Recenzja: Tory Lanez Memories Don’t Die

Data: 27 kwietnia 2018 Autor: Komentarzy:

Tory Lanez

Memories Don’t Die (2018)

Mad Love/Interscope/Universal


Daystar Peterson, szerzej znany jako Tory Lanez, twórca bardzo dobrych mixtape’ów Chixtape oraz The New Toronto, w 2016 roku wydał swój debiutancki album I Told You i nie do końca uzyskał taki efekt, jaki zamierzał. Druga płyta miała więc nadać wartości jego spuściźnie i stać się krążkiem legendarnym. Po udanym koncertowo roku 2017 i zakończeniu beefu z Drizzym sowotwórcą wydawać by się mogło, że wszystko idzie zgodnie z planem, jednak przed premierą płyty pytanie nadal brzmiało, czy młody Kanadyjczyk zerwał z serwowaniem skserowanych pomysłów jako swoich własnych?

Nie jest tajemnicą, że do tej pory Tory Lanez uchodził za tolerowanego wannabe Drake’a, który potrafi zarapować, a i trochę podśpiewać. Główną różnicą pomiędzy nimi była stylistyka. Główną, ale nie tak dużą, jakby się mogło wydawać. Młodszy Kanadyjczyk pod wieloma względami przypomina twórcę OVO. Na przykład — flow z utworu „BBWW x Fake Show” brzmi jak Drake we „Free Smoke” z More Life albo „Grammys” z albumu Views. Z kolei bit „Hate to Say”, gdzie Lanez między innymi przeprasza Travisa Scotta za ich dawny beef, łudząco przypomina styl z „Pound Cake”. Rodak artysty to nie jedyna osoba, o której można pomyśleć podczas odsłuchu tej płyty. W „4 Me” wyraźnie słyszalne są patenty Swae Lee, w „Benevolent” raper bawi się w Ricka Rossa, a narracja „Pieces”, kawałka nagranego z 50 Centem, brzmi jak ta, do której przyzwyczaił nas już J. Cole. Nie należy winić producentów, ale dobór bitów i charakterystyczne działania wokalne innych są wyraźnie słyszalne, a szkoda, bo gdyby tylko Lanez był nieco subtelniejszy, odbierano by go zupełnie inaczej. Poza tym cecha, którą można przypisać Lanezowi, to skłonność do przesady z długością utworów. Nikt tak jak on nie potrafi połączyć dwóch ciekawych numerów w jeden irytująco długi — w tym przypadku „Happiness x Tell Me”. Petersona można porównać do gąbki nasiąkniętej cechami innych graczy, boleśnie ściskanej podczas przesłuchiwania Memories Don’t Die.

Tory na swoim drugim albumie to prawdziwy kameleon — czerpie garściami z istniejących już utworów i ze stylów kolegów po fachu, tworząc praktycznie encyklopedię podgatunków współczesnego rapu. Ostatecznie znalazło się tu co prawda kilka dobrych tracków, lecz w ogólnym rozrachunku Lanez za bardzo chce udowodnić niedowiarkom, na ile go stać, przez co tworzony materiał traci na jakości — podobnie jak w przypadku debiutanckiego I Told You. Jeśli więc Memories Don’t Die miało lub ma zapisać się w kartach historii muzyki (i nie umrzeć, hehe), to co najwyżej w słowniku pod hasłem „pastisz”.

Komentarze

komentarzy