Recenzja: Alicia Keys Here

Data: 22 listopada 2016 Autor: Komentarzy:

Alicia Keys

Here (2016)

RCA

Po gorzkich doświadczeniach z Girl on Fire i dwóch równie rozczarowujących zeszłorocznych singlach byłem gotów spisać kolejny projekt Alicii Keys na straty jeszcze przed premierą. Tymczasem piosenkarka w ostatniej chwili wykonała efektywny (i efektowny) U-turn (jak z piosenki Ushera) i nagrała swój najlepszy krążek od czasu niezapomnianego The Diary of Alicia Keys sprzed 13 lat. Nawiązanie do Ushera jest zresztą nieprzypadkowe, bowiem od czasu ich wspólnej kolaboracji w „My Boo” w 2004 roku oboje zaczęli błądzić między mainstreamowym popem a próbami zachowania stylistycznego pionu. Ostatecznie na szczęście postanowili powrócić do matecznika.

Podobnie jak w przypadku Ushera, i u Alicii nie jest to jednak powrót zupełny. Trudno jednak zakwestionować, że Here to pierwsza propozycja Keys od lat, która nie tylko brzmi, ale także coś sobą reprezentuje. Piosenkarka swoją antymakeupową krucjatę uzupełniła o jak najbardziej adekwatny muzyczny manifest — Here to społecznie i emocjonalnie zaangażowane akustyczne R&B na hiphopowych bitach z niezawodnej szkoły Swizz Beatza. Połączenie idealne — dodające Keys siły, ale nieujmujące jej uroku. Proste i szczere na tyle, że jednocześnie momentami odsłaniające przed słuchaczem własne słabości.

O ile bowiem w Songs in A Minor czy The Diary można było zatopić się bez reszty, na Here akcenty układają się inaczej i niekiedy nazbyt dosłowne teksty Keys wychodzą na pierwszy plan — jak w kończącym krążek „Holy War”, dokonałym przykładzie na to, że nieszczęścia jednak chodzą parami, który niezręczną literalnością zahacza o ten sam antypoetycki koncept, który na polskim gruncie na swojej ostatniej płycie lansowała Maria Peszek. Jakby tego było mało, to najbardziej prześpiewany i hymniczny refren na krążku — sięgający do tendencji, która pozwoliła w 2007 roku utrzymać się Keys na szczycie popularności jeszcze przez chwilę, ale, jak się okazało, za niezwykle wysoką cenę. Trudno usprawiedliwić też bardziej zachowawcze wokalnie, ale niezbyt subtelne lirycznie i aranżacyjnie „Girl Can’t Be Herself”, w którym Keys łączy pseudolatynoski bit z jamajskimi zaśpiewami i deklaracją, że nie ma dziś ochoty ubierać szpilek.

Pojedyncze niezręczności Keys doskonale równoważy znakomitym doborem współpracowników, wśród których dwie naczelne pozycje zajęli Mark Batson, który nadał krążkowi umiarkowanie popowy charakter i wspomniany już Swizz Beatz odpowiadający za bardziej uliczny vibe. Zwłaszcza jego wkład w produkcję jest trudny do przecenienia — podwójne „She Don’t Really Care”/”1 Luv”, hymn niezależnych nowojorskich kobiet zaśpiewany trochę w stylu klasycznej Mary J. Blige dzięki szorstkiemu hiphopowemu bitowi w stylu Salaama Remiego przywodzi na myśl srebrną erę nowojorskiego rapu z Nasem za mikrofonem. Marszowe „The Gospel” to bez wątpienia „Karma 2.0”, a w refrenie „Pawn It All” pobrzmiewa duch wczesnodwudziestowiecznego południowego bluesa. Z kolei wyprodukowane przez Pharrella „Work on It” obfituje w najbardziej rozkoszne wokale Keys od lat, które wpisane w bit oparty na odważnym hiphopowym samplu w stylu „Like You” Kelis, dają piorunujący efekt. Co więcej — dzięki wpleceniu w bieg krążka kilku mówionych interludiów, Keys, podobnie jak wcześniej w tym roku Solange, nawiązała klimatem i wymową do tradycji The Miseducation of Lauryn Hill. Dzięki temu Here w istocie umiejscowione jest tu i teraz, tzn. na wciąż jednak słonecznych ulicach nowojorskiego Brooklynu dwa lata po wydarzeniach w Ferguson, a w przededniu prezydentury Donalda Trumpa. To dokąd teraz, pani Keys?

Komentarze

komentarzy