Wydarzenia

Recenzja: Isaiah Rashad The Sun’s Tirade

Data: 28 września 2016 Autor: Komentarzy:

isaiah-rashad-sun-tirade-album-stream

Isaiah Rashad

The Sun’s Tirade (2016)

Top Dawg

Każdy jarał się twoim ostatnim gównem, nie chcesz wydać kolejnego? Nie zależy ci? Nie obchodzi cię to, że chcą tego słuchać? — tymi słowami Dave’a Free, który musiał intensywnie przekonywać swojego podopiecznego do skompletowania materiału, rozpoczyna się debiutancka płyta Isaiaha Rashada The Sun’s Tirade. Prośby, nie tylko szefa TDE, ale i fanów przybywających po wydaniu Cilvil Demo, zostały wysłuchane dopiero po dwóch i pół roku. Zatem skoro już wiemy, że tej płyty teoretycznie mogłoby nie być, powstaje pytanie, czy jej premiera zmieni coś w rapowym światku? I tak, i nie.

The Sun’s Tirade podyktowane jest ostatnimi wydarzeniami z życia Isaiaha Rashada. Zaczynając od uzależnienia od xanaxu i alkoholu, kończąc na tym, że przez nałogi próbowano go wyrzucić z wytwórni aż trzy razy. Narkotyczny klimat unosi się przez całą długość wydawnictwa, choć nie jest to porywająca gangsterka w stylu tego, co znajdziemy na Blank Face Schoolboya Q. To raczej wszystko inne, co może zamknąć się pod szyldem zobojętnienia zmieszanego z otępieniem, monotonności równoznacznej z jednostajnością.

Z jednej strony numery takie jak otwierające album „4r Da Squaw”, najmocniejszy punkt programu, czyli soczyste „Free Lunch” z esencjonalnym riffem gitarowym nadającym kojący ton piosence, bardzo surowe „Rope” czy leniwe do bólu „Wat’s Wrong” sprawiają wrażenie, że to wydawnictwo bardzo hermetyczne i ekskluzywne dla podziemia, niemalże intymna spowiedź rapera z Tennessee. Kameralnego charakteru nie zakłócają także wygwizdane „Tity and Dolla” czy hipnotyzujące i romantyczne „Stuck in the Mud”. Z drugiej natomiast — album dłuży się w nieskończoność i gdzieś po wspomnianym już, siedmiominutowym utworze z gościnnym udziałem SZA, Isaiah bardziej irytuje i dosłownie przynudza, aniżeli stwarza gęsty klimat okraszony depresją czy załamaniem nerwowym. W końcówce jeszcze kombinuje i próbuje wyjść poza etykietę rapera siedzącego z blantem w ręku na kanapie — weźmy na przykład „Don’t Matter”. To zupełnie niepotrzebny element, który zaburzył (niekoniecznie ekscytujący, ale jednak) koncept całego nagrania minimalistyczną elektroniką i magnetofonowym charakterem rodem z brytyjskiej muzyki klubowej lat 90. Na takie szaleństwa mógł sobie pozwolić Schoolboy Q, który niczym cyrkowiec żongluje inspiracjami ze złotej ery rapu połączonymi z obecnymi trendami wykraczającymi poza hip-hop. Gdyby tylko skrócić The Sun’s Tirade do 10-12 kawałków, zostawiając te najbardziej charyzmatyczne, płyta nie byłaby momentami tak rozlazła i ospała.

Nie zapominajmy jednak, że przecież Kendrick Lamar wydał przeciętne Overly Dedicated zanim nadeszła chwała wraz z Section.80, a Schoolboy Q zadebiutował niekoniecznie wyróżniającym się Setbacks na długo przed Oxymoron. Pośród tegorocznych wydawnictw z wytwórni Top Dawg The Sun’s Tirade Isaiaha Rashada to najsłabsze ogniwo, choć niepozbawione nadziei na dalszy rozwój. No i koniec końców, jeśli jest się w towarzystwie najważniejszych obecnie raperów, nawet to może zabrzmieć jak komplement.

Komentarze

komentarzy