jaden

Jaden wypuszcza kwarantannowy lovesong i zapowiada mixtape

Jaden Cabin Fever

Jaden Cabin Fever

Kwarantannowy lovesong Jadena

Jaden Smith właśnie domyka pewien etap w swoim życiu. The Cool Cafe: Cool Tape Vol.3 ukaże się już wkrótce i ma być zwieńczeniem serii mixtape’ów, który wydaje od 2012 roku oraz dylogii albumów – Syre (2017) i Erysa (2019). Jesteśmy więc ciekawi, jak dalej potoczy się jego kariera, bo „Cabin Fever”, który promuje nadchodzący projekt, to po prostu kolejny singiel pokroju „Summertime in Paris”. Tym razem jednak Jaden wydaje się szczęśliwszy, choć z powodu trwającej kwarantanny nie może widywać się z ukochaną. Sam o kawałku mówi, że stworzył go, aby można było go słuchać, gdy zachodzi słońce i czujemy się dobrze.

Poemat Jadena Smitha

Jaden z teledyskiem do „Ninety”

Jaden to postać nad wszech miar fascynująca, choć zapewne nie z powodów, przez które chciałby się takową stać. Młody raper od czasów wydania debiutanckiego albumu SYRE stara się za wszelką cenę odciąć od ojcowskiego dziedzictwa i, o ile rzeczywiście udaje mu się wyciągnąć konwersację na swój temat z rodzicielskiego kontekstu, widząc tak monumentalne, także (czy raczej: przede wszystkim) budżetowo, wydania jak „Ninety”, trudno nie poczuć przytłoczenia wepchniętych weń pieniądzem.

Na teledysk do „Ninety” musieliśmy czekać od debiutu Jadena prawie 3 lata, co dziwi o tyle, że sam teledysk nie uderza wizualnie w niezbadane jeszcze przez Jadena tropy. Wręcz przeciwnie, to książkowe wręcz wizuale potulnie podążającymi wydeptanymi wcześniej ścieżkami. Mamy dżinsową katanę, mamy purpurowe niebo, postjacksonowsie tańce i pejzaże górskie. Zmienia się natomiast punkt narracyjny, bo całość wydaje się opowiadać potężną historię nieudanego romansu. I o ile wspieram całym sercem normalizacje męskich łez w mainstreamowej estetyce i przestrzeniu publicznej, sam teledysk nie uderza raczej w tony intymnego przeżycia. Podobnie jak sam utwór, który trwa niemal 8 minut i powoli narasta w pompatyczne, epickie i nieco chaotyczne frazy, tak teledysk to ogromne, patetyczne love story pełne rzucania się na ziemie, iście Coellowskich myśli pisanych żółtymi napisami i grania na niewidzialnej gitarze. W Jadenowym zamiłowaniu do wielkich słów widać aspiracje do bycia Kanye Westem młodego pokolenia, a pojawiające się już na wstępie określenie „Poemat Jadena Smitha” wydaje się kierować wyraźnie ku aspiracjom „sztuki wysokiej”. Czy to już „November Rain” dla millenialsów?

Jaden to postać niezwykła z umiłowaniem do projektów „większych od życia” i progresywnej pompy. Nie można mu odmówić uporu w realizacji swoich wizji i zapewne egzaltowana ekspresja trafi w serca milionów, ale osadzenie w tak doszlifowanej, przeprodukowanej konwencji tak młodego artysty odsłania jego, mimo wszystko, jeszcze nie rozwiniętą w pełni dojrzałość artystyczną.

Recenzja: Jaden Erys

Jaden

Erys

MSFTSMusic / Roc Nation

Jaden chciałby przesuwać gatunkowe granice, jednak zamiast tworzyć, wyłącznie wykorzystuje innowacyjne, lecz znane i sprawdzone już schematy. Nie można wprawdzie odmówić mu kreatywności, która broni go i gubi jednocześnie — Smith swój wizyjny świat przedstawia za pomocą filmowego konceptu, w którym Erys jest zarówno kontynuacją, jak i odpowiedzią na wydany półtora roku temu debiut. Tym razem Jaden wciela się w przeciwieństwo swojego alter ego, a bohater, to w opozycji do wrażliwego Syre, charyzmatyczny przywódca, którego miejsce znajduje się w zniszczonym, dystopijnym Los Angeles.

Dylogię spaja motyw różowego zachodu słońca, a kolor ten stanowi kwintesencję nowego albumu. Smith róż nazywa „wizją” i jak tłumaczy, dla Erysa jest on kontrolą, energią. Poznanie Syre jest więc o tyle konieczne, że Jaden dostosowuje narrację odpowiednio do swoich dwóch twarzy, bo mimo, że stara się ruszyć do przodu, wciąż nawiedza go przeszłość. She still got my heart — śpiewa w sentymentalnym „Blackout”. W singlowym „Again” z kolei przez moment występuje nawet dosłownie jako Syre. Pamiętając, że Piękna konfuzja była opowieścią o chłopcu, który gonił zachód słońca, dopóki ten nie dogonił jego, wygląda na to, że to, co wtedy go zgubiło, teraz stało się jego siłą napędową, a Jaden napisał dramat na miarę klasyków polskiej literatury romantycznej. Cały ten koncept jest imponujący, lecz dość skomplikowany — jego historia motywowana w dużej mierze przez rozpamiętywane nieszczęśliwe uczucia, przedstawiona została w rozpoetyzowany, a nie poetycki, przez co naiwny sposób. Dlatego też Syre, mimo licznych odniesień zarówno lirycznych, jak i muzycznych (a raczej właśnie przez nie), wydaje się tak niedoceniony i być może niezrozumiany, co Jaden wielokrotnie podkreśla w swoich tekstach, jeszcze bardziej stając się upupianym przez krytyków synem Willa Smitha i popadając w infantylizm. I wonder if they’ll understand the metaphors / I said it for a reason, they don’t listen / I had to put a vision in a double cup / Everytime I sip it, I be trippin’ („I”).

Erys, choć został skonstruowany analogicznie do swojego eklektycznego poprzednika, jest materiałem na pewno znacznie spójniejszym i dojrzalszym. Album otwiera podobnie czteroczęściowe intro, jednak pozostałe kawałki utrzymane są raczej w stosunkowo konwencjonalnej formie. Jaden postawił przede wszystkim na wzbogacony o progresywne linie melodyczne, inspirowany dokonaniami Kid Cudiego trap i co najważniejsze, tym razem oszczędził dłużących się momentów, jakie miały miejsce w „Ninety”, „Lost Boy” czy w pochodzącym z mixtape’u The Sunset Tapes: A Cool Tape Story „Play This on a Mountain at Sunset”. Zamiast tego mamy więc na przykład brudne „Noize”, na którym dograł się Tyler, the Creator, mumblerapowe „I-drip-or-is” czy krótkie „Got It”. Erysowi nie brakuje również rockowych akcentów, tym razem pod postacią „Fire Dept”, które w przeciwieństwie do bardzo przeciętnego „Watch Me” wypada całkiem nieźle i przy tym poprzedza, stworzone trochę jakby na wzór „Stargazing” z Astroworld Travisa Scotta, „Mission”.

Jaden posiada ogromny potencjał, który niestety nie bardzo potrafi wykorzystać. Erys jest za długi i zbyt epicki, a przy tym muzycznie i tekstowo brakuje mu konkretnych highlightów. Na tle wszystkich utworów, oprócz „P”, „I”, „N”, „K”, wyróżnia się jedynie piosenkowe „Summertime in Paris” z wokalami Willow, a uwagę zwracają jeszcze gościnki Lido i siłą rzeczy — Kid Cudiego („On My Own”) oraz A$AP Rocky’ego („Chateau”), którego zwrotka niestety nie wywołuje większego wrażenia. W wersji deluxe albumu dostajemy dodatkowe trzy utwory, w tym remiks wydanego rok temu „Ghost”, na którym tym razem pojawia się właśnie Flacko. Nie wnoszą one jednak do całości niczego nowego.

#FridayRoundup: Dreamville, Jaden, Kadeem Tyrell i Devin the Dude

Ewidentnie rozpoczynamy wydawniczy sezon ogórkowy, co widać dobitnie po tegotygodniowej liście premier. Wśród głośnych nowości hucznie zapowiadany krążek muzycznej rodziny J. Cole’a Dreamville oraz Erys, prawowity następca Syre Jadena Smitha. Ponadto epka Kadeema Tyrella, longplay Devina the Dude’a, a na plejliście także nowa Ms Nina dla fanów latynoskiego R&B, Westside Gunn dla konserów rapu, dwugodzinny live od Williama Parkera dla miłośników jazzu i Machine Gun Kelly, dla kogokolwiek, kto uzna z jakiegokolwiek powodu, że warto tej płyty posłuchać. Nie oceniamy.


Revenge of the Dreamers III

Dreamville

Dreamville/Interscope

Pierwsza część Revenge Of The Dreamers miała być początkiem wydawniczej działalności labelu J. Cole’a. Druga powstałą zaraz po tym, gdy w jego szeregach pojawiło się kilka świeżych ksywek. Przez niecałe cztery lata skład ponownie się rozrósł, a wytwórnia Dreamville ma już na swoim koncie kilkanaście wydawnictw. ROTD3 to już nie tylko J. Cole i jego podopieczni, każdy z młodych artystów pojawiających się na albumie zdążył wyrobić już sobie markę. Ponadto do współpracy nad projektem zaproszono kilkudziesięciu raperów i producentów z zewnątrz. W efekcie podczas sesji nagraniowych miało powstać około stu utworów. Ostatecznie trzeba było przeprowadzić ostrą selekcję, na finalnej wersji znalazło się 18 kawałków. T.I., Vince Staples, Ty Dolla $ign oraz… Kendrick Lamar – to tylko niektórzy z gości pojawiających się na krążku. Czy ROTD3 będzie jednym z najlepszych rapowych wydawnictw tego roku? Przekonajcie się sami. — Mateusz


Erys

Jaden

MTFTS/Roc Nation

Zapowiadany od dawna Erys to kontynuacja i jednocześnie odpowiedź na wydany półtora roku temu Syre. Skonstruowany podobnie do niego, nowy album oparty jest na tej samej filmowej koncepcji, jednak Jaden prezentuje na nim przeciwną stronę swojego alter ego. Tym razem materiał wydaje się nieco bardziej spójny — młody raper postawił przede wszystkim na inspirowany charakterystyczną, balladową estetyką Kid Cudi’ego trap, dzięki czemu nareszcie sprecyzował swój artystyczny kierunek. Z tym, jak album wypada względem poprzednika, jeszcze się wstrzymamy, niemniej jednak Erys to jedna z ciekawszych premier tego roku. — Klementyna


Elements

Kadeem Tyrell

Open Your Mind

Jeśli nadal macie zajawkę na neo-soul i R&B z poprzedniej dekady, nowa epka Kadeema Tyrella powinna koniecznie trafić na wasze plejlisty. Elements podobnie jak zeszłoroczne Feels zawiera zarówno ostatnie single piosenkarza, jak i nowe numery utrzymane w stylistyce oscylującej od inspiracji Craigiem Davidem, Bilalem czy D’Angelo po znajomo brzmiące wzorce z amerykańskiego radia adult R&B lat zerowych. Tyrell doskonale miesza znane z nowym i ponadczasowe z aktualnym, nie oglądając się jednak zbytnio na obecnie panujące trendy. — Kurtek


Still Rollin’ Up: Somethin’ to Ride With

Devin the Dude

Coughee Brothaz/Empire

Devin The Dude, legenda z Houston, powraca z dziesiątym albumem zatytułowanym „Still Rollin’ Up: Somethin’ To Ride With”. I choć na jego koncie można znaleźć co najmniej kilka klasyków, to jego ostatnie projekty spotykały się raczej z mieszanym odbiorem. Niemniej jednak Devin się nie zatrzymuje i wciąż poszukuje sposobu na to, by zadowolić swoich fanów. Na jego najnowszym krążku znalazło się 12 premierowych numerów nawiązujących stylistycznie do współczesnych brzmień z pogranicza rapu i R&B. Świetny sposób na zakończenie weekendu. — Mateusz


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Christian Rich feat. Jaden, Vic Mensa & Belly „Shibuya (Ghost II)”

Dzielnica Shibuya w Tokio w nieokreślonej przyszłości. Pięcioosobowy team na potrzeby tajnej (?) misji zapuszcza się w podejrzane miejskie rejony. Wieżowce skąpane w blasku neonów, sekretne portale, ultraprzemoc (3-D), kobiety i spluwy — Christian Rich na potrzeby najnowszego klipu przenosi się do świata anime. Za cyberpunkowy i utrzymany w konwencji anime teledysk, w którym udzielają się także Jaden, Vic Mensa i Belly odpowiada studio Brunch. Za wizualizacją stoi za to Jonathan ‚Djob’ Nkondo. „Shibuya (Ghost II)” buduje trapowa produkcja, wspominki Jakuzy i quasi japońskie wstawki w tle. W całości widać natomiast inspiracje kultowym „Ghost in the Shell”.

Jessie Ware - What's Your Pleasure