Recenzja: J. Cole KOD

Data: 12 czerwca 2018 Autor: Komentarzy:

J. Cole

KOD (2018)

Dwa lata po chłodno przyjętym 4 Your Eyez Only J. Cole ogłosił swój piąty solowy album studyjny KOD. Interpretacje tytułu jako Kids on Drugs, King OverdosedKill Our Demons zapowiadały mroczne wydawnictwo skupione wokół tematyki uzależnień. Fakt, że zostało nagrane w zaledwie dwa tygodnie wzbudzał jednak pewne obawy wobec jakości. W swojej dotychczasowej dyskografii Cole zaprezentował się jako artysta z olbrzymimi możliwościami i jeszcze większymi ograniczeniami, a KOD wydawało się ostatnią szansą na weryfikację jego pozycji na scenie. Czy udało mu się uniknąć wcześniej popełnianych błędów i wykorzystać swój potencjał?

KOD to trzecie podejście lidera Dreamville do tworzenia albumów konceptualnych oraz trzeci raz, kiedy rezygnuje z zapraszania jakichkolwiek gości. W obu tych aspektach słuchaczy czeka jednak duży zawód. Pomysł na płytę, w świetle interpretacji samego Cole’a, jest zrealizowany w dość oszczędny sposób — utwory na ogół traktują na tematy różnych uzależnień i ich wpływu na życie, ale brakuje im spoiwa, określonego celu (oraz, jak się później okazuje, jakiejkolwiek konkluzji). „Intro” na wzór „Blood” Kendricka Lamara (Damn. było inspiracją dla KOD) wprowadza odbiorcę w świat moralnych dylematów, ciągłych pokus i trudnych decyzji, które mają wpływ na całe życie. Obiecujące otwarcie nie znajduje jednak właściwej konsekwencji w następujących po nim utworach. Tytułowe „KOD”, chociaż sprawnie wykorzystuje motyw albumu jako uzasadnienie dla pełnego charyzmy i pewności siebie minimalistycznego hymnu, nie przynosi rozwinięcia formuły. Ta rozluźnia się jeszcze bardziej przy takich propozycjach jak melodyjne „Photograph”, śmiertelnie poważne „Brackets” i kołyszące „Kevin’s Heart”, które bardzo pobieżnie odnoszą się do uzależnienia od mediów społecznościowych, podatków i niesprawiedliwości systemu czy niewierności w związku. Problemem J. Cole’a jest przede wszystkim trudność w żonglowaniu między swoją a innych perspektywą, co prowadzi do wielu uproszczeń i spłycenia istotnych tematów.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że są na KOD propozycje bardzo dobrze zrealizowane, a cały materiał jest znakomicie wyprodukowany. „ATM”, pod względem brzmienia przywodzące na myśl tribe’owe klimaty, to udana obserwacja uzależniania od pieniędzy: But money, it give me a hard-on it’s typical I want it in physical. Osobiste „Once an Addict” (z polskim smaczkiem w postaci sampla z utworu Michała Urbaniaka) to historia pełna krzywdy i beznadziei oraz popis tekściarskich umiejętności rapera. „The Cut Off” i „Friends” podejmują wątek relacji, znajomości i środowiska na dwa różne sposoby, i, mimo że mogą brzmieć trochę jak kazanie, są pełne celnych linijek. To także w tych dwóch utworach pojawia się alter ego Cole’a — Kill Edward (nawiązanie do znienawidzonego ojczyma). Klucz doboru zaledwie dwóch numerów do zaprezentowania tego charakteru jest bardzo nieczytelny, a same jego występy — słabe, żeby nie powiedzieć irytujące. Uwydatniają też wielki problem Cole’a z tworzeniem znośnych refrenów. Na próżno szukać na KOD jakości pokroju „No Role Modelz”. Zamiast tego raper stawia na parodiującą trapowe trendy powtarzalność lub ciężkostrawne melodie, jak w “Photograph”, które aż błaga o chociaż jednego gościa.

Mimo wielu problemów, z którymi boryka się J. Cole, uczciwie trzeba powiedzieć, że KOD jest jego najlepiej zarapowaną płytą. Różnorodne flow, sporo energii i techniczne podejście sprawiają, że zarzucana mu często zdolność do usypiania odbiorcy znika, a to znacznie pomaga utrzymać koncentrację przez całą długość albumu. Wisienką na torcie w tym aspekcie jest naturalnie „1985 (Intro to the Fall Off)”, w którym raper mierzy się z minimalistycznym i ortodoksyjnym podkładem, wychodząc z tego starcia zwycięsko. Efektem jest jeden z najciekawszych i najbardziej hip-hopowych numerów w tym roku oraz pierwszy od lat impuls do międzypokoleniowej dyskusji w branży.

Potencjał bez dopracowania. Problem bez rozwiązania. To najsprawiedliwsze, co można powiedzieć o KOD. Całościowo sprawia zasadniczo dobre wrażenie, ale zawsze pojawia się jakieś “ale”. Wydaje się, że po 10 latach na scenie, tych “ale” jest stanowczo za dużo, a Cole, jeśli chce dalej okupować jej top wraz z dwoma kolegami z Kalifornii i Kanady, powinien krytycznie spojrzeć na swoje własne dokonania. Jest przecież o co zawalczyć, bo gdzieś pod grubą warstwą niedociągnięć i niedoskonałości kryje się nieprzeciętny talent.

Komentarze

komentarzy