Recenzja: Solange When I Get Home

Data: 31 marca 2019 Autor: Komentarzy:

Solange

When I Get Home (2019)

Columbia

Najlepszym punktem wyjścia do zanurzenia się w bieg nowej płyty Solange byłaby najpewniej parafraza jej własnych słów, że jak przy wydaniu (znakomitego) A Seat at the Table w 2016 roku chodziło jej o przekazanie treści, wolne miejsce przy tamtym stole było przepustką do usłyszenia jej historii i dalszej refleksji — tak w przypadku When I Get Home celem jest wyrażenie uczuć i emocji przy pomocy dźwięku.

Formalnie można oba krążki porównać (być może na wyrost) do dylogii Franka Oceana Channel OrangeBlonde. W obu przypadkach pierwsza z płyt była bardziej prostolinijnie piosenkowa, a druga, choć kroczy po ścieżce tamtej, dokonuje swoistej rewizji — przede wszystkim w obrębie formy, treści pośrednio. When I Get Home ze swoimi powtarzanymi wariantywnie motywami i piosenkami traktowanymi raczej jako ograniczniki tych motywów niż samoistne byty to z jednej strony pierwszorzędny cykl piosenek w klasycznym rozumieniu płyty koncepcyjnej w stylu chociażby legendarnego What’s Going On Marvina Gaye’a, z drugiej zaś krążek z natury post-minimalistyczny, na ile tylko soul, czy raczej inkrustowany trapem artystyczny mariaż nowego soulu i R&B, może być post-minimalistyczny. I choć takie rozumienie muzyki wywodzącej się przecież jednak z popowego korzenia może dostarczyć pokaźnych dylematów miłośnikom singli i amatorom plejlist, When I Get Home słuchane od deski do deski, a nawet w pętli, bez przywiązywania wagi do poszatkowanej struktury, imponującej listy współpracowników Solange opublikowanej obok krążka w dniu premiery czy kompaktowego rozmiaru całości, broni się, wzorem post-mimalistycznych klasyków i najwybitniejszych przykładów song cycle, jako żywy dźwiękowy organizm, którego puls wyznaczają kolejne trapowe hi-haty i zapętlone refreny — śpiewane i rapowane frazy, bywa że bez słów. Ale format, choćby najbardziej kunsztowny, nie poradziłby sobie bez treści — rozumianej na nowej płycie Solange bardziej jako materii dźwiękowo-werbalnej, objawiającej się nie tylko w ekspozycji (nie zawsze) kojącego głosu artystki, ale przede wszystkim w pieczołowicie drobiazgowej, bezkompromisowej produkcji splatającej thundercatowską progresywną wizję neo-soulu z inspiracjami brzmieniem klasycznego rapu Brudnego Południa lat 90. Inspiracjami niebezpośrednimi, ale namacalnymi dla słuchacza z kulimacją w niezwykłym jak na standardy kolaboracji raperów z piosenkarkami R&B duecie Solange z Gucci Mane’m w „My Skin My Logo”. Nie mniej niesamowitą chemię artystka osiąga zresztą także z Playboiem Cartim w innym niecodziennym featuringu w desygnowanej na singiel „Almedzie” — współczesnym trapowym hymnie celebrującym czarne dziedzictwo.

Nie bez znaczenia dla modułowego uszeregowania materii i produkcyjnej precyzji osiąganej tu na odrębnych zasadach w każdej kolejnej części jest zaplecze kreatywne Solange. When I Get Home to artystyczna kolaboracja w najpełniejszym tego słowa znaczeniu — z kontrolą w rękach piosenkarki, która z pomocą swojej doborowej świty (wśród producentów znaleźli się tu m.in. Dev Hynes, Steve Lacy, Pharrell, Metro Boomin czy Standing on the Corner, wokali zaś udzielili m.in. Sampha, Cassie, Devin the Dude czy The-Dream) z dbałością o ogół i o detal realizuje swój własny artystyczny projekt — sentymentalną podróż do matecznika — rodzinnego Houston lat 90. Nie jest to jednak ani faktyczna podróż, ani dosłowna retrospekcja — brzmienie i emocje When I Get Home to efekt podróży, która już się dokonała, i retrospekcji, która w swojej pierwotnej formie musiała już mieć miejsce. I choć kolejne refleksje dają się czytać na rozmaite sposoby, w czystym ujęciu nowy album Solange jawi się przede wszystkim jako osobista przeprawa piosenkarki — szczera i melancholijna, ale też abstrakcyjna i różnorodna jak materia, z której się wywodzi.

Komentarze

komentarzy