Relacja z warszawskiego koncertu Lauryn Hill

Data: 12 czerwca 2012 Autor: Komentarzy:

zdjęcie: cgm.pl

Lauryn Hill swoim niedzielnym występem w Polsce udowodniła, że pokonała już demony, z którymi się zmagała i jest gotowa wrócić na scenę na dobre. Chociaż oczywiście na własnych warunkach.

Wyglądała kwitnąco, czuła się bardzo swobodnie, tryskała energią i optymizmem. Wiedziała dokąd i po co przyjechała – do Warszawy by dać z siebie wszystko porywając polską publiczność. I co nie mniej ważne – była w bardzo dobrej dyspozycji wokalnej.

We wstępie do jej MTV Unplugged No. 2.0, Hill powiedziała, że kiedyś była wykonawczynią, ale już tak siebie nie postrzega. Od 2002 roku minęło jednak wiele czasu i ktokolwiek uczestniczył w warszawskim koncercie nie ma wątpliwości, że tamto oświadczenie można uznać za niebyłe.

Koncert poprzedziła muzyczna rozgrzewka w postaci pozbawionego smaku i wyczucia miksu reggae, dubstepu i hitów Whitney Houston w wykonaniu didżeja z ekipy piosenkarki. Pierwsze rzędy mogły się wówczas przekonać na własnej skórze czym są fale dźwiękowe. A to za sprawą grubo przesadzonego basu, który czuć było w gardle i płucach podczas każdego kolejnego uderzenia bitu. Problem zauważono i naprawiono zresztą dopiero w trakcie właściwego koncertu, ale nagłośnienie całego festiwalu i akustyka Pepsi Areny, nawet pomimo tego pozostawiały wiele do życzenia. Co ciekawe, wraz z wyjściem Hill na scenę, przestał padać obfity deszcz, w strugach którego pogrążona była wcześniej warszawska publiczność.

Przez lata Lauryn Hill wykształciła bardzo specyficzną stylistykę koncertową. Drogą licznych ewolucji pozbawiła swoje piosenki z okresu Miseducation początkowo aranży, następnie melodii, aż wreszcie także i rytmu oryginałów. To nowe awangardowe ujęcie nie przestaje zaskakiwać nawet najwierniejszych fanów. Nakładające się na siebie kolejne warstwy wokalne, instrumentalne i rytmiczne momentami przechodziły w bezkształtną, niezrozumiałą odbiorcom kakofonię. Właśnie od takich, niemalże nierozpoznawalnych kreacji dawnych przebojów Hill rozpoczęła niedzielny występ. Ale nawet jeśli część z nich („Superstar”, „Final Hour”, „Forgive Them Father”) została bezpardonowo poszatkowana, ujęta w nowe ramy estetyczne czy skondensowana ekspresowym tempem, w tym szaleństwie jest pewna metoda.

Chociaż samego początku koncertu zdecydowanie nie można uznać za udany, z każdym kolejnym utworem, artystyczna wizja piosenkarki stawała się dla publiczności coraz bardziej klarowna i zrozumiała, osiągając punkt kulminacyjny w postaci progresywnej, niemal dziesięciominutowej odsłony „Ex-Factor” – najbardziej intymnego fragmentu koncertu.

Później było już jedynie znakomicie. Hill porwała tłum sięgając po przeboje z The Score Fugees. Od rapowych, rozbujanych interpretacji „How Many Mics” i „Fu-Gee-La”, przez emocjonalne „Killing Me Softly” przywołujące echa legendarnego wykonania z Dave Chappelle’s Block Party, po wieńczące dzieło „Ready or Not” poprzedzone żywiołowymi okrzykami piosenkarki – „Warsaw, are you ready?”. Koncert zakończył się w wielkim stylu – energetycznym wykonaniem Marleyowskiego „Could You Be Loved?” i równie rewelacyjną interpretacją największego przeboju Hill – „Doo Wop (That Thing)”.

Nawet jeśli uznać występ Lauryn Hill w Polsce za spóźniony o co najmniej kilka lat, bez cienia wątpliwości długie nań oczekiwanie zostało nam sowicie wynagrodzone.

Setlista:
„Killing Me Softly”
„Everything Is Everything”
„Superstar”
„Final Hour
„Forgive Them Father”
„To Zion”
„Lost Ones”
„Master Blaster (Jammin’)”
„Ex-Factor”
„How Many Mics”
„Fu-Gee-La”
„Killing Me Softly”
„Ready or Not”
„Could You Be Loved”
„Doo Wop (That Thing)”

Komentarze

komentarzy