rca

Recenzja: Lucky Daye Painted

Lucky Daye - Painted

Lucky Daye - Painted

Lucky Daye

Painted

Keep Cool / RCA

Równie trudno o Lucky’m Daye’u w kontekście Franka Oceana pisać, co nie pisać. Wokalista, od debiutanckiego „Roll Some Mo” pozycjonowany jako cudowne dziecko RCA, pojawił się, gdy scena była już dojrzała, a publiczność nasycona. Na debiutanckim Painted nie mógł nie inspirować się odmienioną już przez wszystkie przypadki falą alternatywnego R&B, ale udało mu się z powodzeniem zarówno odnaleźć w schemacie, jak i go poszerzyć go po swojemu.

Painted to w istocie zebrane w całość dwie epki wokalisty wydane oryginalnie na przełomie 2018 i 2019 roku, a domknięte czterema nowymi nagraniami. W zamyśle pierwotny podział musiał być jednak konceptem zastępczym — płyty słucha się doskonale jednym tchem, choć paleta muzycznych barw, którymi Daye maluje Painted jest zaskakująco szeroka. O ile wspomniane już „Roll Some Mo”, nie bez przyczyny otwierające krążek, czerpie bezpośrednio z oceanowskich wzorców — melodycznie szorstkie i słodkie zarazem, aranżacyjnie przymglone, ale ożywione gitarą elektryczną i aranżem smyczkowym — to odtworzenie najlepszych tricków z Channel Orange Franka. Schemat jednak ewoluuje, bo kolejne „Late Night” to post-dyskotekowe R&B na różnych poziomach cytujące zarówno lata 70. i 90., jak i współczesne wcielenia nurtu.

Mantrą krążka są właśnie muzyczne wzorce z R&B lat 90. — w kolejnym „Extra”, pomimo ponadczasowego funkującego aranżu, refren stanowi esencję brzmienia dekady — nad numerem czuwają duchy klasycznych nagrań Janet Jackson i Boyz II Men. Ale to nic w porównaniu do hołdu, który piosenkarz składa epoce w singlowej „Karmie”, zbudowanej na gęstych nawiązaniach i przetworzeniach kultowego „Pony” Ginuwine’a — bez wątpienia jednego z najbardziej charyzmatycznych momentów popu lat 90. Daye jest pewny siebie, precyzyjny i zadziorny, bez problemów czyni to, co zostało z legendarnego bitu Timbalanda swoim własnym. To jeden z najciekawszych momentów tegorocznego R&B nie tylko ze względu na modelowo intertekstualny kontekst, ukochany przez badaczy popkultury, ale także — obezwładniający, pulsujący vibe, który Daye brawurowo odświeżył wraz ze stojącym za oprawą producencką większości numerów na krążku D’Mile’m. Kolejne na trackliście quasi-tytułowe „Paint It” kontynuuje w podobnym tonie, ale wyróżnikiem numeru pozostają odpowiednio spitchowane wokale, spopularyzowane, a jakże, przez Franka Oceana na Blonde. W nieco bardziej stonowanym klimacie utrzymana jest końcówka krążka, poczynając od post-jazzowego „Misunderstood” dość nagle wciągającego Daye’a z na wpół śpiewanymi linijkami na niepokojący fortepianowy podkład. Mimo tego o niedopasowaniu stylistycznym nie może być mowy — rzecz współgra całkiem nieźle z resztą materiału, przechodząc płynnie w kolejne „Floods”.

Do kolejnego hajlatu Painted musimy jednak poczekać do samego końca płyty — do niemal 8-minutowego „Love You Too Much” po raz kolejny błyskotliwie odwołującego się do klasyki soulu, tym razem dzięki spokenwordowemu wstępowi. Ten otwiera bez wątpienia najbardziej rezonujący emocjonalnie moment albumu — gdy Daye śpiewa w refrenie „It’s a shame for you, it’s a shame for me (…) / This is a truth that I can’t fight / I love you too much”, ma się wrażenie, że nareszcie dzieli się sobą z słuchaczem bez odwracających uwagę aranżacyjnych ozdobników i przyjętych na potrzeby kolejnych tracków konwencji. I wówczas słuchacz orientuje się, czego na Painted brakuje, czy może raczej, co nie zostało należycie wyeksponowane. Szczery przekaz. Ten sam, który u Oceana od samego początku budował jego więź z słuchaczem, u Daye’a został sprowadzony do roli elementu drugoplanowego. Z tego powodu, nawet pomimo tego, że Daye ma niejednokrotnie lepsze melodie i doskonale wyważoną produkcję, tak że i wprawiony słuchacz poczuje się zaintrygowany, i radio będzie w stanie przełknąć numery bez zastrzeżeń, trudno się w tej muzyce zatrzymać na dłużej. Można się przy Painted pobujać w sobotni wieczór, ale w poniedziałek rano znów wrócić do zapętlania Blonde Oceana.

Recenzja: Brockhampton Ginger

Ginger

Brockhampton

Question Everything / RCA

Chłopcy są smutni. Bardzo smutni. Ginger zapowiadany był jako album na lato i to album taki, przy którym podobnie jak przy „Hey Ya!” OutKast, mimo ciężkiej treści, moglibyśmy się bawić. I tak jak w muzyce Brockhampton słychać wpływy duetu, tak grupie nie do końca udało się to założenie zrealizować. Przez refleksyjną całość wybrzmiewa przygnębienie, melancholia, poczucie zagubienia, ale też pewien spokój. Słuchając jej, tańczyć więc można jedynie między kroplami deszczu, próbując znaleźć sposób, aby powstrzymać ból.

Sztuką było nagrać materiał, który bazując na dość podobnej koncepcji, tematach i zabiegach, będzie inny od swojego przełomowego poprzednika. A to akurat udało im się bardzo dobrze. Iridescence było dowodem na to, że nawet bez Ameera Vanna, jednego z najbardziej wyrazistych członków kolektywu, Brockhampton radzą sobie coraz lepiej i wciąż pozostają najmocniejszym składem hip-hopowym. Ich siła tkwi przede wszystkim w chemii, jaka jest między nimi i tego, jak każdy z chłopaków dobrze porusza się po ekscentrycznych podkładach. Istotna jest też różnorodność ich flow, które zestawione razem, świetnie ze sobą grają, co pozwala zresztą jeszcze bardziej eksperymentować z samą konstrukcją utworów. Widać to na przykład w „Love Me for Life”, który rozpoczyna się niejako sylabizowaną zwrotką Kevina. Po niej z kolei wchodzi Joba, którego płynnie zaśpiewane wręcz linijki nagle zderzają się z szorstkim i krzykliwym głosem Merlyna. Jeśli chodzi o bity, te na Ginger wydają się nieco bardziej przestrzenne. Pojawia się w nich pogłos, a brud i chaos kojarzące się z Iridescence, ustępują miejsca niezakłóconej melodii i wrażeniu przejrzystości. Jest indiepopowe, niosące nadzieję „No Halo”, w którym w refrenie wokalu udzieliła Deb Never (I’m sure I’ll find it / No one help me when my eyes gone red) czy podobnie piosenkowe „Sugar”. W nim z kolei widzimy bezsensowne oczekiwanie na drugą osobę, ale także akceptację danej sytuacji; gotowość by odejść, przy jednocześnie cierpliwie powtarzanym Do you love me?.

Brockhampton wciąż rapują o depresji, używkach, rozstaniach czy przeszłości, dlatego fajnym akcentem, oprócz zamykającej album historii Victora Robertsa, nowego członka kolektywu, jest należące do Slowthai’a „Heaven Belongs to You”. Raper jest jednym z najbardziej obiecujących debiutantów z Wysp. Zahaczając o wątki religii, Brytyjczyk porusza właśnie kwestię swojego zdrowia psychicznego — I walk on water‚ pain and torture what I bring to these / And there’s a war in my head, just like the Middle East. Utwór stanowi niejako kontynuację kolejnego „If You Pray Right”, a kawałki spaja ze sobą sampel „Break the Law ’95” Three 6 Mafia, co w pewnym momencie robią to również te same instrumentale. Ten drugi zamyka świetne, rozmyte i niedbałe, jakby improwizowane outro, które następnie przechodzi w podniosły, traktujący o szeroko pojętej stracie „Dearly Departed”.

Recenzja: Buddy Harlan & Alondra

Buddy

Harlan & Alondra (2018)

RCA Records

Życie w Compton do łatwych nie należy. Raperzy z Los Angeles pokazują nam to już od ponad trzech dekad. Wszechobecna przemoc jednych zmusza do chwytania za spluwę, innych do opuszczania miasta w poszukiwaniu lepszego życia. To, że w tym piekle jest również miejsce dla przeciętnego Joego, pokazał kilka lat temu Kendrick Lamar. Dziś zwykłym kolesiem z Compton jest po prostu Buddy.

A zaczęło się zupełnie odwrotnie. Kontrakt z Pharrellem Williamsem podpisał jeszcze jako nastolatek, dzięki czemu pracował w otoczeniu wielu topowych artystów — takie warunki mogą być błogosławieństwem albo przekleństwem. W przypadku Buddy’ego cierpliwe oczekiwanie na własny moment poskutkowało dwiema mocnymi epkami w ubiegłym roku.

Harlan & Alondra to róg ulic, na których znajduje się dom rodzinny Buddy’ego. Powrót do korzeni i lojalność to jeden z motywów albumu, co słychać zresztą także w jego brzmieniu. Raper przede wszystkim czerpie pełnymi garściami z tradycji zachodniego wybrzeża. Dostajemy więc całą masę podkładów podszytych specyficznym vibe’em z LA. Całość otwiera melodyjne „Real Life S**t”, a po drodze trafimy też na bardziej współczesne brzmienia („Shameless”, „Black”). „Trouble on Central” to powrót do Miasta Aniołów z lat 90., natomiast „The Blue” cofa nas aż do ery funku i disco. Nad beatami czuwali Mike & Keys wspierani przez takie nazwiska jak Terrace Martin, Scoop DeVille, czy DJ Khalil. Mimo że produkcje są różnorodne, udało się tu zachować między nimi spójność. Wszystko pasuje do siebie jak ulał i aż nie chce się wierzyć w historie Buddy’ego, który miał rzekomo odwiedzać sklep z zabawkami w obawie, że podczas produkcji dopadnie go nuda.

Swoją drogą ta anegdota świetnie oddaje jego charakter. To z jednej strony lekkoduch, który dużą część swojego czasu poświęca na dobrą zabawę, używki i chill. Z drugiej strony kiedy słucha się albumu, nie ma się wrażenia, że wpłynęło to w jakiś sposób na jego treść. Poważne tematy idą w parze z tymi lekkimi, a gospodarz żongluje nimi z utworu na utwór. To dodaje Buddy’emu autentyczności. Dzięki temu nawet bardziej staje się chłopakiem z sąsiedztwa, z którym można wspólnie zapalić, a potem wykrzyczeć „Fuck Donald Trump”. Oczywiście nie jest to tekściarz, który zarzuca nas wersami z podwójnym dnem, ale bardzo dużo nadrabia warsztatem. A trzeba przyznać, że połączenie śpiewu i rapowania wychodzi mu znakomicie.

Albumów, zarówno ambitnych, jak i tych błahych w ostatnim czasie nie brakowało. Brakowało jednak krążka, który skutecznie łączyłby te dwie cechy, bez robienia niczego na siłę. Buddy niejednokrotnie wspomina w wywiadach, że chce uniknąć zaszufladkowania i trzeba przyznać, jak dotąd mu się to udaje. Historia zwykłego chłopaka z Compton staje się przez to bardziej autentyczna i interesująca.

Brockhampton rozpalają ogień z Jazze Pha w nowym singlu

W sobotę w sieci zawrzało po tym, jak Brockhampton udostępniło swój nowy singiel „1999 Wildfire” — pierwszy numer kolektywu po odejściu Ameera Vanna (w związku z oskarżeniami o niewłaściwe traktowanie kobiet) i pierwszy zwiastun czwartego krążka grupy. Kevin Abstract i spółka w miejsce Vanna zaprosili przebrzmiałego już producenta i rapera z Atlanty Jazze Pha, który swoimi wstawkami „This is a Jazze Phizzle product-shizzle!” nadawał rytm pierwszoligowemu R&B i hip-hopowi między 2003 a 2006 rokiem. Samo „1999 Wildfire” na swój sposób także jest brzmieniowym reliktem tamtych lat. Płyta The Best Years of Our Lives będzie debiutem Brockhampton w szeregach wytwórni RCA. Rzecz ma ukazać się jeszcze w tym roku. Czekamy!

Brockhampton z kontraktem z RCA i teaserem nowej płyty

Sporo stało się w obozie Brockhampton podczas świątecznego weekendu — poza tym, że jak zapowiadali od miesiąca w ich sklepie pojawiła się nowa kolekcja odzieżowa Gay (obecnie już niemal wszystko się wyprzedało, poza fullcapami po 30 dolarów) pierwszy boysband Ameryki zapowiedział, że kolejny album zatytułowany Puppy ukaże się nakładem należącego do Sony RCA Records. To duży krok dla Brockhampton zwłaszcza jeśli chodzi o promocję, którą do tej pory organizowali sobie mniej lub bardziej składnie przede wszystkim kanałami internetowymi i szansa na wejścia do stacji radiowych. Okazja nadarzy się już niebawem, bo Poppy ma mieć premierę latem tego roku. Wszystko w krótkim teaserze zapowiedział opisany przez Kevina Abstracta jako najnowszy członek Brockhampton Jaden Smith. W tle zaprezentowano fragment nowego numeru „Let’s Get Married” z Ryanem Beattym na wokalu i produkcją Romila Hemnaniego i Austina Feinsteina. Obejrzyjcie wideo poniżej.

SZA podpisała kontrakt z RCA Records

Ostatnio pierwsza dama TDE wypuściła nowy singiel zatytułowany „Love Galore” z udziałem Travisa Scotta. Numer zbiera pozytywne recenzje i to bardzo dobra wiadomość, ale nie jedyna. Okazuje się, że SZA podpisała kontrakt z RCA Records i tym sposobem jest trzecim nabytkiem TDE Enertainment, poza Kendrickiem i ScHoolboyem, któremu udało się wejść w szeregi dużej wytwórni. Kilka godzin po premierze kawałka na artystka podała informację na Twitterze.

Wiadomo też od dłuższego czasu, że pierwszy pełny album SZA — CTRL jednak wyjdzie nakładem TDE, a ostatnio mówiło się o problemach między nią a macierzystym labelem. Można więc założyć, że jej kontrakt z RCA to umowa na zasadzie joint venture, ale szczegóły nie są jeszcze znane.