Recenzja: Jay Rock 90059

Data: 8 października 2015 Autor: Komentarzy:

Jay Rock

90059 (2015)

Top Dawg Entertainment

Musiały upłynąć cztery długie lata, abyśmy mogli odsłuchać kolejny pełnoprawny krążek od Jay Rocka. Szerszej publiczności znany z pojawienia się na „Money Trees” Kendricka Lamara, czy utworu „Hood Gone Love It”, który pojawił się w soundtracku do najnowszej części serii gier GTA. Przez te cztery lata w całym T.D.E. działo się naprawdę dużo, krążki wydali zarówno King Kunta (o dziwo, nawet trzy), Schoolboy Q, SZA, Ab-Soul czy nawet Isaiah Rashad. Przez swoją nieobecność (zaznaczoną wprawdzie kilkoma featuringami), tylko najwięksi fani nie zapomnieli o niekwestionowanym talencie rapera.

90059 to kod pocztowy dla Watts w Kalifornii. I jeżeli można zwizualizować sobie tę płytę tylko jednym słowem, jest to właśnie Kalifornia. Zapomnij tylko o pop rapowej, widealizowanej otoczce i zanurz się w klimacie drugiego sezonu True Detective, albo świetnego thrillera z Bradem Pittem i Davidem Duchovnym. Po okolicy oprowadzi Cię sam gospodarz, bo nie ma wątpliwości, że Jay Rock doskonale odnajduje się w tej mroczniejszej części amerykańskiego snu. Kinowe wręcz przywiązanie do szczegółów w warstwie lirycznej płyty sprawia, że przesiąknięcie całością nikomu nie sprawi trudności. Od wprowadzającego „Necessary” po końcowe „The Message” ani przez chwilę nie ma wątpliwości, że wszystkie zmagania się, nie ma co się oszukiwać, gangstera, są w stu procentach prawdziwe.

Co więcej, im dłużej i skrupulatniej analizujemy cały album, tym jest jeszcze lepiej. Rewelacyjna warstwa tekstowa wsparta jest naprawdę imponującym warsztatem. Od spokojnego płynięcia po bicie przez wściekłe, prawie furiackie atakowanie kolejnych wersów, po wciągające storytellingi i śpiewane refreny (ukryte pod alter ego Lance Skiiiwalker), technicznie absolutnie nie można się nudzić, tak samo jak nie ma takiej możliwości aby nie zacząć najzwyczajniej się bujać do najróżniejszego flow jakim dysponuje raper. Odrobinę razi zbyt wyraźna inspiracja ODB w tytułowym utworze, ale jest to zdecydowanie kwestia do przełknięcia przy całości. Całości, której jeszcze większej pikanterii daje potężna lista ksywek na występach gościnnych. Dwa kawałki z Kendrickiem, melodyjne refreny od Isaiaha Rashada i SZA i przede wszystkim – mocarny posse cut całego Black Hippy w postaci rozbujanego „Vice City”. Postawienie na najbliższych ziomków z wytwórni okazało się strzałem w dziesiątkę, z drugiej strony – kto nie chciałby nagrywać z Lamarem albo Schoolboyem? Dawno nie słyszałem tak świetnie wyważonej płyty pod tym względem, bez dwóch zdań wszystkie są na odpowiednim poziomie i w odpowiednim miejscu.

Ostatnim elementem tej układanki jest o dziwo spójny przekrój różnych odmian rapu, mamy West Coastowe „Money Trees Deuce” (tak tak, to ukłon w stronę Good Kid, M.A.A.D City), kalifornijskie oczko do Dre w „Necessary”, hołd dla J Dilli w „Fly On the Wall”, przebrzmiewające Southernplayalistic w „Wanna Ride”. Przyjemnie jest usłyszeć tak różne odłamy rapu, w pewien sposób znajome, bez poczucia bezczelnego skopiowania całości.

BARDZO przyjemnie słucha się tak przemyślanej i dopracowanej płyty, z jednej strony zróżnicowanej, z drugiej spiętą klamrą bardzo ciemną barwą brzmienia. Na taki album wato było czekać nawet cztery lata.

Komentarze

komentarzy