Recenzja: Curtis Harding Face Your Fear

Data: 10 listopada 2017 Autor: Komentarzy:

Curtis Harding

Face Your Fear (2017)

Anti

Curtis Harding nie uciekł zupełnie z Motown. Schronił się na przedmieściach poza strefą odgrzewanych retrosoulowych kotletów. Na kanapie przenocował go sam Danger Mouse.

Efektem tego sleepoveru jest zręcznie skrojony klasyczny soulowy krążek stylistycznie umocowany gdzieś w pierwszej połowie lat 70. Niby nie wypada mówić o powtórce z rozrywki, bo jednak Harding, angażując Danger Mouse’a do roli nadwornego producenta, postanowił na swój sposób postawić na nową jakość. Wszyscy ci jednak, którzy liczyli, że Mouse zaprowadzi Hardinga tam, gdzie w zeszłym roku zabrał, ze znakomitymi efektami, Michaela Kiwanukę, mogą poczuć niewielki niedosyt. Face Your Fear jest co prawda wyprodukowanie bardziej subtelnie niż obdarzone naturalną garażoworockową energią Soul Power z 2014 roku, ale mimo niewątpliwej dbałości o produkcyjne i aranżacyjne niuanse to swoisty stylistyczny rollercoaster, przegląd okołosoulowych wrażliwości minionych epok.

I tak oto otwierające album „Wednesday Morning Atonement” zapowiada w istocie inną płytę niż tę, z którą słuchaczowi przyjdzie się za chwilę zmierzyć — wyważony rytmicznie, soczysty produkcyjnie, zwieńczony oldschoolowo progresywnym organowym pasażem i gitarowym solo utwór to Harding jakiego jeszcze nie było — posępny, intrygujący i uduchowiony. Tę odsłonę zręcznie kontynuuje jeszcze w podbitym elegancką sekcją smyczkową tytułowym „Face Your Fear”, ale już singlowe „On and On”, niewątpliwie najbardziej przebojowy fragment albumu, to dosłowny powrót do motownowskich inspiracji — z prominentnie wybrzmiewającą na pędzącym postdoowopowym bicie sekcją dętą i charyzmatycznymi soulowymi chórkami z epoki.

Tym samym Harding wproawdza słuchacza w stylistyczny kalejdoskop — „Till the End” to mroczny twist z rodowodem sięgającym pierwszej połowy lat 60. i grup pokroju Screaming Lord Sutch & The Savages, „Need Your Love” to słoneczna interpretacja żywiołowej funkowej energii cechującej Jamesa Browna i jego następców, „Dream Girl” z kolei brzmi jak Bee Gees coverujący losowy numer Jamiroquai. Następne trzy i pół minuty zapełnia na wpół akustyczne „Welcome to My World” złożone głównie z erotycznego kobiecego monologu, które przechodzi, nie bez zgrzytu, w jeden z jaśniejszych punktów krążka, odrobinę sentymentalne, ale na szczęście nie melodramatyczne „Ghost of You”, które w innych warunkach z pewnością byłoby kameralną balladą, ale Harding z Danger Mouse’m, być może słusznie, postanowili nadać mu taneczny wymiar.

W ten sposób Harding nie zmienił wcale diametralne charakteru swojej wizji soulu — pozostaje pogrobowcem Motown i wychowankiem retrosoulowej szkoły zamykającym minione brzmienia we współcześnie wyprodukowanej, ale koniec końców dość archaicznej formie płyty, która jako całość niewiele mówi, ale już z poszczególnych fragmentów można ulepić sobie całkiem miły wieczór. Niewątpliwie szuka nadal oryginalnego pomysłu na siebie i trzeba przyznać, że nie najgorzej kombinuje.

Komentarze

komentarzy