Recenzja: Jaden Erys

Data: 23 lipca 2019 Autor: Komentarzy:

Jaden

Erys

MSFTSMusic / Roc Nation

Jaden chciałby przesuwać gatunkowe granice, jednak zamiast tworzyć, wyłącznie wykorzystuje innowacyjne, lecz znane i sprawdzone już schematy. Nie można wprawdzie odmówić mu kreatywności, która broni go i gubi jednocześnie — Smith swój wizyjny świat przedstawia za pomocą filmowego konceptu, w którym Erys jest zarówno kontynuacją, jak i odpowiedzią na wydany półtora roku temu debiut. Tym razem Jaden wciela się w przeciwieństwo swojego alter ego, a bohater, to w opozycji do wrażliwego Syre, charyzmatyczny przywódca, którego miejsce znajduje się w zniszczonym, dystopijnym Los Angeles.

Dylogię spaja motyw różowego zachodu słońca, a kolor ten stanowi kwintesencję nowego albumu. Smith róż nazywa „wizją” i jak tłumaczy, dla Erysa jest on kontrolą, energią. Poznanie Syre jest więc o tyle konieczne, że Jaden dostosowuje narrację odpowiednio do swoich dwóch twarzy, bo mimo, że stara się ruszyć do przodu, wciąż nawiedza go przeszłość. She still got my heart — śpiewa w sentymentalnym „Blackout”. W singlowym „Again” z kolei przez moment występuje nawet dosłownie jako Syre. Pamiętając, że Piękna konfuzja była opowieścią o chłopcu, który gonił zachód słońca, dopóki ten nie dogonił jego, wygląda na to, że to, co wtedy go zgubiło, teraz stało się jego siłą napędową, a Jaden napisał dramat na miarę klasyków polskiej literatury romantycznej. Cały ten koncept jest imponujący, lecz dość skomplikowany — jego historia motywowana w dużej mierze przez rozpamiętywane nieszczęśliwe uczucia, przedstawiona została w rozpoetyzowany, a nie poetycki, przez co naiwny sposób. Dlatego też Syre, mimo licznych odniesień zarówno lirycznych, jak i muzycznych (a raczej właśnie przez nie), wydaje się tak niedoceniony i być może niezrozumiany, co Jaden wielokrotnie podkreśla w swoich tekstach, jeszcze bardziej stając się upupianym przez krytyków synem Willa Smitha i popadając w infantylizm. I wonder if they’ll understand the metaphors / I said it for a reason, they don’t listen / I had to put a vision in a double cup / Everytime I sip it, I be trippin’ („I”).

Erys, choć został skonstruowany analogicznie do swojego eklektycznego poprzednika, jest materiałem na pewno znacznie spójniejszym i dojrzalszym. Album otwiera podobnie czteroczęściowe intro, jednak pozostałe kawałki utrzymane są raczej w stosunkowo konwencjonalnej formie. Jaden postawił przede wszystkim na wzbogacony o progresywne linie melodyczne, inspirowany dokonaniami Kid Cudiego trap i co najważniejsze, tym razem oszczędził dłużących się momentów, jakie miały miejsce w „Ninety”, „Lost Boy” czy w pochodzącym z mixtape’u The Sunset Tapes: A Cool Tape Story „Play This on a Mountain at Sunset”. Zamiast tego mamy więc na przykład brudne „Noize”, na którym dograł się Tyler, the Creator, mumblerapowe „I-drip-or-is” czy krótkie „Got It”. Erysowi nie brakuje również rockowych akcentów, tym razem pod postacią „Fire Dept”, które w przeciwieństwie do bardzo przeciętnego „Watch Me” wypada całkiem nieźle i przy tym poprzedza, stworzone trochę jakby na wzór „Stargazing” z Astroworld Travisa Scotta, „Mission”.

Jaden posiada ogromny potencjał, który niestety nie bardzo potrafi wykorzystać. Erys jest za długi i zbyt epicki, a przy tym muzycznie i tekstowo brakuje mu konkretnych highlightów. Na tle wszystkich utworów, oprócz „P”, „I”, „N”, „K”, wyróżnia się jedynie piosenkowe „Summertime in Paris” z wokalami Willow, a uwagę zwracają jeszcze gościnki Lido i siłą rzeczy — Kid Cudiego („On My Own”) oraz A$AP Rocky’ego („Chateau”), którego zwrotka niestety nie wywołuje większego wrażenia. W wersji deluxe albumu dostajemy dodatkowe trzy utwory, w tym remiks wydanego rok temu „Ghost”, na którym tym razem pojawia się właśnie Flacko. Nie wnoszą one jednak do całości niczego nowego.

Komentarze

komentarzy