Recenzja: Jones New Skin

Data: 6 grudnia 2016 Autor: Komentarzy:

jones-new-skin-2016

Jones

New Skin (2016)

37 Adventures

Szczerze pisząc, sięgnęłam po New Skin chwilę po premierze przy okazji przeglądania zakładki nowe wydania na portalu Spotify, bo zaciekawiła mnie okładka. Po czarno-białym zdjęciu uroczej wokalistki przypominającej odrobinę Audrey Hepburn, okraszonym tłem w popartowej stylistyce bliskiej Andy’emu Warholowi domyślałam się, że będzie to album podszyty słodkim retro popem. I nie mogło być inaczej. Dziwi fakt, że debiut Jones nie przyciągnęła uwagi tak, jak zrobił to przykładowo pierwszy krążek Jessie Ware, ale po kolei.

New Skin to lekkość w najlepszym znaczeniu tego słowa. W zasadzie przez całą długość płyty z łatwością można zanurzyć się w finezyjności, którą prezentuje Jones. Album otwiera marzycielski numer „Rainbow”, ale wokalistce nie można odmówić także gracji i wdzięku, gdy śpiewa swobodne „Indulge”, nieco bardziej pulsujące i szybsze „Hoops” czy odrobinę patetyczne „Out of this World”. Ciepły wokal, nieskomplikowane, ale jednak swobodne melodie z pogranicza popu i R&B oraz pisane wprost teksty o miłości (najczęściej tej odwzajemnionej) są niemalże pokłosiem świetnego Ice Cream Everyday Amel Larrieux sprzed trzech lat.

Jednak z jakiś powodów Jones nie jest na tyle silna, by sukcesem dorównać koleżankom pokroju Lianne La Havas czy Palomy Faith. A szkoda, bo zarówno wzruszająca ballada „Waterloo”, jak i ulotne „Walk My Way” (z najweselszym refrenem na krążku) mają spory potencjał radiowy. Być może jednak wynika to z tego, że na New Skin brakuje mocnego uderzenia, większego wachlarza emocji. Jones prezentuje się niemalże tylko w jednej odsłonie: jako czarująca kochanka, szczęśliwie zakochana w swoim partnerze i w związku z tym oderwana od rzeczywistości. Choć nie można jednoznacznie stwierdzić, że próby otworzenia się na słuchacza jeszcze bardziej nie były podejmowane. Wystarczy przywołać taneczne i festiwalowe „Wild” czy minimalistyczne „Bring Me Down” przypominające twórczość AlunaGeorge, by od razu rozpoznać, że Jones jak najbardziej wyczuwa trendy, zwłaszcza te na brytyjskiej scenie, ale sama jeszcze nie ryzykuje w tym zakresie.

Podsumowując zatem, New Skin to spójna płyta, tzw. przyzwoity debiut, choć miejscami zbyt bezpieczny i zachowawczy. Być może jednak ten brak presji, który towarzyszył Jessie Ware po premierze Devotion, sprawi, że Jones naturalnym rytmem znajdzie swoje miejsce na scenie. I na ten moment albo może być to kariera na miarę Emeli Sandé, albo artystka podzieli los Goapele. Koniec końców Jones debiutuje nieco naiwnie, ale jednak na tyle silnie, że z całą pewnością mogę napisać, że wrócę do tego krążka wiosną.

Komentarze

komentarzy