Recenzja: Miguel War & Leisure

Data: 13 grudnia 2017 Autor: Komentarzy:

Miguel

War & Leisure (2017)

RCS

War & Leisure nie przynosi rewolucji. Czwarta płyta Miguela to bezpieczna, ale przyjemna pozycja w jego dyskografii, tematycznie miotająca się między troską a beztroską, brzmieniowo zaś ograniczająca tytułowy dylemat jedynie do drugiego członu.

Piosenkarz po raz kolejny zaprosił do współpracy producentów odpowiedzialnych za brzmienie jego poprzednich krążków — są więc Happy Peraz, Jerry „Wonda” Duplessis, Raphael Saadiq i oczywiście Salaam Remi — ci sami, którzy na Wildheart pomogli mu wykreować wizerunek boga seksu, a na wcześniejszym Kaleidoscope Dream przenieśli patenty klasycznego psychodelicznego soulu na współczesne R&B. War & Leisure z Miguelem pozującym na oldschoolowego żigolaka-dandysa jest więc siłą rzeczy w tym towarzystwie pozycją zdecydowanie najlżejszą, w trakcie niemalże 50-ciominutowego biegu prowadzącą słuchacza od jednej zręcznie skrojonej piosenki R&B do drugiej, ale bez jasno ukonstytuowanej tożsamości czy wyraźnego kierunku stylistycznego. Zupełnie niepotrzebnie Miguel otwiera podwoje krążka dla kolejnych raperów, choć prawdopodobnie właśnie Travisowi Scottowi w singlowym „Sky Walker” zawdzięcza kolejną lokatę w amerykańskim top 40.

Jedynie kolumbijska piosenkarka Kali Uchis w nieprzystającym do reszty albumu Caramelo Duro z nieprawdopodobnie chwytliwym hiszpańskojęzycznym refrenem inspirowanym muzyką Karaibów „Regálame un poco de azúcar” wnosi do twórczości Miguela coś interesującego — prawdopodobnie dlatego, że swoim głosem delikatnie spowija cały utwór, nadając mu ton i przydając blasku, ale nigdy nie wychodzi na pierwszy plan. Radiowy potencjał, być może największy od czasu „Adorn”, ma także promujące krążek „Told You So” osadzone w klimacie koktajlowego, synthfunkowego boogie oraz opisująca upadek Los Angeles futurystyczna ballada „City of Angels”. Wszystkie trzy numery bezpośrednio współdzielą przestrzeń na krążku, ale nie ma między nimi kleju — funkcjonują obok siebie, zamiast względem siebie.

Tym samym Miguel skroił całkiem udany longplay, ale wyłącznie w bardzo pierwotnym sensie — wydanych pod wspólnym szyldem dwunastu lepszych lub gorszych piosenek nagranych przez jednego wykonawcę w podobnym czasie, co na tym etapie kariery piosenkarza i rozwoju formatu płyty długogrającej jest co najmniej rozczarowaniem — nawet jeśli dość przyjemnym.

Komentarze

komentarzy