Relacja: Pharoahe Monch i Yassin Bey na Adidas Originals Rocks the Floor

Data: 4 marca 2012 Autor: Komentarzy:

Marka Adidas nie ma ostatnio szczęścia jeśli chodzi o szacunek wśród polskich hiphopowców. Firma odzieżowa, która w latach osiemdziesiątych zapracowała w Ameryce na status symbolu kultury hip hop, rok temu wstrząsnęła nami przez akcję z zamalowaniem muru na warszawskich Wyścigach na rzecz reklamy. Adidas Originals Rocks the Floor nieoficjalnie miało być rekompensatą za ten strzał w ubraną w Superstara stopę. Teoretycznie znakomitą, bo związaną z wystąpieniem na żywo dwójki wielce szanowanych w środowisku raperów – Pharoahe MonchaYassina Beya, który dla nas zawsze tak naprawdę pozostanie Mos Defem. Praktycznie niestety – nie do końca udaną.
Kto miał dziś styczność z kimkolwiek zainteresowanym tym wydarzeniem, ten na pewno słyszał o ogromnej, wręcz absurdalnej, obsuwie. Absurdalnej w takim sensie, że zagraniczne gwiazdy wieczoru zaczęły grać półtorej godziny po… planowanym zakończeniu imprezy. Czas oczekiwania między koncertem O.S.T.R.’a (też zresztą opóźnionego), a koncertem gwiazd ze Stanów był udręką dla każdego, któremu zależało na miejscu prawie pod samą sceną. Wypowiadane przez prowadzącego imprezę Rufina „jeszcze pół godziny”, tudzież „jeszcze minuta-osiem” w połączeniu z brakiem jakiejkolwiek informacji na temat przyczyn obsuwy, wywoływało wśród publiczności oburzenie i wprowadzało stadionową atmosferę w negatywnym tego słowa znaczeniu. Kiedy wreszcie na scenę wkroczyli Pharoahe Monch wraz ze swoim DJ’em, publiczność odzyskała dobry humor, dostała w końcu to na co w większości przyszła. Tylko co z tego, jak już spora część osób nie miała sił dobrze się bawić?
W tym momencie dała znać o sobie kolejna wielka wada imprezy – nagłośnienie. Kto jest fanem Faraona ten dobrze wie, że jest on arcymistrzem precyzyjnego, technicznego składania wersów – sporo radości ze słuchania rapera zostało nam odebrane, gdyż ciężko było zrozumieć linijki, jeśli nie znało się ich na pamięć. Koncert nie był na dodatek zbyt długi – trwał niby standardową godzinę, ale przeplatany był długimi przerwami między utworami, bynajmniej słabo wykorzystanymi na nawiązanie kontaktu z publicznością. Każdemu słuchaczowi Moncha z pewnością któregoś jego przeboju zabrakło. Oczywiście było też trochę pozytywów, wśród nich przede wszystkim osoby towarzyszące, czyli utalentowany Boogie Blind na deckach, oraz śpiewająca refreny MeLa Machinko. Powiedziałbym, że wokalistka wręcz ukradła show raperowi. Wielkim plusem było też wykonanie „Simon Says” – koncertowy mega-przebój najmocniej zabujał publiką, a dodatkowo mocno ją rozbawił, gdy Pharoahe chciał urzeczywistnić treść niektórych linijek na pani Machinko. Zaraz po „Szymonie” raper przerwał koncert, żeby złożyć hołd dla zmarłego rok temu Nate Dogga, co było oczywistym syngałem do wspólnego wykonania rawkusowskiego „Oh No!” wraz z drugim bohaterem wieczoru, czyli z Yassinem Beyem.

W ten sposób koncert Moncha płynnie przeszedł w koncert Mos Defa. Zmienił się protagonista, ale główny czarny charakter, zwany nagłośnieniem, pozostał ten sam. Zrozumienie słów posiadacza jednego z najtrudniejszych do rozgryzienia akcentów wśród raperów, było jeszcze większym wyzwaniem niż rozumienie poprzedniego występującego. Na szczęście dała o sobie znać zasada, według której mowa ciała stanowi główną część komunikacji ludzkiej. Pod tym względem artysta dawał z siebie bardzo wiele, w końcu rzadkim widokiem jest mc tańczący na scenie do rapowanych i śpiewanych przez siebie utworów. Widać było, że bardzo dobrze się przy tym bawił i jego występ wymykał się spod stereotypu hiphopowego koncertu z raperem i dj’em w rolach głównych i jedynych. Robił na scenie show, które mogło porwać również widzów nieznających albumów rapera, gdyby tylko nie nieszczęsne nagłośnienie i zmęczenie oczekiwaniem. Za to ci wierni fani z pewnością byli rozczarowani niezagraniem przebojów z nagranego z Talibem Kweli albumu Black Star. Można było się pocieszać świadomością, że właśnie on, Mos Def ze swoim czerwonym mikrofonem zagrał nareszcie koncert dla Polaków, ale czy to ma sens? Tym bardziej miałem prawo wymagać, by wszystko tego sobotniego wieczoru zostało zapięte na ostatni guzik.
Głód, zmęczenie i rozczarowanie dawały mocno znać o sobie, kiedy o trzeciej nad ranem na zebrany tłum czekała jeszcze jedna niespodzianka – wielka bitwa pod szatniami. Z czasem negatywne emocje jednak opadły i jako wieloletni słuchacz hip hopu trochę ucieszyłem się, że mogłem odhaczyć kolejne dwa nazwiska z listy raperów, których chciałem zobaczyć na żywo. Problem w tym, że w chodzeniu na koncerty nie chodzi chyba o ich zaliczanie, a o dobrą zabawę przy tym. Organizatorzy (nie mylić ze sponsorem swoją drogą) odebrali nam sporo tej zabawy. Mogło być pięknie.

Komentarze

komentarzy