Recenzja: Kamasi Washington The Epic

Data: 21 maja 2015 Autor: Komentarzy:

Kamasi Washington

The Epic (2015)

Brainfeeder

Zaangażowanemu w środowisko hiphopowe saksofoniście-wizjonerowi Kamasiemu Washingtonowi ze swoim debiutanckim krążkiem udała się rzecz na bardzo wielu poziomach niebywała. Wydany na początku miesiąca album The Epic zdobył uznanie prasy niezależnej być może w większym stopniu niż periodyków fachowych. Jednocześnie, połowicznie także dzięki temu, niemal z miejsca stał się pozycją prawie że kultową — wśród relatywnie młodych słuchaczy, którzy na co dzień nie są blisko związani ze sceną jazzową. Tym samym sprawił, że jazz, niegdyś symbol witalności, bezkompromisowości, buntu przeciwko zastanemu porządkowi, znów stał się adekwatnym środkiem wyrazu — być może po raz pierwszy od ponad 40 lat.

Zainteresowania albumem środowisk niejazzowych nie należy jednak postrzegać jako ucieczki Washingtona od (cokolwiek to znaczy) prawdziwego jazzu, jak miało to miejsce chociażby w przypadku projektu Black Radio Roberta Glaspera. Szalę w tym przypadku przechylił bez wątpienia niebagatelny udział jazzmana (obok wspomnianego już Glaspera, uznanego trębacza Ambrose’a Akinmusire’a i doskonale znanych fanom hip hopu Thundercata i Terrence’a Martina) w brzmieniu To Pimp a Butterfly Kendricka Lamara — nawet jeśli był to projekt w dużej mierze zespołowy. Choć The Epic można uznać za wielkoformatowy debiut Washingtona, saksofonista miał już wcześniej na swoim koncie kilka niezależnie wydanych krążków. Jednak dopiero trzypłytowy kolos wypuszczony nakładem oficyny Brainfeeder należącej do Flying Lotusa okazał się strzałem w dziesiątkę.

A to jedynie wstęp do prawdziwej siły projektu Washingtona. Ten trwający niemal trzy godziny muzyczny gigant bez wątpienia dorasta bowiem do nadanego mu tytułu. I o ile zwykle wzbraniam się przed używaniem w języku polskim słowa epicki przy opisie czegokolwiek innego niż gatunek literacki, w tym przypadku bez chwili zawahania muszę przyznać — album Washingtona jest w istocie epicki. Zrobiony z wyczuciem i rozmachem, hołdujący kilku pokoleniom jazzmenów, począwszy od post-bopowego Sun Ry przełomu lat 50. i 60., poprzez silne wpływy tradycji spiritual jazzu szkoły Coltrane’owskiej, szeroki wachlarz inspiracji rozkwitających w jeszcze kolejnej dekadzie fuzjonistów, aż po bardziej współczesne, choć także mające długą historię, zainteresowanie jazzmenów prostą soulową harmonią. Tym samym Washington splata amalgamat rozmaitych fascynacji w jeden pęk, którego siłą jest zawsze ekspresja — otwierające pierwszy z trzech krążków 12-minutowe „Change of the Guard” doskonale reprezentuje plastykę, rozmach i natchnienie będące fundamentem wizji Washingtona, na której oparte zostało całe The Epic. Ostatecznie trudno jednak nie odnieść wrażenia, że źródło pierwotnej inspiracji muzyka ukryte jest gdzieś w kosmosie. Kosmosie, który na czas sesji nagraniowych krążka przepełnił nie tylko umysł Washingtona, odpowiadającego za większość z 17 kompozycji, które trafiły na album, ale także instrumenty 10-osobowej grupy muzyków, która nuty, wykresy i rysunki pierwszorzędnie przełożyła na dźwięk.

Kolejną niewątpliwą zasługą muzyka jest niełatwa umiejętność zachowania równowagi pomiędzy awangardą (zwykle rozumianą jako atonalność, gwałtowne zmiany rytmiczne, nieograniczoną niczym improwizację) a bardziej klasycznym podejściem do melodyki. Wizja Washingtona jest jednak na tyle szeroka, że w obrębie nawet tej samej kompozycji w wykreowaną harmonię udaje mu się bez trudu wpisać zarówno elementy na swój sposób dysonantyczne (choć, co ważne, niezaburzające ogólnego ładu całości), jak i struktury stricte piosenkowe (posępnie funkowe „Malcolm’s Theme” z Patrice Quinn i Dwightem Trible’m na wokalu).

Ostatecznie podróż do wnętrza The Epic jest absorbująca nie tylko czasowo — dźwiękowa tkanka w obrębie krążka jest bowiem na tyle plastyczna, że kurs obierany przez zespół Washingtona podlega wielu dynamicznym zmianom — wystarczy porównać oparte na afrykańskim rytmie singlowe „Re Run Home”, smooth soulowe „Cherokee” będące adaptacją popowego standardu z początku XX wieku i wzniosłą jazzową wariację na temacie „Clair de Lune” Claude’a Debussy’ego, które sąsiadują ze sobą na ostatnim dysku. Ogólny kierunek nie podlega jednak choćby najmniejszym wahaniom. The Epic skierowany jest ku przyszłości i w 2015 roku nareszcie należycie wprowadza jazz w XXI wiek.

Komentarze

komentarzy