Recenzja: Lucky Daye Painted

Data: 25 października 2019 Autor: Komentarzy:

Lucky Daye - Painted

Lucky Daye

Painted

Keep Cool / RCA

Równie trudno o Lucky’m Daye’u w kontekście Franka Oceana pisać, co nie pisać. Wokalista, od debiutanckiego „Roll Some Mo” pozycjonowany jako cudowne dziecko RCA, pojawił się, gdy scena była już dojrzała, a publiczność nasycona. Na debiutanckim Painted nie mógł nie inspirować się odmienioną już przez wszystkie przypadki falą alternatywnego R&B, ale udało mu się z powodzeniem zarówno odnaleźć w schemacie, jak i go poszerzyć go po swojemu.

Painted to w istocie zebrane w całość dwie epki wokalisty wydane oryginalnie na przełomie 2018 i 2019 roku, a domknięte czterema nowymi nagraniami. W zamyśle pierwotny podział musiał być jednak konceptem zastępczym — płyty słucha się doskonale jednym tchem, choć paleta muzycznych barw, którymi Daye maluje Painted jest zaskakująco szeroka. O ile wspomniane już „Roll Some Mo”, nie bez przyczyny otwierające krążek, czerpie bezpośrednio z oceanowskich wzorców — melodycznie szorstkie i słodkie zarazem, aranżacyjnie przymglone, ale ożywione gitarą elektryczną i aranżem smyczkowym — to odtworzenie najlepszych tricków z Channel Orange Franka. Schemat jednak ewoluuje, bo kolejne „Late Night” to post-dyskotekowe R&B na różnych poziomach cytujące zarówno lata 70. i 90., jak i współczesne wcielenia nurtu.

Mantrą krążka są właśnie muzyczne wzorce z R&B lat 90. — w kolejnym „Extra”, pomimo ponadczasowego funkującego aranżu, refren stanowi esencję brzmienia dekady — nad numerem czuwają duchy klasycznych nagrań Janet Jackson i Boyz II Men. Ale to nic w porównaniu do hołdu, który piosenkarz składa epoce w singlowej „Karmie”, zbudowanej na gęstych nawiązaniach i przetworzeniach kultowego „Pony” Ginuwine’a — bez wątpienia jednego z najbardziej charyzmatycznych momentów popu lat 90. Daye jest pewny siebie, precyzyjny i zadziorny, bez problemów czyni to, co zostało z legendarnego bitu Timbalanda swoim własnym. To jeden z najciekawszych momentów tegorocznego R&B nie tylko ze względu na modelowo intertekstualny kontekst, ukochany przez badaczy popkultury, ale także — obezwładniający, pulsujący vibe, który Daye brawurowo odświeżył wraz ze stojącym za oprawą producencką większości numerów na krążku D’Mile’m. Kolejne na trackliście quasi-tytułowe „Paint It” kontynuuje w podobnym tonie, ale wyróżnikiem numeru pozostają odpowiednio spitchowane wokale, spopularyzowane, a jakże, przez Franka Oceana na Blonde. W nieco bardziej stonowanym klimacie utrzymana jest końcówka krążka, poczynając od post-jazzowego „Misunderstood” dość nagle wciągającego Daye’a z na wpół śpiewanymi linijkami na niepokojący fortepianowy podkład. Mimo tego o niedopasowaniu stylistycznym nie może być mowy — rzecz współgra całkiem nieźle z resztą materiału, przechodząc płynnie w kolejne „Floods”.

Do kolejnego hajlatu Painted musimy jednak poczekać do samego końca płyty — do niemal 8-minutowego „Love You Too Much” po raz kolejny błyskotliwie odwołującego się do klasyki soulu, tym razem dzięki spokenwordowemu wstępowi. Ten otwiera bez wątpienia najbardziej rezonujący emocjonalnie moment albumu — gdy Daye śpiewa w refrenie „It’s a shame for you, it’s a shame for me (…) / This is a truth that I can’t fight / I love you too much”, ma się wrażenie, że nareszcie dzieli się sobą z słuchaczem bez odwracających uwagę aranżacyjnych ozdobników i przyjętych na potrzeby kolejnych tracków konwencji. I wówczas słuchacz orientuje się, czego na Painted brakuje, czy może raczej, co nie zostało należycie wyeksponowane. Szczery przekaz. Ten sam, który u Oceana od samego początku budował jego więź z słuchaczem, u Daye’a został sprowadzony do roli elementu drugoplanowego. Z tego powodu, nawet pomimo tego, że Daye ma niejednokrotnie lepsze melodie i doskonale wyważoną produkcję, tak że i wprawiony słuchacz poczuje się zaintrygowany, i radio będzie w stanie przełknąć numery bez zastrzeżeń, trudno się w tej muzyce zatrzymać na dłużej. Można się przy Painted pobujać w sobotni wieczór, ale w poniedziałek rano znów wrócić do zapętlania Blonde Oceana.

Komentarze

komentarzy