Recenzja: Michael Kiwanuka Love & Hate

Data: 6 września 2016 Autor: Komentarzy:

Michael Kiwanuka

Love & Hate (2016)

Polydor

Michael Kiwanuka wyszedł obronną ręką i z dojrzewającej przez ostatnie cztery lata klątwy drugiego albumu, i z bliskiej współpracy z Danger Mouse’m. A nie było łatwo — debiutanckie Home Again wypełnione przepięknym kameralnym soulem spod znaku Donny’ego Hathawaya zdawało się nie dawać wokaliście zbyt dużego pola do manewru — nie pozostawiało niedosytu, zwiastowało raczej mniej wysmakowaną powtórkę z rozrywki, zwłaszcza po singlowym falstarcie sprzed dwóch lat.

O tym, że Kiwanuka wymyślił sobie tę płytę zgoła inaczej, można było się przekonać przy okazji premiery singla „Black Man in the White World” rytmicznie, aranżacyjnie i tekstowo zbudowanego na kanwie gospelowo-bluesowych pieśni czarnych niewolników z początku XX wieku. Wówczas jednak pojawiła się inna pułapka — czy Kiwanuka udźwignie współpracę z Danger Mouse’m, który od czasu debiutu Gnarls Barkley przed dziesięcioma laty jest raczej w artystycznym odwrocie i wykorzystuje te same ograne już tricki, tak dobrze osłuchane na ostatnich dwóch krążkach The Black Keys. Mimo wszystko ma jednak bardzo wyrazisty i rozpoznawalny styl, który mógł z powodzeniem przytłoczyć folkowego singera/songwritera pokroju Kiwanuki.

Tak się jednak nie stało. Kiwanuka śmiało zwrócił się w stronę soczystej progresywnej fuzji soulu, funku, rocka, gospel i subtelnych orkiestrowych aranży, które kiełkowały już przed czterema laty na jego debiucie („Tell Me a Tale”), a Danger Mouse doskonale wiedział, jak to połączone zaadaptować, aby zabrzmiało współcześnie, ale ponadczasowo. I tak oto majestatycznie kroczące „Place I Belong” zaaranżowane na smyczki i chór to ukłon w stronę najlepszych nagrań kanonu psychodelicznego soulu w stylu Isaaca Hayesa, „One More Night”, najbardziej singlowy wycinek krążka, wskrzesza te same duchy i demony, które powołały do życia i uśmierciły niezapomnianą Amy Winehouse, a łączące feeling klasycznej rockowej ballady z bluesowym anturażem i aksamitnie soulowym wokalem „The Final Frame” to numer, jaki chciałby z pewnością nagrać Gary Clark, Jr.

Kiwanuka nie próbuje się jednak pod wymyślnymi aranżacjami ukrywać — choć jest mu z nimi nadzwyczaj do twarzy, w dalszym ciągu pozostaje tym samym wrażliwym chłopakiem z gitarą. Nie przebiera się, nie zwodzi słuchacza, nie odwraca od siebie uwagi, by zatuszować niedoskonałości. Wręcz przeciwnie, obraca je w atut i podaje w oprawie, która jednocześnie rozdziera i koi, rozdrapuje rany, by za chwilę je zasklepić — zupełnie tak jak przed laty robił to wspomniany Isaac Hayes. Kiwanuka jest jednak daleki od bezkrytycznego naśladownictwa — inspirując się najlepszymi tradycjami soulu, po raz kolejny robi coś własnego.

Komentarze

komentarzy