Recenzja: Anderson .Paak Ventura

Data: 9 maja 2019 Autor: Komentarzy:

Anderson .Paak

Ventura (2019)

12 Tone / Aftermath

Jedną z mocnych stron Malibu była różnorodność tego krążka. Na trwającym nieco ponad godzinę projekcie Anderson .Paak upchnął praktycznie wszystko — od nagrań w stylu retro, przez neo-soul i R&B po tracki na bitach 9th Wondera i Madliba. I choć podobnie jest w przypadku Oxnard, to nadzorowany przez Dra Dre projekt zdawał się bardziej odbijać w rapową stronę. Części fanów brakowało więc na nim soulowego Andy’ego. Pod tym względem Venturę można uznać za suplement do Oxnard.

Czy w takim razie mamy do czynienia z płytą pełną odrzutów? W żadnym wypadku. Pierwotnie followup do Malibu miał ukazać się pod nazwą Oxnard Ventura. Można więc przypuszczać, że artysta planował wydanie podwójnego krążka, w trakcie prac zrezygnował jednak z pomysłu. Sam .Paak jednak kilkukrotnie mówił, że sesje z Dre przebiegały bardzo pomyślnie, a ich efektem miała być masa ukończonych utworów.

Jeśli porównać Venturę z poprzednimi płytami Andersona, łatwo można dostrzec, jak bardzo spójny jest to album. Andy od samego początku daje nam jasny sygnał, że będzie to podróż do jego muzycznych korzeni i inspiracji, czyli soulu, funku oraz R&B. Już otwierające krążek „Come Home” i „Make It Better” brzmią bardzo oldschoolowo. Zwłaszcza drugi z nich sprawia wrażenie wyciągniętego żywcem z lat 70. Gospodarza wspiera tutaj Smokey Robinson — muzyczna ikona tamtego okresu. Dalej dostajemy inspirowane funkiem „Reachin 2 Much” imponujące świetną aranżacją. Tu także pojawia się znajome nazwisko — tym razem jest to Lalah Hathaway. Gości jest tu zresztą całkiem sporo, co nie oznacza jednak, że .Paak przekazuje im pierwsze skrzypce. Najczęściej pojawiają się jedynie w chórkach, niejako wspierając gospodarza. Najwięcej wolności dostał z pewnością André 3000.

Wszystkie zebrane inspiracje zdają się z czasem układać w chronologiczny ciąg, a kolejne utwory przybliżają nas już ku współczesnym trendom. Jest tak w przypadku neo-soulowych „Yada Yada” i „Chosen One”. Pod koniec pojawia się jeszcze klubowe „Jet Black” oraz „Twilight” z lekko dziwacznym beatem od Pharrella. Całość wieńczy kolaboracja z Nate Doggiem, która z pewnością nie doszłaby do skutku, gdyby nie pomoc samego Dre.

Ventura to bardzo udany projekt. Część z fanów pewnie uzna go za najlepsze dzieło w dotychczasowej karierze Andersona .Paaka. Krótsza, bardziej zwięzła forma świetnie zadziałała na korzyść gospodarza. Nie ma tu momentów, które chciałoby się pominąć, to 11 lekkich i przyjemnych piosenek, poświęconych głównie relacjom damsko-męskim. Widać, że Anderson podszedł do tej płyty z naturalnym luzem, nie silił się na próbę przebicia swoich wcześniejszych dokonań. Jeśli odczuliście niedosyt po Oxnard, Ventura jest tym, czego szukacie.

Komentarze

komentarzy