do bycia ponadczasowym, (choć to może nieco na wyrost), ale uniwersalnym – już na pewno tak. Klasyczne dla młodszych, klasyczne dla starszych. Udało się. Album jest spójny, uniwersalny, MED jest dobrym raperem, a większość utworów wyprodukowanych przez Madliba pokazuje, jak bardzo warto czekać na jego powrót.

BROWN SUGAR

#28. Onra

Chinoseries, Pt. 2

Mieszane, francusko-wietnamskie korzenie muzyka są jedną z przyczyn dziwności i egzotyki jego twórczości. Album ten nie jest jednak wbrew pozorom pretensjonalny, a zapętlone rytmy zmuszają głowę do najzwyklejszego w świecie kiwania. Fanów orientalizmu ucieszy kawałek „One for the Wu” . Zupełnie inaczej prezentuje się chociażby „All Night”, kawałek idealny, jeśli jesteś w Tokio w godzinach szczytu i przypadkiem uciekasz przed mafią. Możecie to nazywać po prostu „taśmą z beatami”, ALE! tu naprawdę słychać dobre ucho do sampli.

MERCEDISS

#29. Sokół i Marysia Starosta

Czysta brudna prawda

Początkowo Sokół trochę mnie zaniepokoił, bo zamiast wreszcie nagrać solowy album zaangażował się w kolejną kolaborację. Na szczęście jego nowa muzyczna (a także prywatnie) połówka okazała się o niebo lepszym wyborem niż dotychczasowi J… (szkoda jego ksywkę wymawiać) i Pono. Wokalistka w znakomity sposób wzbogaca gorzkie i zimne niczym lód obserwacje bardziej dojrzałego niż kiedykolwiek „narratora” o kobiecą wrażliwość, czasem też zmysłowość. Uroku płycie dodaje również wszechstronna, ale nie popadająca w nachalny eklektyzm muzyka, nad którą czuwali producenci z różnych stron świata.

CHOJNY

#30. Toro y Moi

Underneath the Pine

Na Underneath the Pine Toro y Moi bardziej zdecydowanie uderzył w syntezatorowy funk i odkurzył złotą erę disco, nie pozbywając się przy tym chillwave’owego brzmienia, które konsekwentnie od kilku lat buduje jego muzyczny fenomen. Nowy album brzmi trochę jakby pocięte taśmy z losowymi nagraniami Beach Boysów zalać dyskotekowym sosem i świadomie dodając tu czy tam syntezatory czy linię basu, wytłoczyć z tego winylową płytę. Krążek bardziej przebojowy niż na debiut dowodzi, że dla Chaza ewolucja jest czymś naturalnym. I dobrze!

AAKTT

#31. Beastie Boys

Hot Sauce Committee, Part Two

To powrót do starego brzmienia zespołu, choć w sumie o żadnym powrocie też nie powinno być mowy, bo Beastie Boys na większości albumów brzmią tak samo. To proste. Beastie Boys brzmią jak Beastie Boys, ale na tym polega ich fenomen. Nie zmienia to jednak faktu, że rewolucji nie ma. Przyzwyczaili nas do tego. Nawet jeśli ich nie znasz, nie wymienisz jednym tchem dziennych dat premier ich teledysków i tak będziesz wiedzieć, że słuchasz właśnie ich. Ta płyta jest tego idealnym przykładem. CZYTAJ WIĘCEJ…

MERCEDISS

#32. Muzykoterapia

Piosenki Izy

Przepowiednia na nowy rok: Ten album i utwory będą kiedyś samplowane przez wielu artystów, nie tylko polskich, ale i zagranicznych. ‘Piosenki Izy to według mnie bez dwóch zdań najlepszy, polski album nie tylko tego roku, ale i kilku poprzednich. Idealna harmonia, bogactwo instrumentów, charakterystyczny i subtelny głos Izy, piękna, staro-jazzowa szata graficzna. Każdy dźwięk przemyślany po stokroć. Na jednym krążku dostajemy jazz („Wiatr”), swing („Dym”), soul („Time To Die”), a nawet szczyptę elektroniki („Komedia”). Przewaga tekstów w języku ojczystym pokazuje, że wcale nie jest tak trudno wykrzesać z języka polskiego coś wartościowego i ubrać to w słowa. Ich abstrakcyjność, czasem groteskowość, metaforyzm, a nawet subtelne grafomaństwo potęguje odbiór i zmusza do myślenia. Prywatnie pierwsza piątka, ale nad opiniami reszty redakcji zapanować NIESTETY nie mogę.

LEJDI K

#33. Mark de Clive-Lowe

Renegades

Nowa Zelandia-Anglia-Los Angeles. Mark de Clive-Lowe przeszedł długą drogę i ta płyta to w pewnym sensie jej podsumowanie. Nie znajdziemy na niej żadnych odkrywczych, super świeżych rzeczy, ale też w żaden sposób nie wpływa to na jej gorszy odbiór. To świetnie zaaranżowana, relaksująca muzyka poruszająca się gdzieś między broken beatem, dźwiękami afrykańskimi a soulem i funkiem, która po raz kolejny dowodzi producenckiego kunsztu Marka. Dodajmy do tego jeszcze świetnych gości, a otrzymamy krążek przy którym nudzić się nie sposób.

EMES

#34. TiRon & Ayomari

A Sucker for Pumps

To na pewno album dla kobiet. Nie w taki romantyczny sposób a’la Boyz II Men, ani wcale nie to, że panowie wyją do księżyca o swoich ukochanych. Jest wręcz na odwrót: miłość porównują do chaotycznych działań wojennych. Pożądanie i nienawiść ważą tu po tyle samo. Od strony technicznej, w każdym utworze można wyodrębnić początek, środek i koniec. Zaś wokale przywiązują zaskakująco dużą wagę do intonacji, co bardzo pozytywnie zaskakuje słuchacza.

MERCEDISS

#35. ASAP Rocky

LiveLoveA$AP

ASAP Rocky namaszczony na rapera został już w dniu narodzin, gdy rodzice dali mu na imię Rakim. Chłopak nie poszedł jednak w pełni w ślady swojego patrona – legendy nowojorskiego hip hopu, bardziej fascynowały go style uprawiane w Atlancie, Houston i Cleveland. Dodajmy do tego ambientowe brzmienie podkładów od Clams Casino i otrzymujemy obraz, który wciąż nie oddaje w pełni tego, co składa się na muzyczny aglomerat zatytułowany LiveLoveA$AP. Rocky hipnotyzuje swoją techniką, flow i doborem bitów. A że pod względem liryki materiał jest zupełnie o niczym? W tym przypadku nie stanowi to zupełnie żadnego problemu.

CHOJNY

#36. Shabazz Palaces

Black Up

Nowy projekt jednego z członków legendarnego już Digable Plantes jest bardzo na czasie. To eksperymentalny album inkorporujący mnogość elektronicznych smaczków, a jednocześnie mocno hołdujący klasyce gatunku. Kto by pomyślał jeszcze kilka lat temu, że obok trywialnej i podpartej efekciarstwem papki, zaczynają wyrastać na niezależnym gruncie fundamenty, na których można spokojnie stawiać nową falę hip hopu? Black Up dudni i bębni w bardzo nieszablonowy, wręcz awangardowy sposób. Tego trzeba posłuchać, opis nie zda się tu na nic.

AAKTT

#37. Fisz Emade

Zwierzę bez nogi

Bracia Waglewscy znów namieszali w polskiej muzyce. Kiedy wszyscy myśleli już, że dla tej dwójki granie rapu to etap skończony… BUM! I projekt gotowy. Emade w doskonały sposób wykorzystał dorobek A Tribe Called Quest czy Beastie Boys, przetwarzając to na swoje realia i tworząc kreatywne, szalone beaty. Fisz jak zwykle bawi się słowem i wymaga od słuchacza wnikliwej analizy tekstów. Choć jest parę sentymentalnych momentów, krążek jest wulkanem pozytywnej energii.

EYE MA

#38. Oddisee

Rock Creek Park

Muzyczny hołd dla miejskich parków sprawdza się najlepiej…a jakże, podczas nieśpiesznych spacerów w takich właśnie okolicznościach przyrody. Rock Creek Park to bogaty kolaż ciepłych sampli wzbogacony gdzieniegdzie o brzmienie żywych instrumentów. Wszystko to zrobione i zaaranżowane ze smakiem i w doskonałych proporcjach, z każdym kolejnym odsłuchem wciągające coraz bardziej w muzyczny świat Oddisee. Kolejne potwierdzenie jego wielkiej klasy i niezwykłej wyobraźni.

EMES

#39. Amalia

Art Slave

Porównywana do Chaki Khan, Sheila E, Earthy Kitt czy Betty Davis Amalia na swoim debiutanckim albumie pokazuje na co ją stać. To album dla tych, którzy ciekawi są nowości i stęsknili się za brudnymi dźwiękami, pomieszanymi podkładami i wybiegającymi w przyszłość aranżacjami. Bo taki właśnie jest kosmiczny funk Amalii.

SIOSTRA

#40. Mary J. Blige

My Life II… The Journey Continues (Act 1)

Mary J. Blige sama skazała swoje najnowsze dzieło na serię porównań ze strony słuchaczy, wydając płytę, która jest sequelem My Life z 1994 roku. I być może właśnie dlatego rozpoczyna album od rozmowy z Diddym – producentem pierwszej części, gdzie podkreśla, że kontynuację rozumie jako zapisaną muzycznie obserwację zmian, które zaszły w jej życiu. Jak wiadomo, przez długi okres wokalistka zmagała się z bólem i cierpieniem. Ta płyta jest dowodem na to, że definitywnie nie są już obecne w jej życiu.

EYE MA

Komentarze

komentarzy