
Brad Mehldau Trio
Blues and Ballads (2016)
Nonesuch

Bardziej bluesowe dla tych, którzy spodziewali się jazzu i niepodważalnie jazzowe dla tych, którzy nastawili się na blues. Takie jest Blues and Ballads — najnowszy album Brad Mehldau Trio. Amerykański pianista wraz ze swoim triem poniekąd przedłużył na tym krążku swoją ostatnią trasę koncertową, w ramach której prezentował wyłącznie jazzowe interpretacje utworów innych wykonawców. Na Blues and Ballads w przeciwieństwie do wcześniejszych projektów Mehldau’a znajdziemy bowiem nie tyle oryginalne kompozycje, ale, co warto podkreślić, oryginalne wykonanie. Na warsztat trafili między innymi Beatlesi (doskonale prezentujące się w kameralnym jazzowym aranżu szeroko znane „And I Love Her” z katalogu grupy i niedawny solowy singiel McCartneya „My Valentine”) i rozmaite, pokryte już w wielu przypadkach patyną standardy z ery klasycznego jazzu — wśród nich chociażby Charlie Parker, Cole Porter czy Frank Sinatra.
Mehldau nie traktuje jednak bluesa instrumentalnie — ten bowiem poza tym, że przejawia się w łatwo odczytywalnych reinterpretacjach posępnych klasyków, jest także mocno obecny w artykulacji muzyków — zauważalnie nadaje ton i kształt całej płycie. Trio gra po swojemu, z jak zwykle mocno post-minimalistycznym zacięciem, ale jednocześnie na swój sposób hołduje konwencji klasycznego tria jazzowego, co jak na dłoni słychać w Parkerowskim „Cheryl”. Udaje się im jednak z jednej strony skutecznie przyjętą stylistykę ujarzmić, a z drugiej — głęboko nad nią pochylić — choć w zderzeniu z klasycznym Sinatrą wydają się równie bezsilni co Bob Dylan w swojej ostatniej odsłonie. W ostatecznym rozrachunku Blues and Ballads ujmuje jednak błyskotliwością ukrytą między wierszami kojącej prostolinijności i nawet jeśli trudno określić ten krążek mianem magnum opus Mehldau’a, trudno się w nim choć na chwilę nie zatracić.


Komentarze