jazzująco

„Warto podejmować ryzyko, inaczej robilibyśmy to samo” — Piotr Turkiewicz

Piotr Turkiewicz Jazztopad

Piotr Turkiewicz, zdj. Łukasz Rajchert

W przeddzień 16. edycji Jazztopadu, corocznego jazzowego święta Wrocławia w Narodowym Forum Muzyki, z dyrektorem artystycznym Piotrem Turkiewiczem porozmawialiśmy nie tylko o lineupie rozpoczynającej się jutro imprezy, ale o współczesnym jazzie w ogóle — nierzadko zawieszonym gdzieś pomiędzy awangardą a hip hopem. A także o tym, że każdy może zaprogramować festiwal jazzowy (podobno wystarczy wysłać dwa mejle) i o tym, dlaczego Jazztopad kojarzy się Amerykanom z wyrzutnią rakietową.

„Nie chcę, żeby to był festiwal przewidywalnych wielkich jazzowych nazwisk”

Soulbowl: 16. edycja Jazztopada we Wrocławiu. Między 15 a 24 listopada będzie okazja, żeby zobaczyć m.in. Shabakę Hutchingsa z The Comet Is Coming, Makayę McCravena, Anouara Brahema, Vijaya Iyera z Wadadą Leo Smithem czy nestora stylu Charlesa Lloyda. Przeglądając tegoroczny program, nie sposób nie zauważyć w kontekście poprzednich edycji, że jest wielu powracających gości — spośród tych, których wymieniłem: Wadada Leo Smith, Vijay Iyer, Shabaka Hutchings, a Charlesa Lloyda już otwarcie opisujecie w informacji prasowej jako stałego bywalca Jazztopadu. Co stoi za tymi powrotami i jak to się robi, że artyści tak chętnie wracają?

Piotr Turkiewicz: Powroty chyba są związane głównie z koncepcją festiwalu, czyli to, na czym mi najbardziej zależy — budowanie relacji z artystami i doprowadzenie do sytuacji, kiedy już właściwie nie trzeba nikogo przekonywać, żeby zrobili coś specjalnie dla nas, tylko inicjatywa jest po ich stronie. To jest bardzo ważna rzecz, bo ja unikam od lat przypadkowych koncertów i bardzo zależy mi, żeby każdy koncert miał jakąś historię, opowieść. W tym roku na pewno Charles Lloyd jest takim artystą, który wraca dlatego, że jest już nieodłączną częścią festiwalu. On sam bardzo chciał, żeby ten konkretny utwór zabrzmiał w nowej aranżacji z orkiestrą symfoniczną, a jak takie marzenie artysty się pojawia i my możemy je zrealizować, to bardzo trudno mu odmówić. Oczywiście nigdy bym nie odmówił, bo to jest jeden z moich najukochańszych artystów. A poza tym to wszystko kwestia tego, jak festiwal się układa, bo faktycznie Wadada wraca, ale po sześciu czy siedmiu latach, a Vijay Iyer pojawia się po raz kolejny, bo właśnie duet z Wadadą A Cosmic Rhythm With Each Stroke jest jedną z najlepszych płyt, jakie wydała wytwórnia ECM w ostatnich kilku, jeżeli nie kilkunastu latach. Wszystko ma jakiś swój powód. Często spotykam się z pytaniem, dlaczego pojawiają się ci sami artyści, ale uważam, że to jest pozytywna rzecz — to, że chcą wracać do nas, po raz kolejny komponować dla nas, oznacza, że festiwal idzie w dobrym kierunku. To lepsze niż silenie się na to, by co roku była to zupełnie nowa sytuacja, którą należy budować od podstaw, co oczywiście także się tu dzieje. Patrząc na te dziewięć dni, powracających artystów jest kilku, a cała reszta jest na festiwalu albo po raz pierwszy, albo w zupełnie nowym wydaniu. Zawsze staram się zachować zdrowy balans między tym co nowe a tym, co być może już trochę znamy, może w nieco innej wersji.

A czy Wrocław jako miasto, tutejsza aura ma na to jakiś wpływ, że muzycy chcą tutaj wracać?

Myślę, że to aura Wrocławia, Narodowego Forum Muzyki, Mleczarni, ale też całego połączenia różnych powodów, dla których artyści wracają. W związku z tym, że rzeczywiście większość z nich jest we Wrocławiu przez kilka dni, a nie tylko przez jeden wieczór, mogą spędzić trochę czasu, spacerując po mieście. Zazwyczaj są to bardzo pozytywne reakcje, zwłaszcza tych, którzy są tutaj pierwszy raz. Wydaje mi się, że Wrocław jest wciąż w takiej pozycji, że jeśli ktoś nigdy nie był w Polsce, to zazwyczaj odwiedza Warszawę, Kraków, czasem Gdańsk, a Wrocław musi nadal popracować, by znaleźć się w tej trójce. Nie mówię tutaj oczywiście o jakości miasta czy oferty kulturalnej, która moim zdaniem jest jedną z najciekawszych w Polsce. Chodzi raczej o rozpoznawalność na arenie międzynarodowej. Ale zwykle jeśli już ktoś tutaj przyjedzie, to zazwyczaj wraca. I faktycznie aura miasta i sali koncertowej, która zazwyczaj wywołuje kompletne zaskoczenie, że tego typu obiekt w ogóle jest w Polsce, to wszystko w porównaniu z naszą ideą festiwalu opartego na relacjach, gdzie jest wiele okazji, by się spotkać z publicznością, z lokalną sceną jazzową, gdzie podczas koncertów w mieszkaniach można zobaczyć, jak Polacy tak naprawdę żyją na co dzień — to wszystko powoduje, że te wrażenia są bardzo pozytywne. Na pewno nikogo nie trzeba przekonywać do tego, by powrócił do Wrocławia.

„To by było trochę słabe, gdyby okazało się, że przez 30 lat w jazzie nic się nie zmieniło”

Miło to słyszeć. Ciekaw byłem tej perspektywy. Teraz zapytam od trochę innej strony. Wydaje się, że media jazzowe i środowisko wokół nich skupione w Polsce jest jednak dosyć hermetyczne i ekskluzywne, także jeśli chodzi o poszerzanie kanonu, również tego współczesnego. Natomiast przy kolejnych edycjach Jazztopadu zawsze zdajesz się trzymać rękę na pulsie i konsekwentnie wyciągasz w tę stronę rękę. Co przyświeca Ci przy układaniu programu? Jak było w tym roku?

Podchodzę do tego trochę tak, że to moja odpowiedzialność, żeby cały czas jednak poszukiwać czegoś nowego. Szczególnie przez ostatnich kilka lat sytuacja na rynku jest niezwykle dynamiczna i tych artystów, którzy przychodzą z innej strony — muzyki improwizowanej, hip-hopu, R&B czy soulu, jest coraz więcej. Gatunkowe granice zaczynają się coraz bardziej zacierać. Jestem trochę przeciwnikiem szufladkowania, nazywania wszystkiego i trzymania się tych etykiet bardzo kurczowo. Często się mówi o takich artystach jak np. Wynton Marsalis, że to są jacyś obrońcy płomienia jazzu, który gdzieś tam się jeszcze tli… (śmiech) Oczywiście to nie jest już kwestia tego, czy interesuje mnie jazz tradycyjny, straight-ahead, czy bardziej mainstreamowy, ale raczej tego, że jestem bardzo ciekawy, co się dzieje. Mam też możliwość podróżowania i odwiedzania wielu festiwali i ciągle jestem ciekawy, dlaczego na danym festiwalu są tłumy, jacy artyści tam byli. Widzę, że niektóre festiwale mają bardzo tradycyjną publiczność, starszą, 65+. Jest mnóstwo takich festiwali, ale są też festiwale jazzowe, które mają bardzo młodą publiczność. Staram się dopasować to wszystko do naszego festiwalu. Zależy mi na tym, żeby mimo tego że nazwa Jazztopad ukierunkowuje festiwal na jazz, chodziło przede wszystkim o bardzo dobrą muzykę. Bo jazz w moim przekonaniu nie jest już tym, co przychodziło na myśl jako pierwsze publiczności 20, 30, 40 lat temu. To by było trochę słabe, gdyby okazało się, że tak naprawdę nic się nie zmieniło i cały czas idziemy takim sznytem, że jazzowa improwizacja to swing w przyciemnionym klubie. A to zupełnie nie o to chodzi. I bardzo często faktycznie jest tak, że nasza publiczność wychodzi zdziwiona, bo oczekiwała czegoś innego albo miała wyobrażenie, że festiwal jazzowy powinien prezentować takie, a nie inne projekty. To się cały czas zdarza i to jest ok. Mnie bardzo cieszą takie zderzenia, dzięki którym ludzie, którzy przyjdą na jeden z takich naszych koncertów, być może za jakiś czas też się otworzą i będą poszukiwać nowych dźwięków. I takie, myślę, jest moje zdanie, by próbować budować społeczność festiwalową, która jest otwarta na wyzwania.

To teraz będzie o tych nowych dźwiękach. Wiem z doświadczenia, także z festiwali muzyki współczesnej, że premiery bywają ryzykowne, a tymczasem Jazztopad mocno premierami stoi — będzie nowa odsłona Wild Man Dance Charlesa Lloyda wraz z Orkiestrą NFM, Artifacts Trio z Orkiestrą Leopoldium, Vincent Courtois Trio wraz z Lutosławski Quartet — to jak rozumiem zamówienia — a premierowy materiał wykonają też Piotr Damasiewicz z Power of the Horns i Danilo Pérez z Global Messengers. Dlaczego warto zaryzykować?

W zależności od tego jak spojrzy się na program, można powiedzieć, że mamy pięć lub sześć premier w tym roku. Te premiery są związane z podstawową koncepcją festiwalu, żeby nie powielać, nie iść na łatwiznę, nie budować programu na zasadzie spoglądania na ostatnie dwa lata premier płytowych i wyciągania z tego średniej. Chodzi o rzucenie wyzwania artystom i zaproponowanie im rzeczy, których albo nigdy wcześniej nie robili, albo czegoś, co faktycznie chodziło im po głowie, ale nikt nigdy nie dał im takiej platformy współpracy. A my jesteśmy w wyjątkowej sytuacji, bo mamy do dyspozycji zespoły kameralne, orkiestrę symfoniczną — to niespotykane dla festiwalu jazzowego sytuacje. Wykorzystuję to i staram się szukać artystów, którzy poczują się dobrze w tym kontekście i będą chcieli spróbować podjąć wyzwanie. I faktycznie jest to ryzykowne, ale to ryzyko nadaje też charakteru festiwalowi. Faktycznie nigdy nie wiadomo, co się wydarzy i czasami rzeczywiście premiery są wybitne, czasami są dobre, czasami tylko ok. Ale to ryzyko warto podejmować, bo inaczej trochę wszyscy robilibyśmy to samo i można by było umrzeć z nudów. (śmiech) Powtarzałem wielokrotnie, że zaprogramowanie festiwalu, szczególnie jazzowego jest w gruncie rzeczy sprawą bardzo prostą. Wystarczy mieć dostęp do internetu i wysłać dwa mejle, a reszta zrobi się sama, bo agencje, które współpracują z artystami chętnie wymyślą resztę za nas. Ostatnio byłem zresztą bardzo zdziwiony, gdy trafiłem na wywiad z dyrektorem jednego festiwalu jazzowego w Warszawie. Ja zawsze walczę o to, by jak najwięcej artystów miało kontakt ze mną bezpośrednio i zabiegam o to, bo uważam, że to ważne dla całego festiwalu. A dyrektor tego festiwalu mówił, że kiedyś to było możliwe, że te kontakty z artystami były bliskie, można było ich zapraszać na jam sessions, a teraz wszyscy są otoczeni agentami, menedżerami. Ja się z tym nie zgadzam, bo wiem, że jeśli włoży się w to wysiłek i chce się nawiązać te relacje, jest to jak najbardziej możliwe. Sami artyści zresztą często też to doceniają i cieszą się, że mają bezpośredni kontakt z osobą programującą… Trochę zapomniałem, jakie było pytanie! (śmiech)

Pytanie było o ryzyko związane z premierami… Ale to pokrzepiające, że w dalszym ciągu da się bezpośrednio komunikować z artystami.

To jest tak, że niektórzy artyści w którymś momencie włączają w korespondencję czy spotkania osoby, z którymi pracują, i to jest ok. Ale dla mnie najważniejsze jest, żeby ta rozmowa, który dotyczy samego wykonania i kompozycji, była bezpośrednia. Wtedy dopiero jestem w stanie ocenić, czy to ma sens, czy nie. Wiadomo, że agenci chcą po prostu sprzedać cokolwiek. Gdyby nie to, że nauczyłem się przebijać te ściany, bardzo wiele projektów na festiwalu nie doszłoby to skutku.

„Festiwal powinien być platformą do tego, by odkrywać nowe rzeczy i próbować konfrontacji z nimi”

Wracając do premier, w tym roku jest ich kilka. Bardzo ważna z nich to Nicole Mitchell z Artifacts Trio, duże wyzwanie dla niej jako kompozytorki. To artystka znana w świecie improwizacji i awangardy, ale dopiero w ostatnich latach zasłużenie uznana międzynarodowo. Vincent Courtois — zaglądamy po raz kolejny na scenę francuską, bo wydaje mi się ona bardzo ciekawa — wystąpi wspólnie z Lutosławski Quartet. To będzie wieczór poświęcony przeróżnym odsłonom Courtois — od solowego grania, przez kwartet, kwartet plus wiolonczelę po kwartet i trio jazzowe. Nie zapominam o polskich artystach. W premierze swojej płyty wystąpi Piotr Damasiewicz, co bardzo mnie cieszy, bo miał kilka lat przerwy, jeśli chodzi o występy na Jazztopadzie. A także Danilo Pérez z projektem Global Messengers i premierowym utworem. To myślę, ważny projekt dla Danilo jako ambasadora jazzu, łączenia kultur, walki z rasizmem i wykluczeniem. Melting Pot także można uznać za premierę, bo artyści spotykają się ze sobą po raz pierwszy. Będzie także Grzegorz Tarwid w solowym recitalu. Po raz pierwszy też będzie na festiwalu Dzień Medytacji — dzień bardzo adekwatny do tego, jak program został w tym roku ułożony. Bo pierwszy weekend będzie bardzo dynamiczny — z jednej strony mamy duży skład z Charlesem Lloydem, później Shabaka i The Comet Is Coming, taki, powiedziałbym, hit festiwalu, bo bilety rozeszły się w kilka dni i zapotrzebowanie na tego artystę jest niewiarygodne, a na koniec Makaya McCraven — to też takie bardziej klubowe granie. I po tym intensywnym weekendzie warto się będzie wyciszyć przed dalszą częścią festiwalu. Stąd też Ned Rothenberg i Sainkho Namtchylak to będzie koncert w ciemności poprzedzony ćwiczeniem medytacyjnym na matach zamiast krzeseł.

Muszę też zapytać o reprezentację wokalnego jazzu. W zeszłym roku była Esperanza Spalding na fenomenalnym koncercie i muszę zapytać gdzie jest w kontekście tegorocznego jazztopadu Cécile McLorin Salvant?

Ona była w NFM-ie na koncercie w zeszłym roku, ale nie w ramach Jazztopadu. To było ciekawe, bo przez to, że dużo jeżdżę, czasami mi się wydaje, że pewne postaci już są rozpoznawalne międzynarodowo, skoro wyprzedają wielkie sale w Stanach czy we Francji. I kiedy Cécile pojawiła się we Wrocławiu w zeszłym roku, byłem przekonany, że sala główna wyprzeda się w ciągu kilku dni, a okazało się, że zainteresowanie było niemal żadne. Ona kilka miesięcy później dostała Grammy i zaczęła się w Polsce akcja lansująca ją na objawienie jazzu. Wydaje mi się, że dlatego na pewno wróci do Wrocławia. Może niekoniecznie do Narodowego Forum Muzyki, chociaż czemu nie? Ale to był niestety jeden z tych koncertów, które były u nas zorganizowane za wcześnie. Być może lepiej byłoby rok później, gdy już dostała to Grammy. To bardzo często generuje zainteresowanie danym artystą. A to był wybitny koncert, który prosił się o to, żeby była pełna sala. Być może powróci.

Teraz zrobiło mi się trochę przykro, ale dopisuję ją do listy przegapionych koncertów z nadzieją na przyszłość, że się może jeszcze uda. Jazztopad ma swoje formy i odcienie (koncerty w mieszkaniach, Melting Pot, jam sessions w Mleczarni), ale wszystkie właściwie mieszczą się w spektrum stricte muzycznym. Nie ma pokusy, pomysłu, żeby Jazztopad stał się bardziej interdyscyplinarny? Jak się patrzy na festiwale dookoła, to one wszystkie starają się funkcjonować na płaszczyznach różnych sztuk.

Są takie pokusy. Na pewno takim projektem, który wprowadzał to na Jazztopad był właśnie Melting Pot. To już szósta edycja. We wcześniejszych mieliśmy i tancerzy, i malarzy, i rzeźbiarzy, i poetów. To był ten element, który angażował inne formy sztuki w festiwal. Chodzi mi po głowie, żeby więcej na Jazztopadzie było tańca współczesnego i myślę, że to prędzej czy później nastąpi. Ale to też kwestia tego, że programowanie festiwalu zajmuje mniej więcej około dwóch lat i jest tak wiele znakomitych muzycznych projektów, a tak mało czasu i miejsca w programie, że to jest często bardzo trudny wybór. Mam z tyłu głowy projekty taneczne i teatralne i myślę, że nadejdzie w końcu na nie odpowiednia pora.

Bardzo dużo pomysłów podczas minionych edycji Jazztopadu udało się zrealizować, kolejne są w realizacji, ale czy jest ktoś taki, kogo przez te lata nie udało się tutaj do Wrocławia na festiwal ściągnąć? Jakieś marzenie na kolejne edycje?

Jednym z takich artystów, których zawsze chciałem zaprosić, a wiem, że teraz to już się nie uda, jest Keith Jarrett. To sytuacja, która nadal chodzi mi po głowie, choć wiem, że on już w zasadzie nie koncertuje. Byłem bardzo blisko, by pojawił się we Wrocławiu, ale to się nie udało i bardzo żałuję. Postacią, która była już w programie, a nie wystąpiła, a później odeszła od nas, był Ornette Coleman. To strasznie smutna sytuacja, bo on właściwie prawie był już w samolocie, ale nie wyleciał z Nowego Jorku. To miał być wtedy jedyny europejski koncert i realizacja mojego wieloletniego marzenia. Jeśli chodzi o artystów z mojej listy marzeń, którzy jeszcze koncertują, a nie udało się ich zaprosić, to chyba nikogo takiego nie ma, powiem szczerze. Z listy legend jazzowych, którą zrobiłem sobie dziesięć lat temu, byli u nas Sonny Rollins, Pharoah Sanders, Wayne Shorter wielokrotnie, Herbie Hancock. Z z młodszych Esperanza Spalding, którą wreszcie udało się zaprosić po chyba pięciu latach rozmów. W zeszłym roku był Chick Corea. Ale od kiedy pojawili się u nas Herbie i Chick, zastanawiam się — to wszystko jest piękne, ale to nie jest festiwal, na którym mi zależy. Nie chcę, żeby to był festiwal przewidywalnych wielkich jazzowych nazwisk, które są dla wszystkich wielkim magnesem, ale trochę nie wnoszą na festiwal niczego nowego. Nie chcę tutaj nikogo obrazić, ale wydaje mi się, że festiwal powinien być taką platformą do tego, by odkrywać coś nowego i próbować zderzyć samego siebie z czymś nowym. A w przypadku takich legend, to wspaniałe, że wciąż możemy je oglądać, ale niewiele po tym pozostaje. Chociażby po koncercie Herbiego Hancocka — to było bardzo przyjemne, wielkie przeżycie poznać go osobiście i spędzić z nim trochę czasu, ale dla mnie w zeszłym roku o wiele większym doświadczeniem duchowym był koncert Amira Elsaffara. Ci najwięksi artyści tak dużo wszędzie koncertują, że trochę to się gryzie z moją koncepcją festiwalu.

„Amerykanie bardzo lubią nazwę Jazztopad, kojarzy im się z wyrzutnią rakiet, padem, którym wylatuje się w kosmos”

Teraz w takim razie zapytam o coś nowego, bo zbliża się koniec roku, czas wszelkich podsumowań. Co Cię najbardziej ujęło w muzyce w ciągu mijającego roku, niekoniecznie jazzowego?

To jest trudne pytanie, bo mam ogromny problem z zapamiętywaniem nazwisk, nazw zespołów. To jest jakiś koszmar! W mojej pracy to jest przekleństwo. Czasami zapominam nazwisk artystów, którzy się pojawiają na Jazztopadzie, to jest straszne! Poza tym nie jestem w stanie zidentyfikować, czy to było w tym roku, czy w ubiegłym, ale znakomitą płytę nagrała Neneh Cherry — Broken Politics — bardzo często do tej płyty wracam. Uwielbiam Andersona .Paaka i trochę nawiązując do niego i tego pokolenia artystów, którzy są mocno zakorzenieni w hip-hopie, innym artystą, którego słucham od lat, a teraz po raz pierwszy pojawi się na festiwalu, jest Makaya McCraven, którego bardzo lubię i jego płyta In the Moment z 2015 roku jest genialna. Bardzo polecam ją tym, którzy właściwie nie słuchają jazzu i nie do końca rozumieją, o co w nim chodzi. Makaya zresztą opowiadał w wywiadach, że jego inspiracjami muzycznymi są m.in. Busta Rhymes, Dr. Dre czy Kendrick Lamar. To jest to środowisko, ta publiczność, która bardzo często przychodzi na koncerty McCravena, ale wydaje mi się, że tak jak Cécile McLorin Salvant trochę jest jednak za wcześnie u nas. Wydawało mi się, że bilety znikną tak, jak na The Comet Is Coming, a cały czas są dostępne, co jest dla mnie trochę szokujące, bo ta muzyka jest bardzo groove’owa, bardzo przystępna, bardzo klubowa, znakomita! To jest jeden z tych artystów, których bardzo lubię, ale dopiero, gdy zobaczyłem go na żywo, nabrałem stuprocentowego przekonania, by zaprosić go na festiwal. Słyszałem go w styczniu w Nowym Jorku i ten koncert kompletnie mnie rozbroił swoją energią. Dlatego u nas ten koncert będzie na stojąco. Polecam go szczególnie tym, którzy lubią hip-hop i R&B i niekoniecznie uważają, że lubią jazz, bo to nie jest taki wąsko definiowany jazz jazz. Kolejnym artystą, którego bardzo dużo słucham i uważam, że nagrał jedną z najlepszych płyt w tym roku, jest James Brandon Lewis. To saksofonista, który wydał płytę w kwintecie i postać która na pewno pojawi się w przyszłości we Wrocławiu. Już mogę to powiedzieć ze stuprocentową pewnością (śmiech), nie zdradzając oczywiście programu festiwalu. On pojawił się już na Jazztopadzie, ale w Nowym Jorku. Bo pod koniec września odbyła się już piąta edycja festiwalu w Nowym Jorku, której był gościem. Tak że już z festiwalem jest połączony, już wie, czego może się spodziewać tutaj. To też muzyka, którą bardzo trudno zdefiniować. Tak samo jak z Shabaką. Szczególnie z projektem The Comet Is Coming.

Jeszcze zapytam o tę edycję nowojorską. Skoro festiwal był tam we wrześniu, to czy w Nowym Jorku nadal nazywa się Jazztopad?

(śmiech) Tak, nadal nazywa się Jazztopad, bo okazuje się, że Amerykanie bardzo tę nazwę lubią. Ona im się bardzo podoba. Nie wiedzą kompletnie, o co chodzi, ale kojarzy im się z taką wyrzutnią rakiet. Z takim padem, do którego się wsiada i wylatuje się gdzieś w kosmos. To mi się bardzo spodobało, więc stwierdziliśmy, że nie zmieniamy tej nazwy. Promujemy festiwal, który jest w Polsce z jego polską nazwą i to jest w sumie fajne. Nikt nie musi wiedzieć, co ta nazwa znaczy. Tegoroczna piąta edycja nowojorska była chyba najbardziej udana, bo sale były pełne, co nawet dla mnie było zaskoczeniem. Nowy Jork jest bardzo trudnym miastem, żeby się z nim zmierzyć i zorganizować cokolwiek. To miasto, w którym codziennie jest sto koncertów jazzowych, czyli w zasadzie codziennie jest kilka festiwali jazzowych. Przebicie się do publiczności z festiwalem promującym polskich artystów, którzy są kompletnie nieznani w Stanach, jest trochę karkołomne. W tym roku w Atrium, to sala w Lincoln Center, mieliśmy totalny tłum, była 45-minutowa kolejka na ulicy. Po raz kolejny byliśmy w Dizzy’s, znów zorganizowaliśmy koncerty w mieszkaniach — to przeniesienie tych pomysłów wrocławskich do Nowego Jorku, co się zresztą znakomicie udało. Mam nadzieję, że ten projekt będzie kontynuowany, choć nie jest to proste, bo organizowanie czegokolwiek w Stanach i zapraszanie tam polskich artystów jest niewiarygodnie kosztownym przedsięwzięciem. W zasadzie jesteśmy jednym festiwalem jazzowym, który ma swoją edycję w Nowym Jorku. Można by się raczej spodziewać sytuacji odwrotnej, że jakiś bardzo znany festiwal z Nowego Jorku będzie miał swoją edycję w Polsce. To jest często dla ludzi szokujące. Nam jednak głównie chodzi o promowanie polskich artystów, trzymamy się tego i tak to mniej więcej wygląda.

Brzmi to wszystko kosmicznie. W takim razie tego życzę, żeby Jazztopad był taką wytwórnią dobrej muzyki, może nie tyle w kosmos (śmiech), co do publiczności polskiej i nowojorskiej. Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.

Bardzo dziękuję i zapraszam na festiwal.

Program tegorocznej edycji Jazztopadu i bilety na oficjalnej stronie Narodowego Forum Muzyki.

Całej rozmowy można też posłuchać poniżej:

Już jutro startuje 13. edycja Urbanator Days

Po raz trzynasty Michał Urbaniak spotka się z młodymi muzykami

Renomowani jazzmani amerykańskich scen przyjadą do Łodzi i Warszawy na XIII edycję Urbanator Days na zaproszenie Michała Urbaniaka, światowej klasy kompozytora, skrzypka i saksofonisty, jedynego Polaka, który dostąpił zaszczytu gry z legendarnym Milesem Davisem. Po dwudniowej wizycie w Łodzi festiwal zawita do Warszawy, gdzie 10 listopada w Och-Teatrze o g. 20.00 odbędzie się koncert Urbanatora, a dzień wcześniej, 9 listopada Urbanator Days – zaprosi na warsztaty. W składzie tegorocznego Urbanatora usłyszymy między innymi Franka Parkera, Waltera Westa i Otto Williamsa.

Po raz trzynasty Michał Urbaniak spotka się z młodymi muzykami, żeby wraz z mistrzowską kadrą z Nowego Jorku zarazić ich miłością do jazzu, a następnie zagrać wspólny koncert. Bezpłatne warsztaty odbędą się 7 listopada, w Łódzkim Domu Kultury, zaś 8 listopada mieszkańcy Łodzi będą mogli posłuchać koncertu w wykonaniu muzyków i warsztatowiczów. W Warszawie warsztaty wystartują 9 listopada o godz. 15 w Ośrodku Kultury Ochota m.st. Warszawy, który jest współorganizatorem wydarzenia. Z kolei 10 listopada w Och-Teatrze o g. 20.00 odbędzie się finałowy koncert Urbanatora z udziałem uczestników warsztatów i profesjonalnych muzyków zaproszonych do projektu.

Idea Urbanatora realizowana od 2005 roku, zrodziła się w Nowym Jorku i zaowocowała współpracą z wydawnictwami wytworni Hip Bop Records potwierdzając pozycję festiwalu także na amerykańskim rynku. Celem wydarzenia jest spotkanie i wymiana energii twórczych w trakcie warsztatów muzycznych prowadzonych pod okiem najwybitniejszych artystów międzynarodowej sceny soulu, jazzu i rapu. Zwieńczeniem warsztatów jest koncert finałowy profesjonalnych muzyków oraz jam session z udziałem warsztatowiczów.

Wymyśliłem Urbanator Days, ponieważ chciałem dodać odwagi tym, którzy mają pasję – mówi Michał Urbaniak. – Tej muzyki i towarzyszącej jej emocji nie da się opowiedzieć. Ona przeszywa duszę. Trzyma przy życiu. Ale potrafi też zabijać, gdy się jest wrażliwym. Koncert przypomina chodzenie nad przepaścią przez kładkę, ale po drodze można jeszcze poszaleć!

Koncert i warsztaty

Urbanator Days to wydarzenie, które rokrocznie przyciąga pasjonatów muzyki. Prawdziwa gratka i dla tych, którzy pragną grać, śpiewać, rapować, oswoić się ze sceną, jak i dla miłośników jazzu, chcących obejrzeć ich w akcji podczas jam session z gwiazdami. Urbanator cieszy się ogromnym uznaniem artystów na całym świecie oraz zrzesza wokół siebie szerokie grono pasjonatów, którzy inspirując samych siebie – mogą zainspirować również innych.

Dotychczas w Urbanatorze udział wzięły takie tuzy muzyczne jak Lenny White , Frank Parker, Troy Miller (drums); All McDowell, Otto Williams (bas); Jon Dryden, Xantone Blacq, Pawel Tomaszewski (keyboards); Femi Temowo, Ed Hamilton, Jane Getter (guitar); Tom Browne , Michael Patches Stewart (trumpet); Solid, Andy Ninvalle, OSTR (rap), a efektem ich spotkań były kolejne płyty, które ukazywały się właśnie nakładem wytwórni Hip Bop Records. W lutym 2018 roku ukazała się najnowsza płyta Urbanator Days „Beats & Pieces”, która jest zapisem niezwykłego projektu, czyli wspólnego muzykowania Mistrza ze swoimi uczniami.

W tegorocznej edycji zagrają m.in. Frank Parker, Walter West., Otto Williams – gitarzysta basowy z Nowego Jorku. – Michał odkrył mnie, gdy miałem 19 lat – wspomina basista. Po latach muzyk, w którym Polak dostrzegł potencjał, zaczął grać z takimi artystami, jak: Sia, Jhelisa Anderson, Bobby Brown, Tyler James, Keziah Jones, Ray Charles, Cartel (Featuring Roy Ayres), I.G. New Sector Movements, Curlew, Steve Spacek i Masaki Ueda. W Łodzi i Warszawie artysta podzieli się doświadczeniem ze zdolną młodzieżą, a następnie zaprezentuje umiejętności podczas koncertu w łódzkim Teatrze Nowym, oraz w warszawskim Och – Teatrze.

Program Urbanator Days

Łódź:
7 listopada: warsztaty w Łódzkim Domu Kultury (ul. Traugutta 18), godz. 16
8 listopada: koncert w Teatrze Nowym (ul. Więckowskiego 15), godz. 19

Warszawa:
9 listopada: warsztaty w Ośrodku Kultury Ochoty (ul. Grójecka 75), godz. 15
10 listopada: koncert w Och-Teatrze (ul. Grójecka 65), godz. 20

Udział w warsztatach, po wcześniejszych zapisach, jest bezpłatny. Zapisy na bezpłatne warsztaty tutaj.
Bilety na koncert w cenie 80 i 40 zł. do nabycia w kasie Och-Teatru oraz online.

Wrocławski Jazztopad już za rogiem

Feerią jazzowych barw rozkwitnie wkrótce stolica Dolnego Śląska!

Jesienne święto jazzu w tym roku obfitować będzie w koncerty naprawdę fenomenalnych jazzowych osobistości z całego świata! Na rozpoczynającej się już 15 listopada szesnastej edycji Jazztopadu będzie okazja zobaczyć i posłuchać m.in. Shabakę Hutchingsa z The Comet Is Coming, Makayę McCravena, Anouara Brahema, Vijaya Iyera z Wadadą Leo Smithem czy weterana Charlesa Lloyda, a to dopiero początek długiej listy głośnych nazwisk muzyków, którzy zawitają do wrocławskiego Narodowego Forum Muzyki za kilka tygodni. Jak przekonują organizatorzy — „Jazztopadowe koncerty mają program tak zróżnicowany, jak wielobarwna jest dzisiejsza scena jazzu i muzyki improwizowanej” — nie można się z tym nie zgodzić. Oprócz tego w ramach imprezy odbędą się kolejne edycje improwizowanego cyklu Melting Pot Made in Wrocław oraz osławionych koncertów w mieszkaniach.

Znakiem rozpoznawczym wydarzenia są jednak jak co roku premiery — tym razem usłyszymy aż pięć prawykonań. Związany z Wrocławiem Charles Lloyd wraz NFM Filharmonią Wrocławską zaprezentuje nową odsłonę projektu Wild Man Dance — suity, zamówionej przed laty przez Jazztopad Festival, a następnie wydanej przez Blue Note, która teraz zostanie rozbudowana o nowe części i zabrzmi w aranżacji na orkiestrę symfoniczną. Ponadto Artifacts Trio połączy siły z NFM Orkiestrą Leopoldinum, Vincent Courtois Trio zagra z Lutosławski Quartet, a Danilo Pérez wykona nowy utwór wraz ze swoim wielokulturowym zespołem Global Messengers. Na festiwal powróci także Piotr Damasiewicz — po sześciu latach od wydania krążka Alaman jego formacja wraca na rynek fonograficzny i właśnie podczas Jazztopadu zaprezentuje swój premierowy materiał.

W programie Jazztopadu śmietanka światowego jazzu

Podczas dziesięciu festiwalowych dni we NFM-ie odbędzie się kilkanaście koncertów. The Comet Is Coming przywołają ducha muzyki Sun Ra, który fenomenalnie odtworzyli po swojemu na dwóch tegorocznych płytach, które są jednymi z naszych tegorocznych jazzowych typów redakcyjnych w przededniu podsumowań końcoworocznych. Makaya McCraven zaprezentuje w kwartecie materiał ze znakomitej zeszłorocznej płyty Universal Being, która trafiła do naszego zestawienia najlepszych płyt 2018 roku. Dzień medytacji przyniesie występ tuwańskiej wokalistki Sinkho Namtchylak i amerykańskiego multiinstrumentalisty Neda Rothenberga, który z pewnością wymknie się granicom gatunkowym jazzu. Na festiwalu nie zabraknie instrumentalistów z Austrii. Publiczność będzie miała okazję także uczestniczyć w solowym występie pianisty i kompozytora Grzegorza Tarwida, jednego z najciekawszych artystów młodego pokolenia, oraz wysłuchać premierowego materiału chicagowskiej flecistki Nicole Mitchell w trio wraz Orkiestrą Leopoldinum. Festiwal zakończy 24 listopada kolaboracja tuzów jazzu — Wadady Leo Smitha z Vijayem Iyerem. Panowie zagrają wspólnie materiał z krążka A Cosmic Rhythm with Each Stroke. Wisienką na torcie tego samego wieczoru będzie kwartet tunezyjskiego oudzisty Anouara Brahema, który wykona utwory z krążka The Astounding Eyes of Rita z 2009 roku łączącego tradycje muzyki arabskiej z kameralnym jazzem spod znaku oficyny ECM.

Harmonogram i bilety festiwalu znajdziecie na stronie Narodowego Forum Muzyki.

Jazzbowl ’18: Jazzowe podsumowanie roku

Pewnie zauważyliście przez tych parę lat, że choć nie mamy jazzu w nazwie strony, temat samego jazzu pozostaje nam nieobcy. Nie jest to co prawda zbyt często wątek przewodni naszych niusów, ale systematycznie zagłębiamy się w świat jazzu, czy informując was w piątki o premierach płytowych, czy prowadząc audycję w Radiu LUZ, czy wreszcie podsumowując najciekawsze wydawnictwa kolejnych lat. Tym razem, jeszcze przed końcem spowitego jazzową aurą listopada, postanowiliśmy dodatkowo wyróżnić najciekawsze w mniemaniu redaktorów Miski krążki ze świata jazzu — niezależnie od zbliżających się wielkimi krokami rankingów końcoworocznych. Drodzy Czytelnicy, oto Jazzbowl ’18.


Origami Harvest

Ambrose Akinmusire

Blue Note

Ambrose Akinmusire odważnie przeciwstawia się dominującej we współczesnej krytyce muzycznej idei dopisywania politycznego kontekstu do abstrakcyjnej w formie muzyki. Jest w tym, owszem, coś niefrasobliwie dosłownego, bo na Origami Harvest Akinmusire w roli narratora obsadził rapowego outsidera Kool A.D., który we właściwy sobie sposób, gdzieś między prostym snuciem opowieści a koncepcyjnie porwanym, poetycznym free rapem, dzieli się prowadzi słuchacza przez kolejne jazzowe meandry nowej płyty utalentowanego trębacza. Jest jednocześnie głosem z offu i głosem z wnętrza, narratorem i bohaterem, jest obecny, ale iluzorycznie, mówi, ale niedopowiedzeniami. Sam Akinmusire także zawraca ze ścieżki klasycznego amerykańskiego post-bopu ku bardziej europejskiej muzyce kameralnej, w czym pomagają mu muzycy z Mivos Quartet. To, w połączeniu z wykonawczą i kompozycyjną wirtuozerią, politycznym przesłaniem, niecodzienną wrażliwością i nieoczywistą rapową narracją, kreśli kompetentny jazzowy portret współczesnej Ameryki. — Kurtek


Avantdale Bowling Club

Avantdale Bowling Club

Years Gone By

Avantdale Bowling Club — to właśnie nazwa zespołu, który mimo skrajnie małej popularności i swojego niszowego stylu, nagrał nie tylko jeden z najlepszych hip-hopowych, ale również jazzowych albumów w tym roku. Liderem formacji jest Tom Scott, weteran nowozelandzkiej sceny, który jest także częścią takich projektów jak Homebrew czy @peace. Na liczącym 8 utworów krążku, raper dotyka spraw takich jak przyjaźń, brak pieniędzy czy uzależnienia, jako tło wykorzystując bogato zaaranżowany i świetnie skomponowany jazz. Całość przypomina To Pimp A Butterfly, jednak z bardziej przyziemną tematyką i środkiem ciężkości położonym na swobodnych instrumentalnych eksperymentach. ”Years Gone By” doskonale reprezentuje brzmienie płyty, rzucając słuchacza w nostalgiczną podróż przez życie. Jeśli jesteście zainteresowani jakościowym jazz-rapem, w którym zarówno jazz, jak i rap stoją na najwyższym poziomie, nie mogliście lepiej trafić. — Adrian


Seymour Reads the Constitution!

Brad Mehldau Trio

Nonesuch

W marcu Brad Mehldau zaczarował słuchaczy wytrawnym studium Bachowskim balansującym na granicy kameralnego jazzu i muzyki barokowej. Nim zdążyli wziąć głębszy oddech, wrócił w swoim sygnaturowym trio z Jeffem Ballardem na perkusji i Larry’m Grenadierem na basie z koktajlowym krążkiem Seymour Reads the Constitution! Na płycie poza trzema oryginalnymi kompozycjami Mehldau znalazły się interpretacje popowej klasyki (Paul McCartney, Brian Wilson), reinterpretacje mistrzów jazzu (Elmo Hope, Sam Rivers) i jeden standard z wielkiego amerykańskiego śpiewnika („Almost Like Being in Love” Fredericka Loewe’a). Mehldau z ekipą nie odkrywają jazzowej Ameryki, ale po dwuletniej przerwie wracają rozmiłowani w lżejszej, choć nie prostolinijnej formule, której bliżej do klasycznego Billa Evansa, Cannonballa Adderleya czy wczesnego Milesa Davisa niż do sygnaturowego brzmienia wcześniejszych nagrań Mehldau. Nie jest to oczywiście cool jazz sensu stricto, ale pozostaje on niewątpliwym punktem wyjścia dla właściwym współczesnemu jazzowi improwizacji tria. — Kurtek


The People Could Fly

Camilla George

Ubuntu

Po ubiegłorocznym debiucie długogrającym „Isang”, londyńska kompozytorka i saksofonistka altowa Camilla George po raz kolejny udowadnia, że jest jedną z najciekawszych postaci współczesnej międzynarodowej sceny jazzowej. Wydane siłami labelu Ubuntu Music The People Could Fly to zapierający dech w piersiach miraż karaibsko-afrykańskiej tradycji artystycznej (narracja albumu oparta została na książce z afrykańskimi opowieściami ludowymi), niejednokrotnie dubujących groove’ów oraz funkującego spiritual jazzu rodem z najznamienitszych nagrań Johna Coltrane’a. — Mleczny


The Window

Cécile McLorin Salvant

Mack Avenue

Ostatnio trochę narzekaliśmy, że najnowszy album od Cécile McLorin Salvant po raz kolejny składa się ze zbioru cudzych kompozycji. Tymczasem „The Window” to świetne wydawnictwo, z którym warto zapoznać się bliżej. Nie bez przyczyny Cécile jest nazywana nadzieją wokalnego jazzu. Piąty krążek Amerykanki stanowi intymną, ale też pełną dojrzałości i charyzmy rozmowę wokalistki z pianistą. Niesamowicie brzmi minorowy ton, który artystka potrafi wydobyć z nawet najbardziej radosnego standardu. Sprawdźcie sobie, co wyczynia się tu z musicalowymi tematami jak „Where Thine That Special Face” czy ograne „Somewhere” z West Side Story. Pod względem nastroju to zdecydowanie jesienna płyta, ale artystka zapewnia, że starała się uchwycić pełnię dynamizmu towarzyszącego miłosnym cyrkulacjom. Ten plan wykonała w tysiącu procentach. W dobie wzmożonej kompresji takie kameralne, ale treściwe albumy to czysta przyjemność. — Maja Danilenko


An Angel Fell

Idris Ackamoor ☥ The Pyramids

!K7 Music

Fantastyczna trupa jazzowych podróżników pod wodzą charyzmatycznego saksofonisty Idrisa Ackamoora wróciła w tym roku z nową płytą, następcą przełomowego dla muzyków We Be All Africans sprzed dwóch lat. To udana kontynuacja stylistyki zaczerpniętej przez Ackamoora i spółkę z amerykańskiego spiritual jazzu i afrykańskiego folku. Sam muzyk mówi zresztą, że u podstaw nowej płyty stoją właśnie folklor, fantazja i dramaturgia, które mają służyć nie samym sobie, nie jedynie celom artystycznym, ale także, a może przede wszystkim dotarciu do świata z trudną wiadomością — o katastrofalnych skutkach globalnego ocieplenia i ekologicznej obojętności, za którą prędzej czy później zapłacimy wszyscy. Krążek wyprodukowany przez Malcolma Catto z The Heliocentrics wyciąga muzykę Ackamoora i spółki z plemiennego afrobeatu w rejony bliższe szeroko pojętej folkowej duchowości — tak jest w inspirowanym Sun Rą dubowym „The Land of Ra”, w orientalnym „Papyrus” czy w na wpół psychodelicznej, a na wpół awangardowej wariacji na klasycznej exotice w „Message to My People”. An Angel Fell to zrównoważony, bujający krążek ujmujący doskonałą synergią i magnetyzujący nienachalnym groove’m. — Kurtek


Starting Today

Joe Armon-Jones

Brownswood

Ten niepozornie wyglądający rozczochraniec wyrósł w 2018 roku na jednego z liderów młodej fali wyspiarskiego jazzu. Dał o sobie znać już w lutym, za sprawą premiery kompilacji We Out Here, będącej przewodnikiem po multikulturowych zakamarkach muzycznych Londynu. Trzy miesiące później otrzymaliśmy Starting Today — album wydany nigdzie indziej jak w Brownswood Recordings. Wbrew skądinąd słusznej taktyce nieoceniania zawartości po okładce, można śmiało stwierdzić, że ilustracja Starting Today oddaje doskonale istotę płyty, będącej skompresowaną definicją brzmienia wielkomiejskiej ulicy, której start zaczyna się w sercu wschodniego Londynu. Fuzja jazzu, dubu, soulu i parkowej poezji pełna jest w najrozmaitsze wpływy i inspiracje. To absolutna zaleta, która pozwala płycie być ścieżką dźwiękową zarówno do medytacji, jak i pośpiesznego spaceru pośród tłumu. — K.Zięba


The Return

Kamaal Williams

Black Focus

Zwolennicy poglądu o poprawie kondycji jazzu dzięki hiphopowym wpływom dostali w tym roku kolejny dowód na słuszność głoszonej tezy. Błędem jednak byłaby klasyfikacja The Return jako zapisu jedynie flirtu tychże gatunków. Podobną zagwozdkę musieli mieć recenzenci dorobku Roya Ayersa (Swoją drogą – czy w latach siedemdziesiątych soul również „ratował” jazz?), który należy prawdopodobnie do ulubieńców Kamaala. Album, nagrany wespół z Pete’em Martinem na basie oraz Joshuą McKenzie’em na bębnach zdominowany jest przez obłędnie ciepłe rhodesowe dźwięki oraz futurystycznie przestronne akordy, które narodziły się w głowie Williamsa. Słuchając The Return, można w myślach zakładać okulary przeciwsłoneczne i zapomnieć przy tym, że twórcy działają w wiecznie pochmurnym Londynie. Kamaal zafundował nam konkretną podróż z Kalifornią na horyzoncie. — K.Zięba


Heaven and Earth

Kamasi Washington

Young Turks

Niebo i ziemia. Dwa światy połączone ze sobą. Tytuł tegorocznego albumu Kamasiego Washingtona idealnie oddaje charakter jego twórczości. Muzyk niczym mityczny Prometeusz sprowadził jazz na ziemię i postanowił na nowo przedstawić go nowemu pokoleniu słuchaczy (pokoleniu, które może go kojarzyć głównie z nie jazzowych kolaboracji m.in. z Thundercatem lub Kendrickiem Lamarem). Brzmi patetycznie i górnolotnie? Jak samo Heaven and Earth! Bogate i rozbudowane kompozycje, inspiracje m.in. funkiem, R&B czy muzyką afrykańską, wsparcie wielu innych uznanych muzyków — Milesa Mosleya, Ryana Portera, Ronalda Brunera Jr. i Terrace’a Martina. To wszystko składa się na ten ponad 2-godzinny (choć krótszy niż wydane 3 lata temu The Epic) album. Jedna z tegorocznych pozycji obowiązkowych. A jeśli komuś będzie mało, zawsze może sięgnąć po dołączoną do krążka epkę The Choice. — Mateusz


MITH

Lonnie Holley

Jagjaguwar

Choć MITH Lonniego Holleya trudno jednoznacznie sklasyfikować gatunkowo, bezapelacyjnie powinno uplasować się wysoko na tegorocznych liście płyt, które nie brzmią jak nic innego, czego wcześniej słuchaliście. Holley z właściwą sobie ekspresją, w formie gdzieś między Waitsowską quasimelodyjnością a Heronowską deklamacją, miesza słoniowaty parasol odcieni freakowego soulu z eksperymentalnym jazzem, który raz szuka źródła natchnienia w afroamerykańskiej muzyce ludowej i początkach gospel, innym uderza w te same post-minimalistyczne rejestry, które zbudowały uniwersum muzyczne Colina Stetsona, jeszcze później wije się wraz z psychodeliczną elektroniką. Sam Holley ma w sobie równie dużo z wokalisty, co performera, jawiąc się a to jako współczesny Screamin’ Jay Hawkins, a to free-jazzowy Charles Bradley, a to soulmate Georgii Anne Muldrow — w zależności od utworu i kontekstu. Z jego sugestywnie zatytułowanego debiutu Just Before Music z 2012 roku pozostał mu ambientowo-improwizowany background oraz inspiracja kazaniami afroamerykańskich pastorów, ale MITH eksploruje na szczęście mimo wszystko bardziej piosenkowe terytoria, z których, bez wątpienia, na czoło tegorocznego peletonu utworów-manifestów należy wyprowadzić przejmujące „I Woke Up in a Fucked-Up America”. — Kurtek


Universal Beings

Makaya McCraven

International Anthem

Makaya McCraven w swojej twórczości balansuje gdzieś na granicy kilku gatunków. Perkusista tworzy muzykę, w której odnaleźć można elementy instrumentalnego hip-hopu, jazzu oraz funku z domieszką chicagowskich brzmień. Określenie „producent bitów” byłoby nieodpowiednie dla tak utalentowanego artysty, chociaż jego utwory często mylnie przypominają hiphopowe bity stworzone z sampli muzyki jazzowej. Sam Makaya wśród inspiracji wymienia na równi zespół The Pharcyde oraz takich jazzmanów jak Archie Shepp. Upodobania te słychać na jego najnowszym albumie Universal Beings. Z jednej strony, materiał miejscami wydaje się beattape’m, ale rozbudowane partie instrumentalne raz po raz przypominają, że mamy do czynienia z pełnoprawnym albumem jazzowym. McCraven kontynuuje tradycje chicagowskiego AACM, nieoczekiwanie mieszając je z elementami post-rocka. Kolejny raz udowadnia, że nie boi się eksperymentu. —Polazofia


The Optimist

Ryan Porter

World Galaxy

The Optimist Ryana Portera to wzorcowa płyta z historią. Zanim ukazała się w lutym tego roku, spędziła prawie dekadę na półce i pewnie jeszcze przez jakiś czas nie doczekałaby się oficjalnej premiery, gdyby nie to, że Porter grał na puzonie na wydanym w 2015 roku przełomowym The Epic Kamasiego Washingtona. To zresztą nie jedyne podobieństwo między oboma krążkami, bo choć muzyczny świat Portera w dużej mierze został zaklęty w klasycznym coltrane’owskim post-bopie, za oba albumy odpowiada mniej więcej ta sama ekipa. Miles Mosley na bazie, Cameron Graves na klawiszach, Tony Austin na bębnach, Brandon Coleman na pianie Rhodesa i oczywiście Kamasi Washington na saksofonie. I choć trudno ścigać się z The Epic Washingtona pod jakimkolwiek względem, The Optimist jest solidnym współczesnym jazzowym krążkiem sam w sobie — niesiony tą samą znakomitą synergią i wypełniony chwytliwymi, doskonale zdekonstruowanymi improwizacjami motywami melodycznymi. — Kurtek


Your Queen Is a Reptile

Sons of Kemet

Impulse

Muzyka jazzowa to nie tylko zimne improwizacje i wyścig kolejnych solówek. Istnieją też płyty będące swoistym manifestem i wyrazem buntu przeciwko zastałej sytuacji. Na najnowszej płycie projektu Sons of Kemet lider zespołu Shabaka Hutchings postanawia dać wyraz swojemu niezadowoleniu względem rządzącej Wielką Brytanią rodzinie królewskiej i w dziewięciu nagraniach zawartych na albumie na pierwszym miejscu stawia swoje własne królowe, które potrafią go wysłuchać i nie uznają niesprawiedliwości klasowej oraz dyskryminacji rasowej. Wśród kobiet, wysławianych w każdym z utworów znalazły się m.in. aktywistki społeczne, zbiegłe niewolnice, a nawet babcia Hutchingsa. Manifest swój artyści wyrażają przez jazz połączony z hip-hopem często przechodzącym w spoken word, a nawet dubowymi wibracjami. Muzyka z Londynu od zawsze pełna była łączenia gatunków i łamania barier, nie inaczej jest także i tutaj, gdzie kilka muzycznych światów, łączy się w jeden wyraźny strumień, z którgo przez niemal cały album, aż kipi wściekłość i bunt. Warto dodać również, że album ukazuje się w barwach legendarnego labelu Impulse, w którym swoje wielkie dzieła wydawali m.in. John Coltrane, Alice Coltrane czy Pharoah Sanders. — efdote


For Gyumri

Tigran Hamasyan

Nonesuch

Twórca jednej z najładniejszych zeszłorocznych płyt jazzowych An Ancient Observer, ormiański pianista Tigran Hamasyan i w tym roku nie pozostawił nas z niczym. Wydana w lutym epka zatytułowana For Gyumri jest symbolicznym hołdem dla Giumri, drugiego największego miasta we współczesnej Armenii, niegdyś znanego jako Aleksandropol i pełniącego rolę artystycznej stolicy regionu, ale poddanego w XX wieku wielu trudnym próbom z katastrofalnym trzęsieniem ziemi w 1988 roku na czele. For Gyumri musi więc traktować na swój sposób o mierzeniu się z traumą i stratą (wirtuozeryjnie poszarpana miniatura „Self-Portrait” to doskonała alegoria najnowszej historii miasta i jego mieszkańców), ale przede wszystkim przynosi wyczekiwane ukojenie — czy to w ostatnich taktach kończącego płytę „Revolving-Prayer”, czy w post-cool-jazzowym „The American” zwieńczonym zwodniczo beztroskim pogwizdywaniem, czy w zapuszczającym się na terytoria post-impresjonistycznego ambientu, rozświetlającym „Rays of Light”. — Kurtek


We Out Here

Różni wykonawcy

Bronswood

Trudno chyba o lepsze podsumowanie tego, co dzieje się obecnie na młodej jazzowej scenie Wielkiej Brytanii, niż to co zaprezentowano nam na tej kompilacji. Kompilacji nietypowej, nie jest to bowiem selekcja gotowych już nagrań, a efekt pewnej sesji nagraniowej. Pod okiem dyrektora muzycznego przedsięwzięcie, którym był występujący zresztą na płycie — Shabaka Hutchings oraz właściciela labelu Brownswood RecordingsGillesa Petersona, w przeciągu trzech długich i owocnych dni w studiu North West London, powstał krążek, będący zarówno podsumowaniem niesamowitej rewolucji zachodzącej obecnie w brytyjskim jazzie, jak i zapowiedzią tego, czego możemy spodziewać się po nim w przyszłości. Usłyszeć można tam zarówno znane już zespoły, jak np. Ezra Collective czy Kokoroko, jak i całe grono artystów, którzy dopiero podbijają scenę, ale posiadają olbrzymi talent. Każda z dziewięciu kompozycji tu zawartych to mistrzowski kawałek muzyki, a po wysłuchaniu całości można dojść tylko do jednego wniosku — ekspansja młodych jazzowych artystów z Wysp dopiero się rozpoczyna, a za sprawą We Out Here, już teraz sprawdzić można, jakiego jazzu słuchać będziemy w kolejnych latach. — efdote


Zbiorcza plejlista z naszymi jazzowymi hajlajtami roku poniżej:

BadBadNotGood próbują z Little Dragon

Cóż za timing! Pierwsze liście spadają właśnie z drzew, a BadBadNotGood wracają po ponad dwuletniej przerwie świeżym singlem zrealizowanym we współudziale Little Dragon! Numer zatytułowany „Tried” łączy w sobie wszystko to, co najlepsze z obu światów — klimatyczną nu-jazzową aurę kanadyjskiego kwartetu i charakterystyczny wokal Yukimi Nagano. Szczegóły piątej płyty grupy nie są jeszcze znane, ale jednego możemy być pewni — Bang V jest już gdzieś za rogiem! W międzyczasie o filozofii i priorytetach BadBadNotGood możecie przeczytać w naszym zeszłorocznym wywiadzie, ale tymczasem posłuchajcie!

Leifur James zapowiada souljazzowy debiutancki longplay

Być może nazwisko Leifura Jamesa jeszcze do was nie dotarło, ale to dobry czas, by to zmienić, bo londyński multiinstrumentalista i producent przygotowuje się właśnie do wydania debiutanckiej płyty. James od dziecka był kształcony muzycznie w kierunku jazzu i klasyki pod okiem muzykalnych rodziców. Jego nowy krążek zapowiada się jako projekt chylący się jednak wyraźnie także w kierunku muzyki soul. Brzmienie Jamesa doskonale ilustrują dwa zapowiadające płytę single — „Argonaut” i wydane w piątek „Mumma Don’t Tell”. Krążek A Louder Silence powstawał przez dwa lata w domowym studiu nagraniowym Jamesa, a zostanie wydany przez Night Time Stories 5 października. Rzecz wydaje się godna uwagi i potwierdza dobrą formę londyńskiej sceny jazzowej.

Vertigo Summer Jazz Festival odmieni Wrocław w lipcu

Już w tę niedzielę, 1 lipca we Wrocławiu rusza Vertigo Summer Jazz Festival. W jego ramach przez cały miesiąc w różnych miejscach w mieście odbywać się będą koncerty jazzowe. Vertigo wyjdzie z przestrzeni klubowej, a tym samym w lipcu jazz zagości na wrocławskich plażach i parkach, w komunikacji miejskiej, wkroczy na dachy znanych budynków czy do hotelowych patiów. Jak mówią organizatorzy — „Pomysł na festiwal wziął się z potrzeby promocji muzyki jazzowej w przestrzeni miejskiej Wrocławia. Chcemy trafić do jak największej ilości miejsc, dlatego nie skupiamy się na jednym punkcie, a razem z muzyką podróżujemy po Wrocławiu, zarażając wszystkich naszą sympatią i miłością do jazzu. Festiwal Vertigo to próba przełamania zamkniętych form muzyki jazzowej i pokazania jej szerokiej publiczności”.

Wśród artystów grających na festiwalu znajdą się przede wszystkim lokalni muzycy: Tomasz Wendt Trio, Maciek Czemplik, Extradition Quintet, Gawroński/Zarecki, Darek Rubinowski Quartet, Natalia Szczypuła Quartet, Weezdob Collective, Adam Bławicki Septet, Mundi, Algorhythm, Vertigo River Jazz Quartet, Aga Derlak Trio czy doskonale znani po ich zeszłorocznym fenomenalnym hołdzie złożonym Komedzie EABS-i.

Bilety i karnety na festiwal oraz terminarz biletowanych koncertów znajdziecie na stronie Biletin, a więcej informacji dotyczących lokalizacji i terminów — na mapce poniżej oraz na stronie fejsbukowej inicjatywy.

Kamasi Washington zapowiada podwójny album Heaven and Earth

Kamasi Washtingon ocalił już współczesny jazz przed sztampą i nieadekwatnością na jego głośnym potrójnym krążku The Epic sprzed 3 lat. Po zeszłorocznej dysonantycznej epce Harmony of Difference saksofonista zapowiedział równie spektakularną kontynuację swojego przełomowego longplaya. W zupełności godną, przynajmniej jeśli chodzi o rozmiar, bo na Heaven and Earth złożą się dwie płyty CD (lub aż 4 winylowe!) — po 8 kompozycji na każdej z nich, co z kolei przełoży się w sumie na ponad 144 minuty muzyki!

Krążek, czy raczej krążki, trafią do sprzedaży i odsłuchu 22 czerwca nakładem Young Turks. Informacją o projekcie muzyk podzielił się wczoraj na Twitterze, wyjaśniając jego formalny i tytularny dualizm następująco: „The Earth side represents the world as I see it outwardly, the world that I am a part of. The Heaven side represents the world as I see it inwardly, the world that is a part of me”. Album promuje otwierające całość nagranie „Fists of Fury”, którego minutowy zwiastun pojawił się właśnie na Youtubie. Brzmi to wszystko bardzo znajomo. Utwór w całości wraz z drugim, „The Space Travelers Lullaby”, znajdziecie już w serwisach streamingowych. Niecierpliwie czekamy na więcej!

Jazzująco: Tigran Hamasyan zapowiada nową epkę teledyskiem do „Rays of Light”

Twórca jednej z najładniejszych zeszłorocznych płyt jazzowych, ormiański pianista Tigran Hamasyan nie próżnuje — na 16 lutego zapowiedział premierę swojej nowej epki zatytułowanej For Gyumri. Żeby nie być gołosłownym, swoim zwyczajem poparł tę informację premierą nowego utworu okraszonego minimalistycznym czarno-białym teledyskiem. „Ray of Light” to, jeśli dobrze interpretuję jego brzmienie, pierwszy zwiastun stylistycznej wolty Hamasyana. W dalszym ciągu to najwyższej próby kameralny jazz, ale tym razem dodatkowo subtelnie połamany elektronicznymi glitchami. Czy For Gyumri będzie wejściem artysty na nu-jazzowe terytorium? Przekonamy się już za miesiąc. Tymczasem koniecznie sprawdźcie „Rays of Light”.

14. edycja Jazztopadu już od jutra we wrocławskim NFM

Od 17 do 26 listopada potrwa we wrocławskim Narodowym Forum Muzyki 14. edycja Jazztopadu — jednego z najciekawszych festiwali jazzowych w Polsce. Jak zapewniają organizatorzy tegoroczny Jazztopad będzie obfitować w ważne premiery i występy znakomitych artystów — zarówno młodych, jak i już od dawna cenionych. I rzeczywiście program wygląda niesamowicie okazale.

W informacji prasowej pióra Piotra Turkiewicza czytamy: „festiwal rozpocznie się od premiery płyty Macieja Obary, który jako trzeci artysta w historii polskiego jazzu został zaproszony do współpracy przez samego Manfreda Eichera z ECM (do tej pory tego zaszczytu dostąpili tylko Tomasz Stańko i zespół Marcin Wasilewski Trio). (… ) Tego samego dnia swoje prawykonanie będzie miała kompozycja Terence’a Blancharda, inspirowana twórczością Herbiego Hancocka, który wystąpi na finał festiwalu. Utwór Terence’a Blancharda został zamówiony wspólnie przez festiwal Jazztopad, Los Angeles Philharmonic i London Jazz Festival.

Pierwszy weekend festiwalu przyniesie kolejną premierę: utwór Vijaya Iyera napisany dla Lutosławski Quartet, a także koncert zespołu, który jest jednym z ważniejszych odkryć ostatnich miesięcy – Shabaka and the Ancestors. (…) Tegoroczna edycja po raz kolejny zaprezentuje muzyczne odkrycia w ramach kontynuacji projektu Melting Pot Made in Wrocław – w koncercie udział wezmą francuski zespół Watchdog i wrocławscy improwizatorzy.

Jeden dzień będzie poświęcony składom polsko-skandynawskim. Wielu świetnych polskich jazzmanów wyjechało kilka lat temu na studia do Danii i podczas kilku lat tam spędzonych stworzyło znakomite składy, które zagrają w NFM. W ramach współpracy Jazztopadu z Vancouver International Jazz Festival zaprezentuje się kolektyw Pugs & Crows, a kolejna premierowa kompozycja zabrzmi podczas koncertu duetu Kris Davis i Benoît Delbecqa. Po raz pierwszy w Polsce wystąpi kwartet wybitnej wiolonczelistki z Chicago Tomeki Reid. W składzie tego zespołu występuje m.in. jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci sceny nowojorskiej — gitarzystka Mary Halverson. Zajrzymy także do Bułgarii, w której zdecydowanie najciekawszym wykonawcą sceny etnoimprowizowanej jest obecnie Theodosii Spassov, który wystąpi ze swoim recitalem.

Gwiazdami festiwalu będą Charles Lloyd, który powróci do Wrocławia z kolejną ważną premierą, tym razem z udziałem zespołów Narodowego Forum Muzyki, oraz Herbie Hancock, który zagra dla nas po raz pierwszy”.

Pełen program i bilety na stronie internetowej Narodowego Forum Muzyki.

Odsłuch: Adam Bałdych & Helge Lien Trio Brothers

Nasz ulubiony skrzypek jazzowy Adam Bałdych po dwóch latach od premiery Bridges wrócił do studia z kolegami z norweskiego Helge Lien Trio i pod koniec sierpnia wytwórnia ACT wydała ich drugą wspólną płytę Brothers. Tym razem muzycy zaprosili do współpracy także norweskiego saksofonistę Torego Brunborga.

Album, jak mówi sam Bałdych, poświęcony jest pamięci jego zmarłego brata — „Chciałbym, aby moja muzyka” – mówi Bałdych – „zakorzeniała się w teraźniejszości, odzwierciedlała ją. Powinna zagłębiać się w troski i tęsknoty dzisiejszego świata. Czym ma być moja muzyka? Powinna być przesłaniem miłości i piękna; bardziej niż kiedykolwiek wcześniej powinniśmy czuć się braćmi i siostrami aby lepiej zrozumieć siebie wzajemnie”.

Osiem z dziewięciu kompozycji na krążku napisał sam Bałdych, ale całości konceptu nowej płyty dopełnił cover „Hallelujah” Leonarda Cohena. „W porównaniu z naszym poprzednim albumem — Bridges, muzyka na Brothers jest brudniejsza i bardziej nieskrępowana.” — mówi Bałdych. Albumu w całości można posłuchać poniżej.

Nowy teledysk: Tigran Hamasyan „Markos and Markos”

Tigran Hamasyan w żadnym wypadku nie wpisuje się w stereotyp jazzmana-celebryty. Mimo tego „Markos and Markos” to już drugi teledysk promujący jego tegoroczny krążek An Ancient Observer. Zarówno płyta, utwór, teledysk i artysta zasługują na szerszą uwagę. Tym bardziej więc polecamy. Sama kompozycja „Markos and Markos” i przejmujący, nieco groteskowy animowany teledysk oparte są na wierszu ormiańskiego poety Zahrada o tym samym tytule. Wyjaśnienie znajduje się na końcu klipu.

Jazzpospolita w niedzielę w Stodole z nowym materiałem

Jazzpospolita nie zasypia gruszek w popiele. Ledwie wydany w piątek Humanizm już w najbliższą niedzielę można będzie usłyszeć na żywo w warszawskim klubie Stodoła. Na koncercie gościnnie wystąpią zaproszone na płytę wokalistki — Paulina Przybysz i Novika. Jako support zaś usłyszymy szwedzką grupę Water Boogie System, która zaprezentuje liryczne piosenki uzupełnione free jazzową improwizacją.

Rozpoczęcie koncertu o godzinie 20:00. Więcej informacji na fejsbukowej stronie wydarzenia. Bilety w przedsprzedaży w cenie 35 złotych nabywać można na stronie klubu, a także w sieciach Ebilet, Eventim i Ticketpro.

My tymczasem mamy dla Was podwójne zaproszenie na niedzielny koncert — aby je zdobyć wystarczy w komentarzu wymienić swój ulubiony album Jazzpospolitej i krótko swój wybór uzasadnić. Zwycięzcę wskażemy w piątkowe południe.

W piątek natomiast grupę można będzie usłyszeć we wrocławskiej Starej Piwnicy.

Jazzpospolita stawia na Humanizm

Humanizm

Szósta płyta w dorobku jednej z wiodących polskich formacji jazzowych Jazzpospolitej zatytułowana Humanizm ukaże się już jutro, ale od wczoraj całości można przedpremierowo posłuchać na Tidalu. Jak pisze o sobie sam zespół, aby poszerzyć dotychczasową formułę, muzycy zdecydowali się na zaproszenie gości pochodzących z odległych muzycznych światów. W dwóch utworach wystąpiły wokalistki — Paulina Przybysz i Novika, dzięki czemu kompozycje Jazzpo określane kiedyś jako instrumentalne piosenki stały się piosenkami z krwi i kości. Co więcej na czas nagrania albumu zespół zamieszkał w dworku z XIX wieku i przekształcił go w studio. Materiał został więc nagrany w naturalnym, bliskim przyrody otoczeniu, bez miejskiego hałasu i kontaktu ze światem zewnętrznym. Na naturalne brzmienie Humanizmu miały mieć wpływ także znikoma ingerencja studyjna i użycie oldschoolowego magnetofonu taśmowego. Jak wyszło, posłuchajcie sami poniżej.

Tigran Hamasyan z nowym teledyskiem i zapowiedzią płyty An Ancient Observer

tigran

W ciągu minionych dwóch lat pod skrzydłami kontraktu z oficyną Nonesuch Tigran Hamasyan, ormiański pianista i kompozytor na co dzień mieszkający i tworzący w Nowym Jorku, wyrósł na jedną z większych gwiazd współczesnej jazzowej pianistki. Hamasyan, który nie stroni od odwoływania się do tradycji muzyki ormiańskiej i flirtów z poważką, 31 marca wyda kolejny solowy krążek — An Ancient Observer. Już teraz możecie sprawdzić nietuzinkowy jak na jazzowego muzyka teledysk do singlowego „The Cave of Rebirth”. W melancholijnym jazzowym nagraniu Hamasyan po raz kolejny jest subtelny, ale niebanalny. Płytę można już zamówić w preorderze w wersji fizycznej lub cyfrowej.

Brad Mehldau i Chris Thile zapowiadają wspólny album

chris-thile-brad-mehldau-450x409

27 stycznia nakładem Nonesuch do sklepów trafi wspólny album amerykańskiego pianisty jazzowego Brada Mehldau oraz mandolinisty i piosenkarza Chrisa Thile’a. Muzycy po raz pierwszy koncertowali wspólnie w 2013 roku, a dwa lata później spotkali się na scenie ponownie i postanowili przenieść to doświadczenie do studia, czego efektem będzie płyta zatytułowana po prostu Chris Thile & Brad Mehldau. Na krążku znajdzie się 11 kompozycji — zarówno oryginalnych, jak i coverów (wśród nich m.in. klasyczne „Don’t Think Twice It’s Alright” tegorocznego noblisty Boba Dylana). Album promuje singiel „Scarlet Town” napisany przez Davida Rawlingsa i Gillian Welch.

Spis utworów:
1. „The Old Shade Tree”
2. „Tallahassee Junction”
3. „Scarlet Town”
4. „I Cover the Waterfront”
5. „Independence Day”
6. „Noise Machine”
7. „The Watcher”
8. „Daughter of Eve”
9. „Marcie”
10. „Don’t Think Twice It’s Alright”
11. „Tabhair dom do Lámh”

Jazzująco: sentymentalna Norah Jones w nowym teledysku

norah

Norah Jones wraca! Z nową płytą i do starej, bardziej jazzowej i organicznej stylistyki. Jej szósty solowy longplay Day Breaks trafi do sklepów 7 października, ale już teraz można posłuchać pierwszego singla z nowego krążka „Carry On”. Połączenie country-gospelowych tradycji muzycznych ze sztandarowym brzmieniem pianina Jones oraz tracklista nowego krążków, na której znajdziemy m.in. covery jazzowych standardów Duke’a Ellingtona czy Horace’a Silvera sugerują, że nowy album będzie powrotem do brzmienia dwóch pierwszych krążków piosenkarki, którymi wzbudziła przed kilkunastoma laty międzynarodową sensację.

Recenzja: Brad Mehldau Trio Blues and Ballads

Brad Mehldau Trio

Blues and Ballads (2016)

Nonesuch

Bardziej bluesowe dla tych, którzy spodziewali się jazzu i niepodważalnie jazzowe dla tych, którzy nastawili się na blues. Takie jest Blues and Ballads — najnowszy album Brad Mehldau Trio. Amerykański pianista wraz ze swoim triem poniekąd przedłużył na tym krążku swoją ostatnią trasę koncertową, w ramach której prezentował wyłącznie jazzowe interpretacje utworów innych wykonawców. Na Blues and Ballads w przeciwieństwie do wcześniejszych projektów Mehldau’a znajdziemy bowiem nie tyle oryginalne kompozycje, ale, co warto podkreślić, oryginalne wykonanie. Na warsztat trafili między innymi Beatlesi (doskonale prezentujące się w kameralnym jazzowym aranżu szeroko znane „And I Love Her” z katalogu grupy i niedawny solowy singiel McCartneya „My Valentine”) i rozmaite, pokryte już w wielu przypadkach patyną standardy z ery klasycznego jazzu — wśród nich chociażby Charlie Parker, Cole Porter czy Frank Sinatra.

Mehldau nie traktuje jednak bluesa instrumentalnie — ten bowiem poza tym, że przejawia się w łatwo odczytywalnych reinterpretacjach posępnych klasyków, jest także mocno obecny w artykulacji muzyków — zauważalnie nadaje ton i kształt całej płycie. Trio gra po swojemu, z jak zwykle mocno post-minimalistycznym zacięciem, ale jednocześnie na swój sposób hołduje konwencji klasycznego tria jazzowego, co jak na dłoni słychać w Parkerowskim „Cheryl”. Udaje się im jednak z jednej strony skutecznie przyjętą stylistykę ujarzmić, a z drugiej — głęboko nad nią pochylić — choć w zderzeniu z klasycznym Sinatrą wydają się równie bezsilni co Bob Dylan w swojej ostatniej odsłonie. W ostatecznym rozrachunku Blues and Ballads ujmuje jednak błyskotliwością ukrytą między wierszami kojącej prostolinijności i nawet jeśli trudno określić ten krążek mianem magnum opus Mehldau’a, trudno się w nim choć na chwilę nie zatracić.

Recenzja: Niechęć Niechęć

Niechęć

Niechęć (2016)

Wytwórnia Krajowa

Swój nowy album Niechęć nie tylko rozpoczęła od końca, ale pokazała, że można z powodzeniem zmienić go w znakomity nowy początek. Przy trwających niemal trzy kwadranse ośmiu premierowych kompozycjach nie ma miejsca na zwodzenie, lanie wody czy owijanie w bawełnę — choć muzycy grupy mylenie tropów mają opanowane do perfekcji, dawno w polskim jazzie nie mieliśmy tak wyrazistych, a jednocześnie nietuzinkowo i pieczołowicie zaaranżowanych tematów.

I nawet jeśli na nowym krążku da się bez trudu odnaleźć wspólny mianownik z debiutancką Śmiercią w miękkim futerku sprzed czterech lat, to przez ten czas usunięto z niego znaczną niewymierność. Nową Niechęć ktoś niechętny nazwać mógłby kompromisową, ale słowami dużo lepiej podsumowującymi zaistniałą sytuację są: wyważona, harmonijna, klimatyczna i dojrzała. Nie znaczy to jednak, że grupa zrezygnowała z awangardowej fuzji hałaśliwego jazzu z rockowym instrumentarium — nic z tych rzeczy. Te przybrały tylko nieco inny bieg, w który włączono zresztą konstytuującą ogólną wymowę krążka elektronikę.

Wielechowski i Zwierzchowski ramię w ramię wzięli na siebie obowiązki kompozytorskie, choć bardziej nie zasadzie dialogu niż ścisłej kooperacji. Pomimo tego, że ich utwory zwykle przeplatają się ze sobą, trudno mówić o opozycyjności — drugi album Niechęci jest w istocie synkretyczny, ale jest to cecha tyle całości, co i każdego z ośmiu utworów. Choć w kolejnych kompozycjach wykorzystywane są różne środki — we „Krwi” pulsuje refren psychotycznej pozytywki, „Rajzę” buduje nastrojowy post-minimalistyczny motyw, a na wielki finał w „Trzeba zabić tę miłość” złożył się clash błądzących saksfonów i przesterowanych gitar — Niechęć świadomie i bez kompleksów podkrada patenty na melodie z kręgu muzyki popularnej, a poprzez wpisanie ich w znacznie bardziej rozbudowany i niejednoznaczny kontekst, wykorzystuje ich pełen potencjał.

Jazzująco: Brad Mehldau Trio powróci w czerwcu z płytą Blues and Ballads

CeQz30xUsAAEXdz

Jeden z najciekawszych współczesnych pianistów jazzowych po światowym solowym tournée i niezbyt udanym duecie z Markiem Guilianą wraca do rozkosznej formy jazzowego tria. Od ostatniego krążka grupy Where Do You Start w październiku minęłyby już cztery lata, ale na szczęście Mehldau i spółka postanowili do tego nie dopuścić i już w czerwcu usłyszymy ich najnowszy krążek zatytułowany Blues and Ballads.

Na krążku, który trafi do sprzedaży 3 czerwca nakładem wytwórni Nonesuch znajdziemy siedem jazzowych interpretacji klasycznych amerykańskich ballad, które wyszły oryginalnie spod piór takich tuzów muzyki jak Cole Porter, Charlie Parker, Lennon & McCartney czy Jon Brion. Jednego z numerów, „Little Person” można już posłuchać poniżej. Więcej szczegółów i opcje preorderu znajdziecie na oficjalnej stronie muzyka.

Tracklista:
1. „Since I Fell for You”
2. „I Concentrate on You”
3. „Little Person”
4. „Cheryl”
5. „These Foolish Things (Remind Me of You)”
6. „And I Love Her”
7. „My Valentine”