Recenzja: Trey Songz Tremaine the Album

Data: 12 maja 2017 Autor: Komentarzy:

Trey Songz

Tremaine the Album (2017)

Songbook / Atlantic

Na pewno kojarzycie Montella Jordana — jedną z największych gwiazd amerykańskiego R&B lat 90. — serwującego hit za hitem od „This Is How We Do It”, przez „Let’s Ride”, po „Get It On Tonite”. Jego historia urywa się tak naprawdę w 2000 roku, niespełna rok po tym jak wspomniane „Get It On Tonite” przez trzy tygodnie zajmuje szczyt listy najpopularniejszych utworów R&B w USA. Jordan robi sobie dwuletnią przerwę od nagrywania i nie wraca już na afisze. Kolejne albumy i single przepadają komercyjnie jeden za drugim. Wreszcie w 2008 roku piosenkarz wydaje ostatnią płytę. Cztery lata później jeszcze na krótką chwilę pojawia się w mediach, gdy CNN powtarza fałszywe pogłoski o jego śmierci. Jego kariera dobiegła końca.

Historia lubi się powtarzać. Po trzech latach od premiery względnie zadowalającego krążka Trigga z nowym longplayem wraca właśnie Trey Songz. Wraca, to ważne, głodny zainteresowania — z kolejnym egocentrycznym tytułem Tremaine the Album, podpierając go reality show, w którym szuka sobie dziewczyny, i sprzedając róże przez internet. I trudno powiedzieć, czy to kwestia tego, że z daleka można wyczuć u niego pewną desperację, czy może tego, że Songz w 2017 roku brzmi jak zdarta płyta i nie ma już niczego sensownego do zaprezentowania nawet amerykańskiemu radiu. Można zastanawiać się, dlaczego stało się to dopiero teraz, zwłaszcza że singiel promujący projekt „Nobody Else But You” to skóra zdjęta z Drake’a. I to zdjęta umiejętnie — zarówno jeśli chodzi o trappopowy podkład, jak i sposób frazowania w refrenie. Tylko po co słuchać naśladowcy, jeśli oryginał wypuścił właśnie plejlistę roku — emocjonalnie, stylistycznie i wykonawczo nieporównywalnie bardziej autentyczną i adekwatną? Songz z kolei, gdy nie udaje Drake’a, kopiuje samego siebie, a właściwie siebie naśladującego R. Kelly’ego, mniej lub bardziej składnie przepisującego vibe R&B lat 90. na brzmienie minionej dekady.

Czasem wychodzi mu lepiej (jak w autorefleksyjnym „Playboy”, zręcznie skrojonej pościelowej balladzie, w której pyta samego siebie „Don’t know why I’m still kissing girls I don’t love (…) Still fucking when I wanna make love” — nie odpowiada, bez mrugnięcia okiem wraca do sypialni), zwykle gorzej — jak w niezręcznym „#1Fan”, gdzie na rozwleczonym bicie samplującym, mogłoby się zdawać, pakiet defaultowych dzwonków Samsung Galaxy Note 7 opisuje swoje relacje intymne z groupies. Płytę wypełniają zresztą głównie typowe sypialniane historie w typowej dla komercyjnego R&B pościelowej aranżacji z nieco tylko bardziej trapowymi niż dotychczas bitami, które same w sobie nie tworzą jednak w tym przypadku żadnej dodatkowej wartości. Tremaine mogłoby więc dobrze sprawdzić się w tym kontekście, gdyby nie to, że wśród trwających niemal godzinę 15 numerów jasnych punktów jest jak na lekarstwo (jeszcze jednym jest „Song Goes Off” zestawiające oldschoolowy melodyjny refren w tradycji Kelly’ego z wyrazistym perkusyjnym bitem), a sam Songz jest przesadnie skoncentrowany na sobie i z nielicznymi wyjątkami — nieznośnie banalny.

Koniec końców jeśli przyjrzymy się dotychczasowej dyskografii Songza z perspektywy czasu, trudno będzie wyłowić z niej jakikolwiek wyrazisty numer, którego refren podobnie jak „This Is How We Do” Montella Jordana można by zanucić bez problemu z głowy dwie dekady później. W przeciwieństwie do Jordana, który też nie miał przecież artystycznych aspiracji, Songz zbudował całą swoją karierę na jednym modelu utworu, którego esencja zawiera się w tytule jednego z jego niezliczonym singli — nieszczególnie zresztą popularnego w owym czasie „Neighbors Know My Name”. Po tym jak R&B wydało na świat Franka Oceana, FKA twigs czy The Internet, nie wystarczy już dorzucić do tego starego patentu trappopwego bitu i połamanego po londyńsku syntezatora, aby mieć coś do przekazania. Kwestia czy Songz już teraz podzieli los Montella Jordana jest w dalszym ciągu polemiczna. Niewątpliwe jest natomiast to, że typ nie ma w 2017 roku niczego do zaoferowania.

Komentarze

komentarzy