Recenzja: Fergie Double Dutchess

Data: 15 października 2017 Autor: Komentarzy:

recenzja fergie double dutchess

Fergie

Double Dutchess (2017)

Retrofuture Productions/BMG Rights Management

Po dużym komercyjnym sukcesie debiutu The Dutchess, Fergie podjęła zaskakującą decyzję o zawieszeniu swojej solowej kariery. Nikt jednak nie przypuszczał, że będzie to trwało ponad dekadę. W międzyczasie koncertowała jeszcze z Black Eyed Peas, ale ostatecznie pożegnała się z zespołem i przystąpiła do tworzenia nowego wydawnictwa. Proces zajął jednak tyle czasu, a sposób prezentacji jego wyników był tak chaotyczny, że mało kto spodziewał się, czy Double Dutchess ujrzy w końcu światło dzienne. Premiera była kilkukrotnie przekładana, a krążek w ostateczności wyciekł do sieci. Zmusiło to wytwórnię do rozpoczęcia jakiejkolwiek promocji, która uratowałaby płytę przed klapą i podciągnęła nieco słupki sprzedaży. W konsekwencji fani otrzymali trzynaście kompozycji zamkniętych w bezbarwnym pudełku o mało oryginalnej nazwie.

Ewidentnie ani sama Fergie, ani prawdopodobnie wytwórnia, nie mięli pomysłu na następcę The Dutchess. Kierunek, jaki na płycie został ostatecznie wybrany, to połączenie znanych dobrze z debiutu popowych dźwięków, z hip-hopowymi rytmami. Wisienką na torcie miała być zapewne bardzo popularna od kilku lat elektronika z piszczącymi delfinami w tle. Historia już niejednokrotnie pokazała, że rozgrzebywanie przeszłości i próba sięgnięcia po styl muzyczny, który kiedyś przyniósł sukces, dla większości wykonawców kończy się porażką. Tak było również i w tym przypadku. Zafundowanie fanom mało oryginalnych „Life Goes On” czy „L.A.Love (la la)” spowodowało bardzo szybką śmierć tych kawałków. Do tego dołączyła ich niedostateczna promocja, co dodatkowo pogrążyło kompozycje na listach przebojów. Przy odrobinie pomysłu, takie single, jak „Hungry” z Rickiem Rossem czy nawet „Like It Ain’t Nuttin'” mogłyby nieco zamieszać na amerykańskich listach Urban R&B. Z kolei, gdyby odpowiednio wprowadzić do klubów „You Already Know” z niegwarantującą już sukcesu Nicki Minaj na featuringu lub skoczny utwór „Tension”, prawdopodobnie na niejednym parkiecie zebrałaby się grupa ludzi chcących potańczyć w rytm tych kawałków przy akompaniamencie kolorowych świateł i laserów. Nic z powyższego się nie wydarzyło, a nawet plastikowe, ale obiecujące „M.I.L.F. $„, pomimo milionowych wyświetleń w serwisie Youtube, poległo na listach przebojów.

Przez ponad dziesięć lat, które minęły od czasy wydania debiutanckiego albumu The Dutchess, muzyka i gusta muzyczne się zmieniły. Do łask wrócił hip-hop, a w rozgłośniach radiowych króluje muzyka taneczna. Fergie jednak zatrzymała się na etapie, kiedy święciła triumfy z BEP, co pomogło jej w rozpoczęciu solowego projektu. Tak długa przerwa i zawirowania wokół Double Dutchess spowodowały spadek zainteresowania nowym wydawnictwem, a chaotyczna i nijaka zawartość tylko przyczyniła się do klapy i marnej sprzedaży. Nawet wzorowanie się na pomyśle Beyoncé i stworzenie wizualizacji do każdego z utworów nie pomogło w wypromowaniu płyty. Wspomniane klipy zasługują jednak na uwagę ze względu na dobrą produkcję i ciekawe pomysły zobrazowania kawałków. Natomiast sama zawartość płyty nudzi, a z każdym kolejnym odsłuchem czułem przesyt wtórnymi dźwiękami i odgrzewanymi schematami. Niech to będzie ostatnia część z serii Dutchess, która zamknie pewien rozdział w życiu Fergie. Natomiast jej nowy projekt muzyczny, jeśli taki kiedykolwiek jeszcze powstanie, niech będzie dojrzały i bardziej przemyślany, żeby nie trzeba było świecić gołymi pośladkami w celu ratowania sprzedaży, bo Amerykanka ma znacznie więcej do zaoferowania, niż tylko seksowne ciało.

Komentarze

komentarzy